Fot. Zofia Urbanek/misyjne.pl
Kolejka po miłość. Historia o ciepłej zupie i godności na poznańskim dworcu
Poznański Dworzec Główny żyje w dwóch wymiarach. Pierwszy to stukot walizek podróżujących i komunikaty płynące z głośników. Drugi rozpoczyna się tuż obok, w cieniu korytarzy – to rzeczywistość osób w kryzysie bezdomności, dla których Dworzec Główny stał się jednym z wielu schronień. Dlatego właśnie tam małżeństwo, Wioletta i Jacek Boguszowie, zdecydowało się im realnie pomagać.
Lokal przyznany przez miasto w 2018 roku był w stanie opłakanym. Farba olejna łuszczyła się ze ścian, na podłogach straszyły uszkodzone wylewki, było pełno pajęczyn. Żeby przekształcić to miejsce w sprawnie działające zaplecze gastronomiczno-socjalne, potrzeba było miesięcy ciężkiej pracy, życzliwości ludzi z zewnątrz i pomysłowości. Dziś, w sobotnie przedpołudnie, w siedzibie inicjatywy „Zupa na Głównym” sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Przestrzeń wypełnia gęsta para, zapach krojonej w kostkę kiełbasy, gotującego się mięsa i domowego wywaru, który za kilkadziesiąt minut trafi do ogromnych garnków i termosów. – Wyremontować to wszystko pomógł nam jeden z naszych podopiecznych, który był w kryzysie bezdomności, ale znał ten fach – opowiada mi Wioletta, założycielka inicjatywy.
>>> Mróz jest zagrożeniem dla życia. Służby apelują o wrażliwość wobec bezdomnych
Jedna z wolontariuszek przyznaje wprost: „Pierwsza zasada wolontariatu? Nie oczekuj wdzięczności. To bardzo mocne słowa, ale prawdziwe. Nie przychodzisz tu, by potrzebujący ci dziękowali, tylko po to, żeby dać cząstkę siebie”. – I tak dostaje się więcej, niż się daje – dodaje kobieta, która przyszła z córką. – Kiedy wpłacasz pieniądze na zbiórkę, realnie tego nie widzisz. A tutaj przychodzisz, wkładasz swoją pracę i na końcu widzisz efekt. To daje poczucie sprawczości – kończy.

W drugim pomieszczeniu kanapki przygotowują pracownicy jednej z poznańskich fabryk, którzy dołączyli do inicjatywy w ramach wolontariatu pracowniczego. Przyszli z własnej woli, zachęceni przez firmę, ale bez żadnego przymusu. – Szukaliśmy czegoś z realnym, żywym wpływem, a nie kolejnej akcji sprzątania parku – mówi jedna z kobiet, smarując kolejną kromkę. Przedstawiciele lokalnych firm i organizacji często odwiedzają siedzibę grupy i sponsorują kolejne edycje „Zupy na Głównym”.
Gotowanie zupy we własnym domu
Dzisiaj działa pełnoprawne stowarzyszenie, ale w 2017 roku wyglądało to zupełnie inaczej. Jak przyznają sami Boguszowie, zaczynali od zera – gotując jedzenie dla osób w kryzysie bezdomności we własnej, domowej kuchni. – To było tak, że musiałam zrezygnować z pracy. Mamy syna z niepełnosprawnością. Gdy skończył edukację szkolną i nie znaleźliśmy dla niego innego miejsca, musiałam zostać w domu. I po trzech miesiącach siedzenia w domu stwierdzałam, że jeśli nie znajdę sobie zajęcia, to oszaleję. Więc zaczęliśmy gotować jedzenie dla ludzi żyjących na ulicy – tłumaczy założycielka „Zupy na Głównym”. Pomaganie – jak podkreślają twórcy inicjatywy – nie polega jednak wyłącznie na rozdawaniu jedzenia. To przede wszystkim budowanie relacji i szacunku. Za każdą postacią stojącą w kolejce po zupę kryje się skomplikowana ludzka historia.
>>> „Bliżej ubogich”, czyli 600 rozmów w cztery oczy przeprowadzonych przez elżbietanki [REPORTAŻ]
W pamięci pani Wioletty mocno zapisał się chłopak, który pojawił się tu lata temu. Miał wtedy dwadzieścia cztery lata, od dekady był na ulicy. Jako nastolatek został wyrzucony z domu. Był uzależniony, zagubiony. Dzięki determinacji wolontariuszy trafił na terapię uzależnień. Przez lata droga bywała kręta – były nawroty, kolejne próby, pobyty w mieszkaniach socjalnych prowadzonych przez stowarzyszenie. Dziś mieszka w innym mieście, jest w szczęśliwym związku i pracuje.
– Ta historia to taki trochę symbol. Chłopiec w wieku naszych dzieci, do którego podeszliśmy emocjonalnie – kontynuuje pani Wioletta. – Pamiętam, że pielęgniarka, która na samym początku robiła z nim taki pierwszy wywiad – co się stało, dlaczego trafił na ulicę – po tym jak skończył mówić, musiała wyjść na korytarz, bo po prostu się rozpłakała – wspomina. – Ale trzeba pilnować, żeby nie wejść w rolę rodzica. Stawiamy twarde warunki. Człowiek musi podjąć próbę zmiany, podjąć pracę, utrzymać abstynencję. Bez tego nie da się ruszyć z miejsca – opowiada moja rozmówczyni.

Stowarzyszenie dysponuje obecnie dużymi, kilkupokojowymi mieszkaniami socjalnymi w poznańskich kamienicach, wynajmowanymi z zasobów miasta na cele społeczne. Pokoje są jednoosobowe, co daje mieszkańcom upragnione poczucie prywatności i bezpieczeństwa. – Masz klucz, zamykasz drzwi i wiesz, że to twoja przestrzeń – tłumaczą podopieczni, którzy przeszli drogę od ulicy do stabilnego życia. Jednym z nich jest pan, który przychodzi w soboty na dworzec od samego początku, od 2017 roku. Dziś sam pomaga w organizacji, a od roku mieszka w jednym z mieszkań socjalnych stowarzyszenia. – Miało być na chwilę, na dwa, trzy miesiące – uśmiecha się gorzko. – Ale zdobycie własnego kąta w Poznaniu jest tak ciężkie, że się przedłużyło. Przynajmniej mam dach nad głową i mogę być użyteczny – mówi z nieskrywaną wdzięcznością.
Kolejka po zupę
Około godziny szesnastej wolontariusze pakują zupę do wielkich, specjalnych garnków, świeże kanapki i paczki z artykułami higienicznymi do skrzynek, a następnie ruszają w stronę poznańskiego Dworca Zachodniego. Na miejscu czeka już tłum. Wśród odbiorców są zarówno stali bywalcy, jak i twarze sezonowe, a także seniorzy, dla których rosnące koszty życia i skromne emerytury oznaczają codzienny wybór między lekami a jedzeniem.
– Zupa smakuje? – pytam starszego mężczyznę, trzymającego w dłoniach parujący kubek. – Każda zupa u nich dobra, bo na mięsie, nie na samych serduszkach czy wodzie. Czuć, że robione jak w domu – odpowiada z uznaniem, zagryzając zupę bułką. Obok toczą się ciche rozmowy, wolontariusze rozdają posiłki, sprawdzając, komu potrzebna jest pomoc. Obok stacjonuje punkt medyczny, w którym dwóch lekarzy zawsze ofiarowuje swój prywatny czas tym, którzy potrzebują opatrzenia ran, zbadania lub po prostu rady.

Dla wielu osób stojących w kolejce najważniejszy wcale nie jest sam ciepły posiłek. Chodzi raczej o tę krótką chwilę, kiedy ktoś patrzy im prosto w oczy, pyta o zdrowie, podaje rękę i rozmawia jak z równym sobie. W świecie, w którym ludzie w kryzysie bezdomności są na co dzień niewidzialni, ten prosty gest przypomina im, że wciąż są ważni. Kiedy garnki robią się puste, a skrzynki z kanapkami zaczynają być składane, tłum powoli się rozchodzi – w stronę peronów, cichych zaułków czy parkowych ławek. Wolontariusze pakują sprzęt. Wokół czuć zmęczenie, ale też… spokój.
To nie jest historia o spektakularnym przełomie, który z dnia na dzień rozwiąże problem bezdomności w Poznaniu. Nikt tu nie obiecuje cudów. W przyszłą sobotę wolontariusze znów się tu pojawią. Znowu naładują garnki, przywiozą kanapki i po prostu spytają, jak minął tydzień.























| Galeria (23 zdjęć) |
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Leon XIV: ubodzy nie są kategorią socjologiczną, lecz samym ciałem Chrystusa
Św. Dominik – jedynie ubodzy ewangelizatorzy dotrą do serc wiernych
Papież: ubodzy potrzebują nadziei opartej na Bogu





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny