EPA/ROMAN PILIPEY

Historyk: do zakończenia wojny w Ukrainie na pierwszym miejscu powinna być stawiana dyplomacja

„Do zakończenia wojny na Ukrainie na pierwszym miejscu powinna być stawiana dyplomacja, co wymaga wielkiego wysiłku. W tym wymiarze Kościół katolicki chce i bierze na siebie odpowiedzialność. Szkoda, że nie może tego robić w ramach dialogu ekumenicznego z Kościołami prawosławnymi, aby w obecnej sytuacji, wspólnym głosem, przypominać o przykazaniu: nie zabijaj!” – uważa prof. Alberto Melloni. Znany włoski historyk Kościoła w rozmowie z KAI mówi m. in. „kryzysie kubańskim” w 1962 r. i postawie wobec niego św. Jana XXIII, współczesnym znaczeniu jego encykliki „Pacem in terris” a także o potrzebie „rachunek sumienia” świata zachodniego wobec polityki jaką prowadził wobec putinowskiej Rosji przed agresją na Ukrainę.

Publikujemy tekst wywiadu.

Piotr Dziubak (KAI): Panie Profesorze czas przed Wielkanocą 60 lat temu był również dramatyczny. To było kilka miesięcy po kryzysie na Kubie, kiedy pojawiło się realne ryzyko III wojny światowej. 11 kwietnia 1963 roku papież Jan XXIII ogłosił encyklikę „Pacem in terris”. Jak powinniśmy dziś spojrzeć na przesłanie papieża Roncallego?

Prof. Alberto Melloni: Jan XXIII doświadczył dwóch wojen światowych. W czasie I wojny światowej był żołnierzem jako kapelan wojskowy. W czasie II wojny światowej był dyplomatą watykańskim w Turcji. Poznał horror wojny, okopów i wiedział o Szoah w czasie II wojny. Z bliska zobaczył czym jest wojenne zniszczenie. Osobiście wiedział czym jest potrzeba pokoju. A to już różniło się od bezkompromisowego nauczania Kościoła z poprzednich dziesięcioleci. W XIX wieku i na początku XX wieku Kościół, co dzisiaj brzmi strasznie, określał wojnę jako „krwawe sankcje współczesnej apostazji”. Miało to udowadniać, że ludzie daleko od Boga mogą wywołać tylko katastrofy. A największą katastrofą jest właśnie wojna.

Papież Roncalli inaczej już jednak patrzył na kwestię wojny. Kiedy w październiku 1962 roku konwój statków wiózł na Kubę pociski nuklearne, które miało być przeciwwagą do umieszczenia amerykańskich rakiet w Turcji, prezydent Kennedy zablokował wyspę i wydawało się, że za chwilę wybuchnie III wojna światowa, papież Roncalli wykonał gest, który tylko wyglądał na coś prostego. Do obydwu szefów państw, do Chruszczowa i do Kennedy’ego, wysłał przesłanie wzywając ich, nie w imię moralności, nauczania Kościoła, ale w imieniu rodzin, w imieniu ludzkości, która prosi o pokój i to zadziałało. Dla Chruszczowa było to wyjście z ślepej uliczki, do której sam się zapędził. Mógł przekazać biuru politycznemu sowieckiej partii, że na tej pełnej przygód i zwrotów akcji coś uzyskał. Wtedy też papież zdecydował się napisać encyklikę, której język jest zupełnie inny od poprzednich dokumentów papieskich i to nie tylko na temat pokoju. „Pacem in terris” ciągle i dzisiaj zawiera wielką przestrogę, że w erze atomowej pojęcie wojny sprawiedliwej, w jej klasycznym rozumieniu, już nie istnieje. Myślę, że obecnie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Od Soboru Watykańskiego II całe nauczanie papieskie do ostatniej encykliki papieża Franciszka “Fratelli tutti” absolutnie odrzuca, a nawet potępia już samo posiadanie broni atomowej.

Jeśli papież Roncalli w jakiś sposób pomógł wyjść z ślepej uliczki Chruszczowowi, czy Franciszek mógłby też coś podobnego zrobić w przypadku Putina?

– W legendach franciszkańskich są opisane wydarzenia, z których niektóre szczególnie upodobał sobie papież Franciszek. Na przykład opowieść o tym jak to św. Franciszek udaje się do sułtana albo jak oswaja wilka z Gubbio. Te odniesienia stały się niejako znakiem rozpoznawczym dla prowadzonego przez Franciszka dialogu międzyreligijnego i nie tylko. Wszyscy widzą, że działania Federacji Rosyjskiej są pełne sprzeczności politycznych i dyplomatycznych. Z jednej strony wobec działań Putina okazuje się, że państwa takie jak Słowacja, Polska, kraje bałtyckie dobrze zrobiły wstępując do NATO, gdyż pozostawanie poza tym sojuszem obronnym wiązało się z ryzykiem bycia zaatakowanym przez Rosję. Z drugiej strony NATO nie może robić rzeczy, które wykraczałyby poza obronę granic państw swoich członków. Sojusz nie może też być policjantem w świecie zagrożonym bronią nuklearną. Zatem w wojnie na Ukrainie na pierwszym miejscu powinna być stawiana dyplomacja, co wymaga wielkiego wysiłku. W tym wymiarze Kościół katolicki chce i bierze na siebie odpowiedzialność. Szkoda, że nie może tego robić w ramach dialogu ekumenicznego z Kościołami prawosławnymi, aby w obecnej sytuacji, wspólnym głosem, przypominać o przykazaniu: nie zabijaj!

>>> „Matko schodzących do schronów” – młody jezuita napisał litanię za Ukrainę

Wielu komentatorów mówi, że Putin nie chce nikogo słuchać. A czy Chruszczow kogoś w ogóle słuchał?

– Absolutnie nie, chociaż w szeroko pojętym zachodnioeuropejskim wyobrażeniu Chruszczow był takim dobrym tyranem w odróżnieniu od swojego poprzednika Stalina. Wiemy, że był bardzo okrutny w stosunku do Kościołów chrześcijańskich w Związku Sowieckim. To za jego rządów były one szczególnie prześladowane. Był natomiast świadom, że nie może robić dwóch rzeczy, a mianowicie, że jego ogromny kraj nie może się rozwijać się dalej z powodu panującego ubóstwa i w tym samym czasie prowadzić wojny. Niestety on i jego następcy popełnili mnóstwo błędów, które doprowadziły do upadku Związku Sowieckiego.

Fot. PAP/EPA/ROMAN PILIPEY

Putin nie może „słuchać” Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, który dał mu ideologiczne zaplecze dla prowadzenia wojny…

– Myślę, że światu chyba bardzo brakuje teraz jedności w samym prawosławiu. Do jej zerwania doszło np. w związku z Soborem Wszechprawosławnym na Krecie w 2016 roku. To była zresztą zapowiedź, że dojdzie do konfliktu, który wymknie się spod kontroli. Doszło do rozłamu pomiędzy ekumenicznym Patriarchatem Konstantynopola a Patriarchatem Moskiewskim. Prawosławie nie mówi jednym głosem, a niektóre z narodowych Kościołów prawosławnych stały się tubą propagandy nacjonalistycznej. Podpisany w 2016 r. na Kubie przez papieża Franciszka i patriarchę Cyryla wspólny dokument jest pełen retoryki antynowoczesnej, która jest tak obecna do dzisiaj w przemówieniach patriarchy Moskwy. Wtedy mało kto zwracał na to uwagę. Przecież nie chodziło o to, aby mówić tylko źle o nowoczesności, ale już wtedy trzeba było potępić wojnę, która toczyła się na wschodniej Ukrainie. Takie zaniedbania trzeba naprawić. Chrześcijaństwo ma w tym wielowiekowa tradycję i wie jak o tym mówić. Potrzeba konkretnych gestów, w tym gestów pokuty. Na przykład wszyscy zwierzchnicy Kościołów chrześcijańskich i wspólnot religijnych powinni spotkać się na Golgocie w Jerozolimie i prosić o przebaczenie za wszelkie zaniedbania, które doprowadziły do wojny i światowego kryzysu. W taką inicjatywę powinni się włączyć liderzy wszystkich krajów świata, a szczególnie zaangażowanych w wojnę, i może w Jerozolimie doprowadzić do trwałego pokoju w Ukrainie. Byłoby to piękne.

Jak jednak wytłumaczyć postawę patriarchy Cyryla, który używa retoryki religijnej usprawiedliwiającej wojnę? Ofiarowuje żołnierzom rosyjskim ikonę Matki Bożej…

– Biedna nasza Matka Boża, w swoim życiu i z perspektywy wieczności widziała już tak wiele. Ona też była uciekinierką ze swojego domu i wie, co to znaczy cierpienie matek. Na pewno pocieszy matki rosyjskich żołnierzy, którzy giną w bezsensownej wojnie, której żadne wyznaczone przez Putina cele nie zostaną osiągnięte. Ukraina to państwo-mieszanka narodowości, kultur, religii i choćby z tego powodu nie zaakceptuje jakiejś formy nacjonalizacji z żadnej strony, nie przyjmie żadnej formy nacjonalizmu rosyjskiego, którego bomby zniszczyły ten kraj. Każdy wierzący wie, że Bóg jest po stronie cierpiących, co wynika z tajemnicy Krzyża. Nikt nie ma wątpliwości, że ciepią Ukraińcy. Z drugiej strony są Rosjanie, którzy nie chcą tej wojny, ponieważ jest to wojna bratobójcza. W zeszłym roku Putin opublikował esej o jedności Ukrainy i Rosji. Nie mam pojęcia, kto mu to napisał. Jest to tekst pełen ideologii nacjonalistycznej odwołujący się do świata słowiańskiego. Mówi o unii trzech Rusi: Dużej Rusi, Małej Rusi i Białej Rusi, co należy czytać, Rosji, Ukrainy i Białorusi. Cały tekst został napisany w stylu imperialnej logiki, w której mieści się wspólna wiara prawosławna pod przewodnictwem mitycznego trzeciego Rzymu, czyli Moskwy. Teraz wiemy, że tekst był ideologicznym przygotowaniem do wojny. Myślę, że jakiekolwiek relacje pomiędzy Dużą i Małą Rusią po tak wielkiej wojennej dewastacji, jakiej doznaje Ukraina, są nie do pomyślenia. Ukraińcy na pewno nie poddadzą się. Jak na razie trzeba robić wszystko, aby obniżyć liczbę ofiar cywilnych.

>>> Pomoc na granicy to momenty, które chwytają za serce [ROZMOWA]

Panie Profesorze, czy świat zachodni powinien zrobić rachunek sumienia po tym swego rodzaju upojeniu pieniędzmi rosyjskimi czy to w świecie sportu, czy w przemyśle i innych dziedzinach?

– Zachód na przestrzeni wieków umiał wygrać wojnę i umiał wygrać pokój. Kiedy upadł Związek Sowiecki i tym samym Układ Warszawski, trzeba było niestety mieć świadomość, że konflikt Zachodu z byłym sowieckim imperium jeszcze się nie skończył. Dla krajów byłego bloku wschodniego zaczął się o wiele bardziej trudny proces, a mianowicie budowa społeczeństwa obywatelskiego, sprawiedliwego, demokratycznego, w którym zagwarantowane będą wolności indywidualne i wspólnotowe. Niestety Zachód widząc, że nic takiego nie ma miejsca w Rosji pomyślał, że może dogadać się z ograniczoną liczbą oligarchów, którzy rozgrabiali własny kraj, zarabiając przy tym olbrzymie pieniądze. Dla świata zachodniego wydawało to jakąś formą udanego biznesu z putinowską Rosją. Dzisiaj widzimy, jak złym interesem był taki biznes. Dodatkowo układ ten nadal promieniuje dużą dozą lekkomyślności. Dzisiaj część krajów Europy Zachodniej idzie na swego rodzaju łatwiznę w duchu interwencjonizmu, przypominającego rok 1914. Trochę to przypomina takich marines w kapciach na wojnach Twitterowych albo w mediach społecznościowych. Z jednej strony niektórzy wymagają od Ukraińców oporu, o którym wiadomo, że jest. Ukraińcy bohatersko walczą bynajmniej nie dlatego, że ktoś przez tweety pisane na kanapie im to rozkazał. Z drugiej strony nie ma innej alternatywy jak finansowanie broni i ludzi, którzy walczą na wojnie. Niestety, tak jak zawsze, najwięcej ofiar jest wśród cywili.

Myślę, że w tym wszystkim ważne jest pojęcie czasu w duchu chrześcijańskiego pielgrzymowania. Oczywiście na bieżąco dzieją się ważne sprawy, podejmowane są istotne decyzje, ale to wszystko odbywa się w duchu krótkotrwałego życia gorącej informacji, jaką na co dzień dostarczają nam media. Pielgrzymowanie natomiast wymaga dłuższego dystansu czasowego, bo trzeba dotrzeć do wybranego miejsca i zrozumieć dlaczego tam się poszło. Dlatego dyplomacja jest też takim pielgrzymowaniem. Nie było jeszcze takiej wojny, którą udałoby się zakończyć rozmową na Skype’ie pomiędzy dwoma delegacjami. Zawód dyplomaty wymaga cierpliwości w negocjacjach i czasu. Z kolei wschodnia flanka Unii Europejskiej wzięła na siebie ciężar opieki nad uciekinierami, którzy opuścili swoje miejsca zamieszkania przede wszystkim z powodu etnicznych czystek. Po tym exodusie ludzi trzeba będzie wielu lat, żeby osiągnąć jakąś równowagę.

Encyklika „Pacem in terris” wyraźnie pokazuje, że logika zbrojeń nie jest logiką Ewangelii. Papież Franciszek stale to powtarza wskazując, jak olbrzymie pieniądze wydaje się na zbrojenia i handel bronią.

– Myślę, że przed kwestią handlu bronią trzeba przyjrzeć się dwóm rzeczom. Po pierwsze trzeba potępić tzw. metodę odstraszania bronią atomową. Po drugie trzeba zaszczepić w ludzkich sumieniach to, że posiadanie broni atomowej jest nikczemne, a każdy wysiłek na rzecz rozbrojenia, ograniczenia tej broni będzie błogosławiony przez Boga. Dzisiaj widać, że funkcjonuje model polegający na przekonaniu, że broń atomowa jest gwarancją bezpieczeństwa i pokoju. Widać to też w niektórych przemówieniach liderów ukraińskich, że Ukraina straciła broń atomową, bo gdyby ją miała byłaby bardziej bezpieczna i w ogóle nie doszłoby do wojny. Nic bardziej mylnego. Dzisiaj wojny zaczynają się od oceny posiadanych przez dany kraj arsenałów atomowych i bynajmniej te też nie powstrzymują od zbrojnego najazdu. Cały czas należy promować w społeczeństwach, że wojna jest zwodniczym przesądem. Każda racjonalnie myśląca osoba wie, że wojna nie rozwiąże żadnego problemu. Wojna trwa zawsze dużo dłużej, niż to zapowiadają generałowie i powoduje dużo większe zniszczenia, niż zakładano, a wszystkie problemy pozostają albo stają się jeszcze większe. Ludzkości udało się pokonać wiele problemów, które uważano za nierozwiązywalne np. niewolnictwo i to nie w wyniku totalnych wojen.

fot. EPA/STANISLAV KOZLIUK

Znaleźliśmy się w bardzo ryzykownym momencie. Z jednej strony jesteśmy świadkami desperacji Ukraińców, którzy odczytują obecną rzeczywistość jako już rozpoczętą III wojnę światową, której Europejczycy i Amerykanie jeszcze nie zauważyli. Z drugiej strony są w Rosji ludzie, którzy myślą, że jeżeli już coś zaczęliśmy, ponosimy koszty, to musimy wojnę doprowadzić do końca. Musimy zerwać z takim sposobem myślenia. Zwróćmy uwagę, czy ktoś dziś pamięta, że wojna na Bałkanach zaczęła się od wystrzału z moździerza w Sarajewie w kierunku bazaru bośniackiego. Czy ktoś by pomyślał, że bez tej dramatycznej sceny, która miała miejsce przed kamerami zachodnich mediów, w ostateczności w wojnę zaangażuje się NATO i będzie bombardować Belgrad? W obecnej sytuacji niech Bóg nas broni przed tym, co miało miejsce na Bałkanach, gdyż byłaby to katastrofa całej ludzkości.

Rozmawiał Piotr Dziubak (KAI)

Prof. Alberto Melloni to znany włoski historyk Kościoła, przewodniczący Katedry Pluralizmu Religijnego i Pokoju UNESCO, znany przede wszystkim publikacji na temat soborów, zwłaszcza Soboru Watykańskiego II. Od 2020 r. jest jednym z głównych doradców naukowych Komisji Europejskiej.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze