YouTube/Netflix Polska
Heweliusz. Katastrofa, która wciąż tonie w polskiej pamięci [RECENZJA]
Od 5 listopada, czyli od dnia premiery, miniserial polskiej produkcji nie schodzi z pierwszego miejsca hitów Netfliksa. „Heweliusz” Jana Holoubka inspirowany jest historią zatonięcia promu Jan Heweliusz, do którego doszło 14 stycznia 1993 roku na Morzu Bałtyckim.
Jan Holoubek – wspierany przez scenariusz Kaspra Bajona – po raz kolejny pokazuje, że potrafi zamienić prawdziwą historię w pierwszorzędne kino. Na Netfliksie pojawił się polski miniserial, który z miejsca przyciągnął widzów, opowiadając o tragedii z czasów początku III RP – czyli o zatonięciu promu „Jan Heweliusz” 14 stycznia 1993 roku na Bałtyku. Estetyczna i dopracowana produkcja fabularna przypomina o tragedii, o której duża część Polaków już nie pamięta.

Czasy, których nie pamiętamy
Mówię w imieniu osób urodzonych w latach 90. oraz wszystkich urodzonych już w XXI wieku: nie pamiętamy tych tragicznych wydarzeń ze stycznia 1993 roku. Część osób poniżej 40. roku życia mogło nigdy o promie Jan Heweliusz nie usłyszeć. Serial wydobywa na powierzchnię troszkę zapomnianą historię, tworząc z niej filmową perełkę oraz pobudzając do głębokiej autorefleksji.
„Heweliusz” to projekt utkany na skrzyżowaniu gatunków – nie jest filmem dokumentalnym, choć wykorzystuje archiwalne materiały. Wśród najważniejszych bohaterów serialu są członkowie rodziny kapitana Andrzeja Ułasiewicza, w którego rolę wcielił się Borys Szys. Jego żona Jolanta i córka Agnieszka udzieliły twórcom zgody na wykorzystanie wizerunków i osobistych nagrań. Dzięki temu poprzez produkcję możemy zajrzeć do archiwum rodzinnego, usłyszeć zapisy rozmów sprzed katastrofy — w tym przejmującą prośbę kapitana, by żona nagrała mu Listę Przebojów Trójki.

Choć punktem wyjścia są prawdziwe wydarzenia, „Heweliusz” nie jest dokumentem. Podobnie jak w „Wielkiej wodzie”, Holoubek i Bajon korzystają z faktów, ale nie zamykają się w rekonstrukcji. Film zawiera motywy katastroficzne, trochę dramatu psychologicznego, ale i wykorzystuje fakty historyczne, splatające te gatunki w spójną, mocną opowieść. Twórcy mnożą perspektywy, przeskakują w czasie, rekonstruują ostatnie godziny załogi i pokazują długie, bolesne następstwa tragedii.
Styczniowe lata 90.
Jednym z najcenniejszych walorów serialu jest drobiazgowa dbałość o realia: niewyidealizowana, do oporu ponura polska scenografia zimowych lat 90. W filmie dominują niebieskie barwy – zdjęcia, efekty specjalne i konstrukcja napięcia trzymają poziom, do którego polskie produkcje przyzwyczaiły nas dopiero w ostatnich latach.

Serial zderza widza nie tylko z samą katastrofą, lecz także z procesem dochodzenia do prawdy i z bezsilnością rodzin, które próbowały przebić się przez mur instytucji młodej, chaotycznej Polski lat 90. Nie daje luźnego „happy endu”, nie serwuje wielu odpowiedzi, ale w sposób realistyczny i uniwersalnie tragiczny zadaje ważne pytania. Produkcja, która wciąga, porusza i prowokuje do myślenia.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Najważniejsza dla niego była choroba i muzyka [RECENZJA]
Transformacja. Na jeden dzień wrócić do Stoczni Gdańskiej [FELIETON]
W Łodzi udało się przedłużyć lato [RECENZJA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny