Fot. znak.com.pl/pizabay

„Bądź dzielny. Zachowaj pogodę ducha” [RECENZJA] 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

John Maxwell Coetzee napisał swoją wariację na temat śmierci – ale  czy chodzi o śmierć Jezusa? To pytanie może sobie zadać czytelnik jego najnowszej powieści. Południowoafrykański pisarz zaprasza nas do lektury, po której na pewno będziemy odczuwać pewien dyskomfort. I lęk. 

Przyznam, że „Śmierć Jezusa” (Znak, 2020), to pierwsza książka noblisty z RPA (Nobel w 2003 r.), którą miałem okazję przeczytać. I wiem już, że warto nadrobić jego wydane wcześniej pozycje. Najnowsza książka Johna Maxwella Coetzee nie przeraża grubością (ma niespełna 300 stron), jest też szybka w czytaniu. Co nie zmienia faktu, że jest to niezwykle trudna i prowokująca lektura. Lektura, po której na pewno zadamy sobie niejedno pytanie – o życie, śmierć i o Boga. 

Chłopiec z innego świata 

„Śmierć Jezusa” to historia Davida, niezwykłego dziesięciolatka. Właściwie nie wiemy, w jaki sposób znalazł się w rodzinie, która go wychowuje (Inés i Simón nie są biologicznymi rodzicami chłopca, układ rodzinny ma wiele nawiązań do Świętej Rodziny). Wiemy jednak, że chłopiec jest bardzo niedopasowany do otaczającego go świata, jest jakby inny. Jest jakby z innego świata. Wyzwaniem, z którym musi zmierzyć się David i jego rodzina jest kontuzja, po której chłopak trafia do szpitala. Zaczynają się jego problemy zdrowotne – zapada na trudną do zdiagnozowania chorobę, spędza sporo czasu w szpitalu. „Śmierć Jezusa” na pewno każe nam zadać sobie pytania o chorobę dzieci w ogóle – dlaczego? I o postawę rodziców w takiej sytuacji – jak z tym żyć? Co się ostatecznie stanie z Davidem? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przeczytać całą powieść. Choć… Nawet to może nie wystarczyć. 

>>> Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk!

Fot. znak.com.pl

Bóg pojawia się dzisiaj 

Czasem warto sobie zrobić eksperyment myślowy i zadać sobie pytanie: co by było, gdyby Jezus pojawił się fizycznie, jako człowiek (i Bóg jednocześnie) w naszych czasach? Jak byśmy zareagowali? Coetzee nadając swojej powieści tytuł „Śmierć Jezusa” od razu wyznaczył nam klucz interpretacyjny. Pisarz chciał, żebyśmy potraktowali jego książkę właśnie jako „wariację na ten temat”. David nie jest Jezusem, ba Jezus nawet w powieści nie jest wspomniany – ale mamy zastanowić się, czy przypadkiem David nie jest jakimś bogiem. Poprzez swoje słowa i zachowania próbuje pokazać, że nie jest stąd, że chce temu światu zostawić jakieś przesłanieNie wszyscy go rozumieją. Dla Inés i Simóna chłopak jest wielką zagadką. Kochają go, ale zdecydowanie nie potrafią zrozumieć – ani jego nauki, ani tym bardziej motywacji jego działań. Chłopak ma jednak grono swoich uczniów, którzy go słuchają, którzy żyją jego słowami. Zdobywa uczniów – jak Jezus. Tylko czy to od razu ma go kwalifikować jako boga? Na to pytanie każdy z nas musi znaleźć swoją odpowiedź.  

>>> Co robił Jezus jako dziecko?

Błędny rycerz 

David uwielbia czytać opowieści o Don Kichocie. I trudno nie pomyśleć, że chłopak ze swoją misją jest właśnie takim współczesnym Don Kichotem. Walczy ze współczesnymi wiatrakami, jest błędnym rycerzem. Czy tak samo nie potraktowalibyśmy Jezusa, gdyby dziś pojawił się wśród nas jako człowiek? Pewnie niejeden z nas powiedziałby o nim „dziwak”. Bo Jezusa, tak jak i 2000 lat temu, nie interesowałyby sprawy codzienne – On głosiłby Prawdę, której byśmy nie ogarniali. Bo przejmowalibyśmy się sprawami codziennymi, błahymi – na tym polega codzienność. Wzięlibyśmy Go za błędnego rycerza. I takim błędnym rycerzem zdaje się tez być David. Niedopasowany. Tylko niektórzy go rozumieli, albo próbowali zrozumieć. przesłanie, które chciał głosić„Bądź dzielny, zachowaj pogodę ducha mimo przeciwności losu” – na pewno te, szalenie uniwersalne słowa warto zapamiętać.  

>>> W jakim języku mówił Jezus?

fot. Pixabay

Ewangelia dzieje się dzisiaj 

Podczas lektury stawiamy sobie wiele pytań. I to pytań, na które często Coetzee nie udzieli nam odpowiedzi. Bo lektura „Śmierci Jezusa” zaczyna się tak naprawdę po przeczytaniu książki. To wtedy tekst zaczyna w nas tak naprawdę pracować. Niektórzy pewnie pomyślą, że jak tak można tworzyć wariację na temat Jezusa przychodzącego do nas fizycznie dzisiaj. Powiedzą pewnie, że to wbrew Biblii, że to obrazoburcze (taki przymiotnik pojawia się nawet w opisie książki). Ale… przecież nie znamy dnia ani godziny. Jezus może przyjść ponownie w każdej chwili. Może ta lektura pozwala nam uzmysłowić sobie właśnie to, że mamy zawsze być na to przyjście gotowi? Coetzee owszem, prowokuje, ale to prowokacja potrzebna – zwłaszcza nam, wierzącym. Tekst odarty jest właściwie ze sfery sacrum, można nawet odnieść wrażenie, że bohaterowie żyją w świecie pozbawionym jakiegokolwiek boga, a tym bardziej Boga. A jednocześnie w wielu scenach mam wrażenie, że odbijają się bardzo konkretne fragmenty Ewangelii. Może tak właśnie jest, że Ewangelia rozgrywa się dzisiaj, tu i teraz, w Twoim i moim życiu. Może do tego chce przekonać nas południowoafrykański pisarz? A przynajmniej ja tak jego tekst odbieram. Dobrze jednak, że Jezus fizycznie był na tym świecie 2000 lat temu. Wtedy wielu Go nie rozpoznało – dziś byłby z tym jeszcze większy problem. Sięgnijcie po Coetzee, warto! To dobra, intelektualna przygoda na czas Wielkiego Postu. 

 

Zobacz także
Wasze komentarze