Fot. arch. Daniel Szwarc OMI
Jak być misjonarzem tam, gdzie nie ma dróg? O. Daniel Szwarc OMI o życiu wśród Inuitów [ROZMOWA]
Polowania z Inuitami, naprawa rur w kościele i przygotowywanie zmarłych do trumny – tak wygląda codzienność misjonarza w kanadyjskiej Arktyce. O. Daniel Szwarc OMI, oblat ze Złotnik Kujawskich, przyjechał do Nunavut w 2002 r., dwa lata później przyjął tam święcenia kapłańskie, a od 2007 r. posługuje w Naujaat – wiosce leżącej na kole podbiegunowym. Opowiada, jak zdobywa się zaufanie Inuitów, dlaczego misjonarz musi być jednocześnie duszpasterzem, hydraulikiem i elektrykiem oraz z jaką samotnością mierzą się oblaci na dalekiej Północy.
Zofia Urbanek: jak wygląda misja oblatów wśród Inuitów w kanadyjskiej Arktyce?
O. Daniel Szwarc OMI: – jako oblaci Maryi Niepokalanej staramy się na misjach w Arktyce być blisko ludzi: żyć ich stylem życia, przeżywać z nimi radości, smutki i tragedie. Bardzo ważne jest, by być otwartym na ich życie, kulturę, mentalność i zwyczaje.
Co kształtuje mentalność Inuitów?
– Przede wszystkim warunki, jakie tu panują. Dzień i noc polarna, zawieje i burze śnieżne, mróz, brak roślinności – to wszystko sprzyja depresjom, przygnębieniu, uzależnieniom i samobójstwom. Ogólnie można powiedzieć, że mentalność miejscowych ludzi jest nastawiona na to, by po prostu przeżyć; brakuje w niej inicjatywy rozwoju. Tak było przez tysiące lat życia na lodowej pustyni, bo nie było innej możliwości, i taka mentalność przynajmniej częściowo pozostała do dziś. W takich warunkach jako misjonarze oblaci staramy się głosić Ewangelię i ukazywać Inuitom światło Chrystusa.
Od czego zaczyna się głoszenie Ewangelii w takim miejscu?
– Najpierw trzeba ludzi poznać i zdobyć ich zaufanie, żeby uznali nas może nie tyle za swoich, ile za część wspólnoty. Dlatego normalnym zajęciem jest dla nas wyjazd na polowanie, na ryby albo po prostu poza wioskę, do obozowisk rozsianych po okolicy. Każda rodzina ma swój domek, do którego wyjeżdża – szczególnie wiosną i latem – by prowadzić tam tradycyjne życie. Trzeba pamiętać, że życie w wiosce nie jest dla Inuitów tradycyjne. Kiedyś wszyscy mieszkali rozproszeni w obozowiskach rodzinnych. Kiedy więc widzą, że misjonarze starają się żyć tak jak oni, doceniają to i znajdujemy wspólny temat.
Poza polowaniem i łowieniem ryb jest też zwyczajna praca duszpasterska.
– Oczywiście. Codzienna Eucharystia, spowiedź, przygotowanie do sakramentów. Chrztów jest bardzo dużo, bo przyrost naturalny w Nunavut jest bardzo wysoki. Społeczeństwo jest raczej ubogie, dlatego bardzo często wspomagamy tych, którym brakuje jedzenia – przy wsparciu Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo. Staramy się też uświadamiać ludziom, że każda aborcja jest tragedią, a jednocześnie wspieramy rodziny z małymi dziećmi, w czym pomaga nam organizacja Campaign Life Coalition. Poza regularną pomocą dla całej wioski takie indywidualne wsparcie odbywa się niemal każdego dnia. Ktokolwiek i kiedykolwiek przychodzi z prośbą o pomoc, na misji zawsze ją otrzyma.

W wioskach jest dużo dzieci?
– Bardzo dużo. Można powiedzieć, że w każdej wiosce większość mieszkańców to dzieci i młodzież poniżej 18. roku życia. W Naujaat na przykład na 1200 mieszkańców 800 nie skończyło jeszcze 18 lat. Dlatego również dla nich codziennie organizujemy różne programy i zajęcia.
Jak wygląda codzienność misjonarza w tak odciętym od świata miejscu?
– Specyfiką wiosek w Nunavut jest izolacja. Nie ma dróg, dostać się można tylko samolotem. Nie ma też zakładów, mechaników ani fachowców, których można by wynająć do jakichkolwiek napraw. Jesteśmy zdani na siebie i wszystkie naprawy oraz remonty są w naszej odpowiedzialności. Popsuje się rura – muszę ją naprawić sam. Zepsuje się elektryka – to samo. Chcę odnowić dom czy kościół – sam muszę zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Do tego dochodzą codzienne obowiązki: gotowanie, sprzątanie, pranie. Nikt tutaj nie ma kucharki, sprzątaczki, sekretarki czy zakrystianki. Taki układ w ogóle by tu nie przeszedł.
Mówił Ojciec o przeżywaniu z ludźmi radości i smutków. Jak to wygląda w praktyce?
– Bardzo ważne jest, by żyć ich życiem i być z nimi na dobre i na złe – i wtedy, gdy dzieje się dobrze, i wtedy, gdy dzieje się źle. Konkretnie: kiedy ktoś się rodzi, kiedy matka po porodzie w szpitalu w mieście wraca do wioski, trzeba się zainteresować, zobaczyć dziecko, nawet wziąć je na ręce i pobłogosławić. Kiedy ktoś ma urodziny – złożyć życzenia. Kiedy odbywają się uroczystości czy wydarzenia dla całej wioski – być tam razem z całą wspólnotą.

A kiedy wydarza się tragedia?
– Wtedy tak samo trzeba być. Kiedy zdarzy się wypadek, śmierć czy samobójstwo, do domu rodziny schodzi się bardzo dużo ludzi i wtedy trzeba tam być. Odmawia się modlitwę za zmarłych i chorych, ale chodzi też o to, by po prostu być, nie wychodzić od razu. Nie zawsze trzeba coś mówić – wystarczy zwyczajnie być. Trzeba zaangażować się w przeżywanie tej tragedii, pomóc zorganizować pogrzeb, a nawet ubrać zmarłego i przygotować go do trumny. Nie ma tu zakładów pogrzebowych. Wszystko to – podobnie jak udział w polowaniach – wpływa na to, jak Inuici nas postrzegają. Każda pomoc buduje ich szacunek do nas.
Jak oblaci znoszą życie w takiej izolacji?
– Każdy z nas żyje w pojedynkę. Spotykamy się może dwa razy w roku. Izolacja, odległości i oczywiście miejscowe warunki wpływają na nasze życie i na naszą mentalność. Każdy z nas czuje się wyobcowany, bo przecież nikt nie jest w stanie do końca zrozumieć drugiego człowieka. Jak mówił św. Jan Paweł II: „Chrystus wie, co jest w człowieku. Tylko On to wie!”. Przeżywanie miejscowych tragedii, a wręcz uczestniczenie w nich – w wypadkach, samobójstwach – również odbija się na naszej psychice.
Czy po tylu latach na Północy misjonarz staje się trochę Inuitą?
– W oczywisty sposób się zmieniamy. Możemy wzbudzić i wypracować sobie szacunek Inuitów, ale przecież nigdy nie będziemy Inuitami. A po latach spędzonych na dalekiej Północy w pewnym sensie nie jesteśmy już częścią „Południa”. Dokładnie tak, jak pisał św. Eugeniusz de Mazenod: „Prawdziwy misjonarz nie ma stałego miejsca zamieszkania”. Pewien starszy, świętej pamięci już misjonarz mawiał: „Życie na Północy jest trudne, człowiek czuje się samotny. Może nawet dojść do tego, że zaczniesz mówić do obrazków na ścianie. To jeszcze nic złego. Ale jak obrazki zaczną mówić do ciebie, to czas wyjechać”.
***
Misjonarze oblaci rozpoczęli swoją historyczną posługę wśród Inuitów w Kanadzie w 1841 roku, docierając z ewangelizacją w najdalsze zakątki Arktyki, co skłoniło papieża Piusa XI do nazwania ich „specjalistami od misji trudnych” i uczyniło tę posługę jedną z najważniejszych wizytówek zgromadzenia. Jak wskazuje o. Daniel Szwarc OMI, fundamentem trwającej tam do dziś obecności oblatów jest zamieszkanie na stałe z lokalną społecznością i dzielenie jej surowego stylu życia, co buduje ich wiarygodność, pomimo że specyfika dawnej kultury sprawia, iż mieszkańcy Arktyki niekiedy traktują księży w sposób nawiązujący do tradycji szamańskich, łącząc katolicyzm z własną, złożoną pobożnością.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Jordania: niezidentyfikowani napastnicy otworzyli ogień w kościele. Zginęło siedem osób
Trzy dekady służby potrzebującym. Wyjątkowy jubileusz Caritasu w oblackiej parafii na Pogorzelcu
USA: przewodniczący episkopatu nagrodzony za sprzeciw wobec kary śmierci





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny