#DwieNawy: czy papieża zawsze trzeba słuchać?

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po dwóch latach wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli.

Jesteśmy właściwie na kościelnych antypodach: jeden z nas czyta „Tygodnik Powszechny”, drugi „Christianitas”. Jeden inspiruje się Tischnerem, drugi Ratzingerem. Jeden chodzi na Msze św. do parafii, drugi na trydenckie. Wydawałoby się, że na swój widok powinniśmy rzucać się sobie do gardeł, jednak po ponad roku wspólnej pracy i dziesiątkach dyskusji odkryliśmy z niemałym zdziwieniem, że więcej nas łączy niż dzieli. Jesteśmy jak dwie nawy jednego kościoła. Właśnie to doświadczenie wspólnoty pomimo dzielących nas różnic zainspirowało nas do rozpoczęcia nowej serii felietonów #DwieNawy, w których pokazywać będziemy, jak w całej kościelnej różnorodności można odnaleźć jedność.

Michał Jóźwiak

– Jak pokazuje historia, możliwe jest, że papież, sprawując swą władzę, może popaść w herezję i zaniedbać swój pierwszy obowiązek, jakim jest ochrona i krzewienie jedności wiary, kultu i dyscypliny – oświadczył w ubiegłym tygodniu kard. Raymond Burke, po raz kolejny krytycznie odnosząc się do papieskiej adhortacji „Amoris laetitia”. 7 kwietnia podczas sympozjum w Rzymie kardynałowie Raymond Burke i Walter Brandmueller zaprezentowali deklarację oskarżającą Franciszka o herezję. Zarzucają Ojcu Świętemu, że stworzył możliwość dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do Komunii św. W adhortacji mowa jest o tym, że każdy przypadek powinien być rozpatrzony indywidualnie. Takie sformułowania nie odpowiadają niektórym środowiskom kościelnym, przez co, jak argumentują dwaj hierarchowie, „z powodu sprzecznych interpretacji adhortacji wśród wiernych szerzy się rosnący niepokój i zamęt”.

Czy to oznacza, że powinniśmy z nieufnością podchodzić do nauczania Franciszka? Niekoniecznie. Takie oskarżenia zdarzają się bowiem dość często. Znany watykanista Andrea Tornielli wyliczył nawet, że św. Janowi Pawłowi II w ciągu jego pontyfikatu postawiono aż 101 zarzutów o herezję. Poważne krytyki były również zgłaszane pod adresem Benedykta XVI. Pewne aspekty nauczania papieży spotykają się z krytyką i jest to zupełnie naturalne. Często polemika wynika z troski o dobro Kościoła – należy to rozumieć, szanować i samemu zabierać głos w sprawie, jeśli uznamy, że jest to konieczne. Papież nie jest przecież nieomylny (jeśli nie wypowiada się ex cathedra), a herezja niekoniecznie musi wynikać ze złej woli. Herezja może być „materialna”, przez co rozumie się niezawiniony błąd w wierze lub gdy wynika z ignorancji, albo „formalna” – gdy polega na odrzucaniu doktryny, co do której osoba jest przekonana, że jest prawidłowa, a pomimo tego ją odrzuca oraz jednocześnie akceptuje autorytet Boga w innych sprawach. Grzechem jest tylko herezja formalna.

Papież powinien być jednak dla nas autorytetem z kwestiach wiary. Bo choć popełnienie przez niego błędu teologicznego jest teoretycznie możliwe, to jednak „każdy papież otrzymał swój urząd bezpośrednio od Chrystusa, Głowy Kościoła, i wypełnia go w Jego imieniu. „I dlatego słusznie jest nazywany także namiestnikiem Chrystusa” – jak podkreśla kard. Gerhard Müller w książce „Papież. Posłannictwo i misja”. Skoro to właśnie kard. Jorge Bergoglio został wybrany na następcę św. Piotra, to jako wierzący w działanie Ducha św. w Kościele powinniśmy przyjąć, że jego pontyfikat jest dla nas korzystny. Nie oznacza to oczywiście, że kardynałowie nie mają prawa do wyartykułowania swoich wątpliwości – są w sumieniu zobowiązani do tego, aby towarzyszyć papieżowi także przez uzasadnioną krytykę.

Problem pojawia się jednak wówczas, gdy wierni uważają, że z założenia wiedzą lepiej od papieża. W mediach społecznościowych aż roi się od komentarzy, że w sprawie uchodźców czy osób rozwiedzionych Ojciec Święty mówi „bzdury”. Nie dość, że takie określenia w stosunku do papieża są niegodne, to należy też zwrócić uwagę na fakt, że następca św. Piotra jest na mocy wyboru kolegium kardynalskiego najbliżej właściwego rozumienia i interpretowania Ewangelii. Nawet jeśli z papieżem się nie zgadzamy, warto, abyśmy go słuchali. Nawet jeśli nie będzie to dla nas łatwe, może okazać się bezcenną lekcją pokory.

Aleksander Barszczewski

Choć od ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieża minie zaraz 150 lat, katolicy w przeważającej większości nadal nie wiedzą, czego tak naprawdę on dotyczy. Wynikają z tego często bardzo poważne nieporozumienia, a papieża zaczyna się traktować jak drugiego Jezusa Chrystusa. Każde jego słowa przyjmuje się jak prawdy objawione, bez żadnej refleksji, czyniąc z naszej religii coś na kształt absolutnej monarchii, w której poddani z pokłonami i bez szemrania przyjmują rozkazy władcy. Jak na ironię atmosferę tę jeszcze bardziej pompują media, które szczególnie w trakcie obecnego pontyfikatu każdy głos odmienny od stanowiska papieża traktują jak terroryzm lub pedofilię – jako coś absolutnie nie do przyjęcia, trudnego nawet do zrozumienia.

Najbardziej jednak bawi mnie, kiedy katolickie środowiska liberalne, które zazwyczaj podchodzą do dogmatów wiary z rezerwą, mówiące o potrzebie dyskusji, rozeznawania itp. używają „posłuszeństwa papieżowi” jako swego rodzaju wytrychu ucinającego dyskusję. „Kim jesteś, żeby poddawać w wątpliwość słowa papieża?” – te słowa powtarzane są jak mantra.

No właśnie, kim jestem? Jestem katolikiem wezwanym do używania własnego rozumu. Do poszukiwania sensu i prawdy. Nie zmuszanym do wierzenia w byle co „bo tak”. Kościół strzeże nas przed wypaczeniami, nie przed myśleniem. W konstytucji o wierze ogłoszonej przez ten sam sobór, który ogłosił dogmat o nieomylności papieża czytamy, że Kościół „z apostolskim urzędem nauczania otrzymał nakaz strzeżenia depozytu wiary, posiada również od Boga prawo i obowiązek piętnowania błędów fałszywej nauki”. Nieomylność papieża jest jakby naturalną tego konsekwencją. Jest ona jednak precyzyjnie określona i musimy ją dobrze zrozumieć, żeby nie wpaść w pułapkę.

Żeby papieskie nauczanie uznawane było za nieomylne, musi jednocześnie spełniać trzy warunki:

1. Papież musi wypowiadać się jako najwyższy pasterz i nauczyciel wszystkich wiernych Chrystusowych (nie jako prywatna osoba).

2. Wypowiedź musi dotyczyć wiary lub moralności (nie smażenia jajek albo liturgii).

3. Wypowiedź ogłoszona musi zostać „ostatecznym aktem“ (a nie rzucona mimochodem). (Lumen gentium n.25).

W ten sposób Jan Paweł II wypowiadał się np. na temat święceń kobiet lub eutanazji. Tego już nie zmienimy. Nie znam jednak ani jednej wypowiedzi papieża Franciszka spełniającej te wymagania.

Czy oznacza to, że do posłuszeństwa papieżowi w ogóle nie jesteśmy zobowiązani? Oczywiście nie. Zobowiązani jesteśmy do najgłębszego szacunku nawet w stosunku do omylnych wypowiedzi papieża, jak również wszystkich biskupów. Wypowiedzi tych jednak jest znacznie więcej i często wzajemnie się wykluczają. Trzeba więc czytać Pismo Święte, wypowiedzi Ojców Kościoła i myśleć, myśleć i jeszcze raz myśleć. Pozwoli nam to wtedy czytać nierozsądne i nieostrożne wypowiedzi biskupów lub nawet papieża w kluczu całej tradycji Kościoła i nie dać się zwariować. Choć czasem to niełatwe.

Przeczytaj pozostałe felietony z cyklu „#Dwie Nawy”!

#DwieNawy: czy papieża zawsze trzeba słuchać?
6 (100%) 5 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze