Łukasz Orłowski OMI: Kościół był dla mnie czymś odległym, a dziś jestem oblatem [ŚWIADECTWO]

Modlił się pod kołdrą, bo wstydził się przed starszym bratem. Nie myślał o kapłaństwie, planował studia i spokojne życie. Kilka lat później o. Łukasz Orłowski OMI wstąpił do zgromadzenia misjonarzy oblatów, jest na misjach w Ukrainie i – jak przyznaje – jest ciekawy, dokąd Bóg go jeszcze zaprowadzi.

Łukasz Orłowski OMI jako dziecko w ogóle nie myślał o kapłaństwie. Kościół był dla niego czymś odległym, a księża nie byli obecni w jego codziennym życiu. W dzieciństwie bawił się żołnierzykami, później interesował się klockami Lego.

fot. arch. o. Łukasza Orłowskiego OMI

– Gdyby istniał jakiś zestaw klocków Lego, w którym do zbudowania jest kościół i księża, to pewnie chętnie bym się tym tematem zainteresował w tamtym czasie – wspomina z uśmiechem. – W mojej rodzinie nie było księży, a do kościoła praktycznie nie chodziliśmy – dodaje.

Mimo to ojciec Łukasz już od najmłodszych lat miał w sobie przekonanie, że Pan Bóg istnieje. Pamięta swoje pierwsze dziecięce modlitwy. Modlił się wówczas pod kołdrą, bo wstydził się robić to przy starszym bracie, z którym dzielił pokój. Była to prosta, dziecięca wiara, ale Bóg był obecny w jego sercu.

Studia czy zakon?

Po bierzmowaniu przyszły oblat przestał chodzić do kościoła.

– Nikt tego ode mnie nie wymagał, więc wiara zeszła na dalszy plan. Przełom nastąpił dopiero w liceum. Miałem w klasie wielu wierzących kolegów, których bardzo lubiłem. Widziałem także rodziny idące w niedzielę elegancko ubrane na mszę świętą do parafii oblatów w Lublińcu, gdzie mieszkałem. Patrząc na nich, poczułem, że czegoś mi w życiu brakuje. Zacząłem więc sam chodzić do kościoła – opowiada.

fot. arch. o. Łukasza Orłowskiego OMI

Stawał z tyłu kościoła, obserwował, słuchał kazań i stopniowo odkrywał, że Bóg rzeczywiście jest obecny w jego życiu.

Po maturze ojciec Łukasz nie myślał jeszcze o zakonie ani kapłaństwie. Jego plan był zupełnie inny. Chciał zdobyć dobre wykształcenie, żeby mieć stabilną pracę i spokojne życie. Dlatego zdecydował się pójść na studia.

W międzyczasie pojechał na rekolekcje powołaniowe organizowane przez oblatów na Świętym Krzyżu. Początkowo bardziej zależało mu na spotkaniu się w tym miejscu ze znajomymi niż na rozeznawaniu powołania.

– Następnie pojechałem na kolejne rekolekcje i coraz więcej rozmawiałem z oblatami. Wtedy pojawiały się we mnie pytania o to, czy na pewno dobrze wybrałem idąc na studia. Coraz bardziej czułem, że chciałbym spróbować innej drogi. Dlatego wziąłem urlop dziekański i wstąpiłem do nowicjatu, by upewnić się, czy chcę iść do seminarium.

Misjonarze oblaci

Decyzja o wstąpieniu do zakonu wywołała w rodzinie ojca Orłowskiego różne reakcje. Jego mama bardzo się zmartwiła i płakała, szczególnie dlatego, że oznaczało to przerwanie studiów. Ojciec przyjął decyzję spokojnie. Powiedział mu wtedy: „Jeżeli wiesz, co robisz, to idź”. Z czasem również mama zaczęła patrzeć na jego drogę inaczej. Poznawała wspólnotę oblatów i odkrywała, że syn znalazł swoje miejsce. Zrozumiała też, że sama stała się częścią tej zakonnej rodziny.

Pierwsze śluby zakonne, fot. arch. o. Łukasza Orłowskiego OMI

A dlaczego akurat misjonarze oblaci?

Ojciec Łukasz wspomina, że wybór tego zgromadzenia był naturalny, ponieważ to właśnie oni byli obecni w jego życiu już od dawna. Chodził do parafii prowadzonej przez oblatów, miał oblata jako katechetę i widział w nich ludzi bliskich, normalnych, otwartych na rozmowę. To właśnie ich prostota i serdeczność zainteresowały go najbardziej.

Co będzie?

– W nowicjacie wiele rzeczy było dla mnie nowych. Nawet samo wspólne jedzenie posiłków przy stole czy spędzanie czasu razem. W domu każdy jadł raczej osobno, więc wspólnota wymagała wyjścia ze swojej strefy komfortu. Z czasem jednak odkryłem wielką wartość takiego życia – przyznaje oblat.

Oprócz budowania wspólnoty czy egzaminów, ojciec Łukasz wspomina też zabawne sytuacje z seminarium i nowicjatu, na przykład kolegę, który zawsze nakładał sobie najwięcej jedzenia, na przykład cztery kotlety i otrzymał przezwisko „Quatro”, czy żarty polegające na straszeniu się nawzajem w ciemnym klasztornym korytarzu.

„Moje pierwsze spotkanie z EWTN na ŚDM w Krakowie. Nie wiedziałem nawet, co to jest, ale kursowiec chciał mieć przy tym zdjęcie”, fot. arch. o. Łukasza Orłowskiego OMI

– Takie sytuacje pokazywały, że wciąż jesteśmy zwykłymi, normalnymi chłopakami, którzy czasem lubią pożartować, podocinać sobie i się pośmiać. Jednocześnie to jeszcze bardziej nas umacniało we wspólnocie – uśmiecha się misjonarz.

Dziś o. Łukasz mówi, że czuje się spełniony, bo dobrze rozeznał swoje powołanie. Jednocześnie podkreśla, że wciąż jest ciekawy tego, co jeszcze Bóg przygotował dla niego w przyszłości.

– Gdybym jako dwunastolatek usłyszał, że zostanę misjonarzem, będę pracował za granicą, w kraju ogarniętym wojną, w telewizji katolickiej i znajdę w zakonie prawdziwych przyjaciół, raczej bym w to nie uwierzył. A jednak właśnie tak poprowadziło mnie życie i Boża opatrzność. Dlatego tym bardziej jestem ciekawy, gdzie będę za kilka lub kilkadziesiąt lat – podsumowuje.

Tekst: Karolina Binek

fot. arch. o. Łukasz Orłowskiego OMI

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze