Ameryka Południowa i Środkowa. Tu wszyscy są ważni [MISYJNE DROGI]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Obok wystrojonej damy siada prosty starszy człowiek w pomiętej koszuli. Podają sobie dłonie na znak pokoju. Tu rodziny różni wiele, a łączy Bóg i Kościół.

Zapraszam do Peru. Kraju o wielkim potencjale i małych możliwościach. Przyciąga kolorami i głośnymi rytmami latino. Zachwyca monumentalną przyrodą i szokuje bogactwem i biedą, które żyją w symbiozie, ciasno przytulone do siebie. Czy tutejszy przepych i nędza kłócą się ze sobą? Wcale nie. Dowodem na to są peruwiańskie rodziny.

>>> Modlitwa „owcy” do Jezusa Dobrego Pasterza

Foto: Sylwia Grzęda

Dom nie zawsze pełny

Piura to kilkutysięczne miasto na pustyni. To bogata dzielnica przyklejona do centrum miasta. Domy otoczone wysokimi murami, uzbrojone w kraty, kamery i alarmy. Na jednej z posesji stoją dwa błyszczące, czarne samochody. Dwupiętrową willę otacza zieleń ogrodu. Wnętrze zdobią marmurowe podłogi, obrazy i pamiątki z wakacji. Mieszka tu trzyosobowa rodzina. Mąż, szanowany inżynier i szef firmy budowlanej, jest poważny, ubrany w elegancką koszulę i spodnie. Jego żona, kierowniczka sieci farmaceutycznej, to filigranowa brunetka o dość krótkich, kręconych włosach i szerokim uśmiechu. Małżonkowie po wielu latach starania o potomstwo doczekali się córki, której dali imię Wiktoria, co znaczy zwycięstwo. Dzisiaj to wysoka, długowłosa okularnica z dołeczkami w policzkach. Nieco kapryśna, ale bardzo żywiołowa nastolatka. Do renomowanej szkoły, na treningi kosza lub też spotkania z przyjaciółkami wozi ją prywatny szofer. W nauce pomaga korepetytor, dzięki któremu osiąga wysokie wyniki. Wiktoria zna trzy języki, lubi śpiewać i grać na gitarze. Nie potrafi natomiast zrobić kanapki, uprać skarpetek czy zamieść podłogi. Nie musi. Babcia przyjeżdża codziennie, aby przygotować obiad rodzinie. Poza deficytem czasu dla siebie nawzajem nie brakuje im nic. Nadmiar odzieży, książek czy zabawek oddają do pobliskiej misji, która rozda je potrzebującym.

>>> Kolonia: bezdomni znaleźli pomoc w… seminarium

Jedni znaleźli tu pracę, inni dom

Na obrzeżach miasta rozpościera się duża dzielnica Nueva Esperanza, czyli Nowa Nadzieja. Prowadzi do niej jedyna droga ułożona z dużych i dziurawych płyt betonowych. Kolorowe, przyklejone do siebie parterowe domki pokrywa blacha falista przyciśnięta cegłami. Kraty okienne i ciężkie, metalowe drzwi chronią domowników przed zewnętrznym światem. Okoliczne, uzbrojone w noże i pistolety gangi nie ułatwiają mieszkańcom i tak trudnego życia. W samym środku dzielnicy stoi misja o wdzięcznej nazwie Bosconia. Patronuje jej św. Jan Bosco, który na środku placu wita przybyłych pomnikowym gestem otwartych ramion. Pracują tu salezjanie. Jednym z nich jest ks. Piotr, polski misjonarz. Jest odpowiedzialny za wiele dzieł. Szkoła zawodowa, internat, gospodarstwo rolne, placówka medyczna, oratoria, czyli świetlice środowiskowe dla dzieci, stołówka dla najuboższych, warsztaty z rękodzieła dla dorosłych oraz duży kościół i dzieło ewangelizacji skupiają rzesze okolicznych mieszkańców, głównie ubogich. Jedni znaleźli tu pracę, jeszcze inni dom i podwórko.

Foto: Sylwia Grzęda

Moto-taxi w salonie

Niektórzy przychodzą do Bosconii, by bezinteresownie pomagać. Gisselle ma 27 lat i z zawodu jest nauczycielką. Na misję przychodzi kilka razy w tygodniu i pomaga dzieciom z oratorium w nadrabianiu zaległości szkolnych. Młoda kobieta studiuje też prawo, jak jej starsza siostra Cielo, a brat Poul jest na drugim roku medycyny. Trójka dorosłego rodzeństwa pracuje. Mimo to wciąż mieszkają z rodzicami. Wszystkie oszczędności przeznaczają na studia. Rodzice pomagają, jak mogą. Choć nikt nie głoduje, w domu się nie przelewa. Tylko salon urządzony jest wystawniej. Tu przyjmuje się gości. Na podłodze błyszczą bordowe płytki. Połowę salonu zajmują wygodne zielone fotele i kanapa oraz duży stół przykryty białym obrusem i przezroczystą folią. W drugiej części pomieszczenia garażuje moto – taxi, czyli peruwiańska riksza motorowa. To źródło dochodu ojca. Matka zajmuje się domem. Codziennie o świcie cała rodzina wstaje, aby pomodlić się razem i pożegnać ojca wychodzącego do pracy. Proszą o szczęśliwy powrót wszystkich do domu. Ściskają się, jakby miało to być ich ostatnie pożegnanie. Tak na wszelki wypadek. Nic dziwnego, bo na ulicy czeka wiele niebezpieczeństw. W regionalnej prasie i radiu aż huczy o lokalnych rabusiach, narkomanach, porywaczach i mordercach.

>>> Syria. Nieść pokój. Rozmowa Zofii Kędziory z Siostrą Brygidą Maniurką [MISYJNE DROGI]

Rodzina w kartonach

Wróćmy jeszcze na chwilę do Bosconii. W misyjnej szkole zawodowej uczy się Gladys – szalona, wiecznie uśmiechnięta piętnastolatka o ciemnoczekoladowej skórze. Po lekcjach pracuje w sklepie mięsnym, a w weekendy pomaga w oratorium jako animatorka. Kocha dzieci, przyjaciół, rodzinę i chyba cały świat. Jest najmłodszą z siedmiorga rodzeństwa. Mieszka w głębi slumsów z mamą, bratem José i jego niepełnoletnią partnerką oraz ich malutkimi synkami Leo i Gerardo. José ma jeszcze dwie starsze córki z pierwszą partnerką, która mieszka w innej części dzielnicy. Z żadną nie ma ślubu. Dom Gladys to trzy pokoje o tekturowych i pilśniowych ścianach, wspartych na krzywych, lecz dość stabilnych żerdziach. Blaszany dach w dzień rozgrzany słońcem czyni z domu swoisty piekarnik, w nocy zaś zimny wiatr szczelinami wdziera się do środka i przenika do kości. Pomimo ciągłego sprzątania kurz pokrywa wszystko. Gotowany ryż jest chlebem powszednim Peruwiańczyków. Mama Natalia pracuje jako praczka i kucharka u bogatej rodziny. Choć niegdyś uciekła z dziećmi od męża pijaka i tyrana, nie narzeka na swój los. Święty Jan Bosco powiedział kiedyś: „Nie lękaj się niczego. Kto ma Boga, ma wszystko”. To samo powtarza dzisiaj nam i Peruwiańczykom, którzy odwiedzają salezjańską misję Bosconia w Piura. Ksiądz Piotr uśmiecha się spod długiej siwej brody do swoich wiernych. Gdy zasiadają w ławkach kościoła całymi rodzinami, znikają wszelkie różnice. Obok wystrojonej damy siada prosty starszy człowiek w pomiętej koszuli. Przekazują sobie znak pokoju. Tu wszyscy są ważni. Wiwatują i radośnie klaszczą dla Jezusa i Maryi. Wiedzą że Bóg jest ich ostoją.

Sylwia Grzęda

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze