Będzie film o księdzu Janie Kaczkowskim!  

9 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Taką informację usłyszeliśmy na spotkaniu „Życie pod prąd. I aż do końca” organizowanym przez Klub Inteligencji Katolickiej oraz Klub Tygodnika Powszechnego w Warszawie. Z autorem najnowszej biografii księdza Jana Kaczkowskiego, Przemysławem Wilczyńskim z Tygodnika Powszechnego rozmawiała redaktorka Więzi Katarzyna Jabłońska. To z kolei autorka wydanego w ubiegłym roku wywiadu-rzeki z księdzem Janem „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”.  

Zapowiedź nakręcenia filmu o księdzu Kaczkowskim nie była ani głównym, ani nawet zaplanowanym punktem programu. Pojawiła się w czasie spotkania znienacka i – rzecz jasna – wzbudziła zainteresowanie publiczności. Gość spotkania, Przemysław Wilczyński, powiedział o tym mimochodem, jednocześnie zastrzegając, że to nadal spora tajemnica. Smaczku dodaje fakt, że wśród publiczności była osoba, która będzie reżyserem (scenarzystą?) przyszłego obrazu. „Możliwe, że jest na tej sali człowiek, który myśli nad tym, by taki scenariusz napisać. Nie patrzę w jego kierunku, by niczego nie zdradzić. To człowiek pełen pasji, ambicji i talentu” – mówił Przemysław Wilczyński, a prowadząca spotkanie Katarzyna Jabłońska zasugerowała, by to właśnie środowisko KIK-u pomogło w szukaniu odpowiedniego aktora – odtwórcy roli tytułowej. Temat pojawił się wtedy, gdy autor biografii i dziennikarz „Tygodnika” stwierdził, że książka o księdzu i życie księdza to idealny scenariusz na film. Trudno się z tym nie zgodzić. Były już filmy dokumentalne o księdzu Janie, teraz byłby pierwszy pełnometrażowy! Kibicujemy akcji i zapewniamy o modlitwie za pomyślność złożonego systemu produkcji. I już się zastanawiamy, kto zagra księdza Jana! 

A teraz o samym spotkaniu. Choć książek o Janie Kaczkowskim było już sporo, to ta ma być i zdaje się, że jest inna. Zadaniem, jakie postawił przed sobą jej autor, było dotarcie do prawdziwego Jana Kaczkowskiego – człowieka, kapłana, twórcy Hospicjum św. Ojca Pio w Pucku. To, że tego prawdziwego księdza Jana nie znamy (oprócz ludzi, którzy znali go osobiście) to po części też „wina” mediów. Autor biografii – też przecież dziennikarz – chciał stworzyć obraz rzeczywisty, napisał biografię: „Jan Kaczkowski. Życie pod prąd”.  

Dotrzeć do prawdziwego Jana  

Autor przyznaje, że musiał przebić się przez powłokę, którą mieli na sobie ci, z którymi rozmawiał. „Ludzie nie opowiadali o tym spotkanym przez nich Kaczkowskim, przez nich »przeżytym«, ale mówili o nim to, co wypada powiedzieć i z tego wychodziły różnego rodzaju portrety powierzchowne i banały. Ja starałem się dotrzeć do Jana, jakim był. Ci sami, z którymi spędziłem więcej niż kilka godzin, z którymi spotkałem się więcej niż jeden raz – zaczęli opowiadać historię człowieka, a nie jakiegoś konstruktu. Przemysław Wilczyński zmierzył się z ogromnym materiałem. Praca była gigantyczna: ponad sto wywiadów, książki i inne publikacje.  

To książką o Janie Kaczkowskim, ale w równej mierze książka o tych, którzy go znali, spotkali, którzy go… wychowali. Czy zadanie się udało? Najlepiej zajrzeć do książki. Tu zajmiemy się jej kilkoma ciekawymi wątkami, które powinny do tego zachęcić!  

Oni dali mu siłę  

„Rodzice Jana to niezwykła para” – mówili zgodnie Przemysław Wilczyński i Katarzyna Jabłońska. Katarzyna Jabłońska miała okazję i – jak mówi – zaszczyt poznać pana Józefa i panią Helenę. Gdy razem pracowali nad wywiadem, to najczęściej siedzieli przy kuchni, w której krzątała się pani Helena. To właśnie w nich, w rodzicach tkwi odpowiedź na pytanie, dlaczego (chciałoby się powiedzieć: „jakim cudem?!”) ksiądz Kaczkowski nie załamał się, nie złamał się w tych najtrudniejszych dla niego chwilach. „Bez takich rodziców nie byłoby takiego syna, nie byłoby takiego człowieka” – mówiła Katarzyna Jabłońska i dodała: „Miałam ten przywilej, że mogłam wielokrotnie być w domu i ich słuchać, obserwować w codzienności. Przeciwieństwa rzeczywiście chyba się przyciągają” – wspominała Katarzyna Jabłońska. Pan Józef był jowialny, otwarty, dowcipny, bardzo rozluźniony i skracający dystans, czuły. Dzieci w domu (Jan Kaczkowski miał brata i siostrę) częściej przytkały się do taty, niż do mamy. Tata uspokajał, ufał im. Helena była zdystansowana, a ten dystans trudno było skrócić. Jednocześnie była (jest) niezwykle wrażliwa na ludzkie potrzeby. „Zapewniała Janowi duże poczucie bezpieczeństwa. Nie musiał tak intensywnie myśleć o całej codzienności. Ona nad wszystkim czuwała, prała, prasowała, przygotowywała pyszne potrawy”. 

To właśnie dzięki rodzicom ten na początku odtrącony przez świat chłopiec stał się człowiekiem, który ten świat starał się i potrafił ulepszać. Na początku żył na boku: w szkole, na podwórku. Inaczej mówił, inaczej wyglądał. Funkcjonował w środowisku, które nie wiedziało jak na niego reagować – śmiechem, zażenowaniem czy podziwem. W szkole podstawowej jest kompletnie niezrozumiały. W liceum ta ekscentryczność zdawała się już przysparzać mu punktów. Nawet wtedy jego wybory były w kontrze do wszystkich, nawet do rodziny. To jest droga do samotności, którą przeszedł dorastający Jan.  

Niełatwe puckie początki  

Kluczową rozmową i kluczową osobą w książce jest także pierwszy proboszcz księdza Jana – ksiądz profesor Jan Perszon z puckiej fary. To nie była łatwa znajomość, a na pewno nie na początku. Ksiądz profesor to typ konserwatysty. Kaszuba, wśród parafian widziany jako chłodny i zdystansowany. Przez pierwszy rok między kapłanami trwa urzędowy chłód, który jednak stopniowo przeradza się w rodzaj bliższej relacji. „To właśnie ta opowieść najlepiej ilustruje to, że trudno powiedzieć o pięknym, dobrym człowieku, nie robiąc żadnej autocenzury. Prawdziwie, dowcipnie, bez lęku, że jakaś anegdota z takim a nie innym słowem jakoś Jana umniejszy” – mówi autor biografii. Gdyby wyciąć tylko opowieść Jana Perszona, to i tak by powstała interesująca opowieść.  


Drugą taką osobą był Piotr Szeląg. Jak zaznacza autor książki, to osoba, która najbardziej przekierowała myślenie o Janie na sposób myślenia o człowieku, który jest niejednoznaczny, pełen paradoksów i sprzeczności. To ksiądz, który zrezygnował z kapłaństwa i jednocześnie przyjaciel Jana. Dla Jana ta przyjaźń była formująca, wiele jej zawdzięczał. Jednocześnie decyzja przyjaciela o rezygnacji ze stanu kapłańskiego wywoływała u Kaczkowskiego ból. „Ból wynikał z tego, że on kochał kapłaństwo. On był księdzem z powołania” – mówiła Katarzyna Jabłońska. Choć i on, przynajmniej w jednym momencie, brał pod uwagę ten radykalny krok. Potem przyszła jednak diagnoza, która zmieniła wszystko – także to.  

Nie godził się na dziadostwo  

Jan Kaczkowski to niełatwy człowiek i kapłan, wielowymiarowy, pełen parodosów i sprzeczności jednocześnie pełnej autentycznej misji kapłaństwa, zafascynowany Eucharystią. Potrafił był niepokorny, rzucić tak zwanym mięsem, jednoczenie w czasie Mszy (szczególnie w czasie kulminacyjnej części) pokorniał i odchodził na drugi plan (na pierwszym był Jezus). „Jan, który był tak niepokorny, ekspansywny, na pierwszym planie, w czasie sprawowania Eucharystii był tak pokorny. A już totalnie byłam wzruszona, gdy usiłował podnieść krzyż czy kielich i opłatek i ta lewa rękaw pewnym czasie nie mogła już tego robić” – wspominała Msze św. w hospicjum Katarzyna Jabłońska. „W czasie homilii mógł sobie dworować, ale kiedy przychodził moment konsekracji, to dla mnie były momenty mistyczne, w stylu „klękajcie narody”. Lubił być potrzebny, był swoistym celebrytą, jednocześnie był czuły i wrażliwy. Potrafił rozmawiać i z dzieckiem, i ze starcem, i z profesorem, i z człowiekiem prostym. Potrafił mówić o śmierci w taki sposób, że słuchacze nie zamykali uszu, ale je nastawiali. Ze swoim mocnym temperamentem był jednocześnie bardzo czuły. Przeciwności, z którymi się zmagał, musiał jednak gdzieś odreagować. Sposobem był soczysty – niekiedy – język.  

Niektórzy mówią, że był bardziej celebrytą niż kapłanem, inni że kapłanem, i to o bardzo głębokim i mocnym poczuciu misji, którą musi wypełnić. Na pewno chciał zostać zapamiętany, chciał, by po nim coś zostało. „W Pucku zwietrzył szansę, by zrobić coś dobrego” – mówi Przemysław. Stworzył hospicjum i zaczął przybliżać temat śmierci w czasach, w których takie pomysły spotykały się często z protestami mieszkańców, przy których takie placówki miały powstawać. On nauczył nas umierać – z godnością i z Bogiem. Puckie hospicjum to miejsce, gdzie o godności człowieka pamięta się cały czas – zarówno jeśli chodzi o czysto techniczne warunki bytowe, jak i o warunki duchowe.  

Co robiłby i mówiłby dziś  

W pewnym momencie rozmowa odbiegła od książki, a stała się refleksją na temat tego, co robiłby i mówiłby ksiądz Jan dziś. Jak podkreślali rozmówcy, ksiądz Jan miał sprecyzowane poglądy i potrafił je jasno przedstawiać. Jednocześnie z szacunkiem podchodził do wszystkich, także tych, z którymi się nie zgadzał. I lubił z nimi rozmawiać. Budował mosty. Za to przecież między innymi dostał nagrodę. Goście spotkania zgodnie przyznali, że właśnie teraz to budowanie mostów by się niezwykłe przydało. Ksiądz Jan mówił, że o naszym człowieczeństwie, chrześcijaństwie świadczy w dużej mierze to, jak troszczymy się o najsłabszych. Uważał, że najkruchszymi osobami są dzieci poczęte, człowiek chory i człowiek zbliżający się do śmierci. „To momenty, gdy człowiek jest najbardziej bezbronny” – mówił ksiądz Jan. I jednocześnie mówił: „Tak dla życia, ale życia jak najwyższej jakości”. Dlatego w hospicjum obowiązują tak wysokie standardy. „Dziś na pewno pomógłby nam w sporach o ustawę aborcyjną, o pomoc państwa dla niepełnosprawnych czy w dyskusji o Alfiem Evansie. Kto jak nie on wiedział, czym jest zakończenie uporczywej terapii, a czym eutanazja i umiał o tym mówić” – mówili goście spotkania.  

Dlaczego bardziej Benedykt niż Franciszek  

Ciekawym wątkiem dyskusji był stosunek Jana Kaczkowskiego do papieży – Benedykta i Franciszka. Co ciekawe, już po rozpoczęciu pontyfikatu Franciszka w pokoju księdza Jana wisiał nadal portret Benedykta. I mimo że – jak mówi Joanna – na pierwszy rzut oka bliżej było mu do Franciszka i jego styl prezentował, to Jan Kaczkowski był zafascynowany Benedyktem. „Pokazywał czułość, czułość Chrystusa. Tak jak Franciszek. Franciszek wychodzi na peryferie i zwraca uwagę na uchodźców. Ksiądz Jan w życzeniach bożonarodzeniowych potrafił przypominać, że Święta Rodzina to byli uchodźcy, bezbronni ludzie. Jednak bardzo szanował ludzi nauki, a takim właśnie był Benedykt. Franciszek na początku wydawał się mu efekciarski, choć to stanowisko stopniowo ewoluowało. To chyba widać w książkach. W którym momencie, coraz bardziej zaczął przyznawać się do Franciszka.  

Ksiądz Jan na dużym ekranie? 

Pisaniu biografii – jak przyznaje jej autor – towarzyszyło sporo wątpliwości. Szczególnie dotyczących tego, by nie była to kronika życia księdza Jana. „On już ją sobie napisał, a dokładnie to wygadał” – mówił autor na spotkaniu. Przemysław ma też nadzieję, że ta książką w żadnym rozdziale nie jest zbiorem cytatów z poprzednich, ale oczywiście w każdym wątku można znaleźć do nich odniesienia. Druga obawa dotyczyła tego, by powstał obraz prawdziwy – bez lukrowania, bez udawania. Jak przyznali goście spotkania, ks. Jan był silny, pełen pasji, ale jednocześnie kruchy. Był uroczy, ale momentami nieznośny i trudny w kontakcie. Był po prostu człowiekiem, prawdziwym i wielowymiarowym. I na pewno tak jak biografia, również film będzie wielkim (jeśli nie jeszcze większym) wyzwaniem. Jan Kaczkowski – przez swoją nietuzinkowość – nie zostawił nam łatwego zadania, także w sprawie filmu. Kto jednak jak nie on pokazał nam, że życie to niełatwe, ale i fascynujące wyzwanie. A pomyślcie tylko, jak wspaniale będzie spotkać się z Janem Kaczkowskim na dużym ekranie! „Macie pecha, że go nie poznaliście” – to motto biografii „Jan Kaczkowski. Życie pod prąd”. Dzięki tej książce i dzięki temu filmowi ten pech może być i mniejszy i mniej dotkliwy! Podwójnie dobra wiadomość, prawda? 

Będzie film o księdzu Janie Kaczkowskim!  
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze