Fot. PAP/Paweł Supernak

Byłam na Stadionie Młodych. Widziałam więcej niż inni  

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W minioną sobotę 40 tysięcy młodych ludzi spotkało się na Stadionie Narodowym. A że jestem młoda ciałem i duchem, to wśród nich byłam też ja. Poszłam o krok dalej – włączyłam się w organizację tego wydarzenia i zostałam wolontariuszką. Jak było, co widziałam oraz jakie mam zdanie o „Stadionie Młodych”? 

Zakonnice na motorach 

Gdy w sobotę rano uczestnicy spotkania zmierzali na „Stadion Młodych”, w tym samym czasie w podziemiach „Narodowego” 20 sióstr zakonnych ćwiczyło jazdę na motorach. Czekało je ważne zadanie – swoim przejazdem miały rozpocząć wydarzenie, a także poprzedzić pojawienie się figury Matki Boskiej Skrzatuskiej, która była obecna na wielu wcześniejszych spotkaniach młodzieży. Tym bardziej teraz nie mogło Jej zabraknąć. 

A zakonnice? Muszę przyznać, że dobrze sobie radziły na motorach. Obserwowałam je. Niektóre były skupione, wręcz spięte, inne wydawały się być zdziwione swoim dokonaniem, a jeszcze kolejne „śmigały” wokół stadionu z szerokim uśmiechem na ustach. Pomyślałam wtedy, że każda z sióstr jechała w niepowtarzalnym stylu, wioząc swoją życiową historię i każda odniosła zwycięstwo – znalazła się na mecie.  

Z czym do gości? 

A jak jest z nami? Często uważamy, że jesteśmy do niczego, że z nas już nic nie będzie. Przecież mamy poplątane życiorysy, ciągle upadamy, jesteśmy niewystarczająco zdolni, dobrzy, śmiali, zaradni… Zawsze znajdzie się jakieś „ale” podważające naszą wartość i gotowość do działania. Nie wierzymy, że Bóg nas powołuje do wielkich rzeczy. Myślimy: Z czym do gości? Przecież ja nigdy taka/taki nie będę… Porównujemy się. A to właśnie nie chodzi o to, żeby stać się drugim Adamem Szustakiem, Kamilem Stochem czy kopią Anny Lewandowskiej, ale o to, by powiedzieć „tak” i zgodzić się na własną historię pełną pytań, niepowodzeń i radości.  

Nie wszystkim siostrom od razu dobrze szło na motorach (widziałam, jak było), ale wszystkie zwycięsko dojechały na tę samą metę… 

Fot. PAP/Paweł Supernak

Nie masz konkurencji 

Jest dobra wiadomość – wbrew pozorom nie uczestniczymy w żadnym wyścigu i nie ma konkurencji, bo nikt nie jest w stanie podjąć naszej misji oprócz nas samych. Uff, kamień z serca. Myślę, że im bardziej otworzymy się na życiową drogę i pozwolimy, by Jezus nas znalazł, tym mocniej poczujemy Jego miłość. 

„Każdy i każda z nas – uświadommy to sobie dzisiaj – ma z Bogiem absolutnie oryginalną relację. Bóg nie ma nikogo innego, tylko mnie, moją osobę, moją historię, aby objawić w pewien sposób, dla mnie właściwy, miłość – mówił bp Edward Dajczak w swojej homilii na stadionie. 

Życie jest nieprzewidywalne 

Cieszę się, że byłam na tym wydarzeniu. Może w takim tłumie i gwarze trudno się wyciszyć, ale z całą pewnością można naładować wewnętrzne akumulatory. Wobec 40 tysięcy ludzi, którzy tańczą i śpiewają, trudno przejść obojętnie. Co prawda, mnie jako wolontariuszkę, wiele konferencji i koncertów ominęło, bo byłam zajęta noszeniem krzeseł czy rozdawaniem ulotek, ale za to… Przypadkowo spotkałam znajomych, miałam zaskakującą, szaloną przejażdżkę meleksem i dostałam cukierki. 

Ale nic dziwnego, w końcu, jak mówi papież Franciszek, nasz Bóg jest Bogiem niespodzianek. Bądźmy otwarci na niespodzianki. 

Byłam na Stadionie Młodych. Widziałam więcej niż inni  
5.4 (90%) 10 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze