Lekarz powiedział, że muszę usunąć ciążę [WIDEO]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Bruno mieszka w ciepłym i spokojnym miejscu. Można powiedzieć, że ma do dyspozycji niewielką kawalerkę. Czasem mu ciasno, ale okolica jest dosyć spokojna. Zdarza mu się słyszeć głośniejsze dźwięki, szumy i stukania, ale właściwie to mu nie przeszkadza. Ma co jeść, gdzie spać. Na razie nie planuje przeprowadzki, choć kiedyś będzie musiał o tym pomyśleć. Ale na razie dobrze jest, jak jest. Zresztą nie potrzeba mu dużo. Wystarczy dach nad głową i coś na ząb. I miłość. Tak, miłość najbliższych jest niezbędna.  

Czasem słyszy ich głos. Nie bardzo umie sobie wyobrazić, jak to będzie, choć jest przekonany, że kiedyś się spotkają. Ale jeszcze nie teraz. Spokojnie czeka na swój czas. Nie wie nawet, że od dawna jest podglądany.  

Najpierw Anna i Łukasz widzieli malutką „pulsującą” kropeczkę. Z tygodnia na tydzień pojawiały się kolejno główka, rączki, nóżki. Po kilku miesiącach lekarze mogli dokładniej obejrzeć mózg dziecka, kręgosłup, brzuszek i z dużą dozą prawdopodobieństwa określić jego płeć. Bruno nie wie, że od jakiegoś czasu różni specjaliści bardzo szczegółowo przyglądają się jego małemu serduszku. Nie wszystko im się podoba. Snują różne domysły, analizują i proponują rozwiązania… Ale na szczęście Bruno jest w najbezpieczniejszym miejscu na świecie, pod sercem mamy. 

Na USG połówkowym (dokładnym badaniu ultrasonograficznym, robionym mniej więcej w połowie ciąży) lekarka nie mogła dostrzec lewej komory serca dziecka. Dla Anny to był jeden z takich dni, kiedy „czas się zatrzymuje”: „Podejrzenie wady serca pojawiło się na wizycie u ginekolog, która prowadziła moją ciążę – wspomina. – Kiedy sprawdzała narządy dziecka, przy sercu zatrzymała się trochę dłużej. Prawą komorę widziała dokładnie, lewej nie – przez ułożenie chłopca. Wchodziliśmy i wychodziliśmy z gabinetu kilka razy, czekaliśmy aż Bruno się obróci, aż coś będzie widać. Przy ostatnim podejściu okazało się, że lewa komora jest widoczna, ale nie pracuje. Dostaliśmy skierowanie na badania prenatalne”. 

Strach, niedowierzanie, zaprzeczenie, przerażenie. W takim momencie człowieka atakują różne emocje na raz. Milczący lekarz wpatrujący się w monitor, kolejne próby ustawienia głowicy, tak by coś było widać, potrząsanie brzuchem, by dziecko zmieniło pozycję, i znów milczenie… Koszmar. A potem kilka słów wstępnej diagnozy i … chaos w głowie i w sercu. 

„Wychodziłam z gabinetu płacząc, bo przecież coś się skończyło, nie było już spokoju. Miałam zgłosić się do specjalisty, przejść dodatkowe badania, bo u Bruna nie widać połowy serca. Matce, która czeka na zdrowe dziecko, a taką byłam przez te kilka tygodni, trudno sobie wyobrazić, jak może się czuć kobieta w takiej chwili. Musiałam zebrać swoje rzeczy, wrócić do domu i przetrwać noc…”. 


Annie i Łukaszowi dość szybko udało się umówić do kardiologa. Jeszcze wtedy liczyli, że wyrok będzie łagodny, że ta wstępna diagnoza się nie sprawdzi. Niestety, wadę potwierdzono i nazwano: to HLHS – hypoplastic left heart syndrom, czyli potocznie „serce jednokomorowe”. Słowa, które usłyszeli, zmieniły wszystko. Ale tej wizyty nie zapomną najpewniej do końca życia, jeszcze z innego powodu. 

„Lekarz nie miał dla mnie litości, nie rozumiał, co czuję i o czym w tej chwili myślę. Nie interesowało go to, że płaczę i powiedział mi wprost, że życie z moim dzieckiem będzie dla mnie koszmarem, że nigdy nie zaznam spokoju i jeśli mam choć trochę rozsądku, muszę się zdecydować na przerwanie ciąży! Zakomunikował, że do końca tygodnia mamy czas na podjęcie decyzji, że jeszcze teraz z punktu widzenia prawa naszego kraju możemy usunąć ciążę bez konsekwencji dla nas. Nigdy żadne słowa nie bolały mnie tak bardzo, nigdy wcześniej nie doświadczyłam bólu takiego jak po tym, co usłyszałam… Miałam pod sercem najukochańszą istotę na świecie, która niczego nieświadoma rośnie sobie bezpiecznie i przygotowuje się na nasze spotkanie. Jak mogłam ją skrzywdzić?”. 

Kolejni specjaliści, kolejne badania. Trochę złudnej nadziei, a potem znów trudne chwile. W 31. tygodniu ciąży echo serca wykazało, że u chłopca występuje tzw. restrykcyjny otwór owalny, co oznacza, że przepływ krwi wewnątrz serduszka jest ograniczony. 

„Lekarka wprost nam powiedziała, że od razu po urodzeniu Bruno musi zostać zabrany z sali operacyjnej (mam wskazania do cesarskiego cięcia) i w ciągu najbliższych kilku, kilkudziesięciu godzin będzie musiał być poddany operacji ratującej życie”. 

Specjaliści pracujący w Polsce zaproponowali rodzicom cesarskie cięcie i oczekiwanie na zabieg… Nie brzmiało to – delikatnie mówiąc – zachęcająco. Rodzice Bruna rozpoczęli walkę, na razie o znalezienie jak najlepszego miejsca na narodziny dziecka. 


„O profesorze Edwardzie Malcu dowiedzieliśmy się dawno temu, kiedy razem z mężem wspieraliśmy dzieci potrzebujące pomocy. Nigdy jednak go nie poznałam… – wspomina Anna. – Nie sądziłam, że przyjdzie mi go osobiście prosić o życie mojego synka. Uniwersytecka Klinika w Münster w Niemczech to dla nas wielka szansa, właściwie największa w życiu”. 

Dość szybko podjęli decyzję. Profesor zgodził się objąć opieką małego Bruna. Pozostało im tylko czekać na kwalifikację do zabiegu oraz kosztorys planowanej operacji i porodu. W międzyczasie znaleźli fundację, która pomaga rodzicom chorych dzieci w uzbieraniu środków potrzebnych na poród oraz operację. Po pozytywnej weryfikacji dokumentów udało się rozpocząć zbiórki. A kwota, której potrzebują na tzw. Start, nie jest mała. Działa też facebookowy profil „Serduszko dla Niedźwiadka”, a za chłopca i jego rodziców modli się coraz więcej osób.  

Wszystko to nie byłoby możliwe gdyby nie ludzie o wielkim – nomen omen – sercu, którzy zaczęli się starać o to, by informacja o Brunie dotarła na krańce świata. Doświadczenie tej niespodziewanej dobroci, płynącej z rożnych stron, daje wszystkim nadzieję, że potrzebne środki uda się zebrać. Bo czasu jest mało. 

„W klinice mam się stawić trzy tygodnie przed planowaną datą porodu, tj. 14 lutego, w godzinach porannych. Tam przeprowadzą potrzebne badania, oraz przygotują plan porodu i operacji synka. Na miejscu dowiem się, czy będę rodzić naturalnie, czy przez cesarskie cięcie. Po narodzinach przewiozą Bruna na salę, gdzie wykonają mu wszystkie potrzebne badania. Jeśli potwierdzi się restrykcyjny otwór owalny, maluch będzie musiał jak najszybciej przejść operację. Dopiero po niej tak naprawdę dowiemy się, co z jego serduszkiem i jak będzie wyglądał dalszy plan leczenia. Przed nami długa droga”. 

 

*  *  *  

Anna i Łukasz przez długi czas sami zmagali się tą ciężką sytuacją. Nikomu nie wspomnieli o wynikach badań, nie prosili o pomoc. Na szczęście Anna w końcu nie wytrzymała i o wszystkim opowiedziała przyjaciółce – również Ani. Kilka dni później w świat poszedł e-mail: 

„Dzisiaj mija dokładnie tydzień od chwili, gdy dowiedziałam się o tragedii, która dotknęła moich przyjaciół. Ale przez ten tydzień dzięki pomocy wielu osób (często zupełnie obcych) udało się uruchomić zbiórkę, która może pomóc uratować ich nienarodzonego synka. Liczy się każdy gest. Nawet złotówka (czy SMS) wysłany na ich konto. Każde udostępnienie i przesłanie danych o zbiórce dalej. Za każdy gest wsparcia z góry serdecznie dziękuję. Ania”. 

c.d.n. 

Wpłaty dla Bruna: 

 Wpłata

Wpłata

Lekarz powiedział, że muszę usunąć ciążę [WIDEO]
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze