fot. Wojciech Ganczarek

Argentyna: społeczne tło pontyfikatu Franciszka [ROZMOWA/MISYJNE DROGI]

Gdy jednych zajmowała czystość liturgicznej formy, inni patrzyli, jak domy wiernych rozjeżdżają buldożery. W takich napięciach – kościelnych i społecznych – żyje wielu argentyńskich księży. Jeden z nich, Jorge Bergoglio, wychował się w rodzinie migrantów.

Być może to dlatego dialog z Innym był dla niego czymś naturalnym. O misji i społecznym tle pontyfikatu Franciszka rozmawia z księdzem Roberto Murallem, proboszczem parafii pw. św. Piotra w argentyńskiej Famatinie, rozmawia Wojciech Ganczarek.

Wojciech Ganczarek: „Nie rozpoczniemy listu zwyczajowym «szanowni państwo», bo nie wzbudzają w nas szacunku ludzie tchórzliwi”. Pamiętasz te słowa?

Ks. Roberto Murall: – Brzmi znajomo. To pierwsze zdanie z listu grupy księży zwanej Opcja Wsparcia Ubogich (hiszp. Opción por los Pobres, OPP). Chcesz, żebym Ci o tym opowiedział?

Bardzo proszę.

– Spędziłem 15 lat, pracując w Santiago del Estero, prowincji o długiej historii walki chłopskiej, wspieranej przez księży. Kiedy zaczynam, na miejscu jest biskup Juan Carlos Maccarone, fascynujący człowiek. Zawsze stał po stronie potrzebujących i nie wahał się krytykować władz lokalnych. Za to dotknęły go reperkusje, które doprowadziły do jego rezygnacji.

„To jest życie wśród buszu, coś wspaniałego!” – ks. Murall wspomina swoją pracę w Santiago del Estero/fot. Wojciech Ganczarek

Maccarone to ten, który organizuje regionalne rady ziemi?

– To ten, który zjawia się po zabójstwie biskupa Sueldo. Gerardo Sueldo należał do księży-proroków, tak jak Maccarone wspierał ubogich chłopów i miał krytyczny stosunek do władzy prowincji.

W 1997 r. Sueldo zakłada diecezjalny sekretariat praw człowieka, a rok później dochodzi do zamachu na jego życie. Sympatyczna okolica.

– Argentyńska dyktatura wojskowa teoretycznie zakończyła się w 1983 r., ale w Santiago rządził gubernator Juarez i jego styl rządzenia wiele od dyktatury nie odstawał: z torturami i służbami specjalnymi włącznie.

Nie zapowiadało się łatwo. Jak wspominasz swój czas w tym regionie?

– To jest życie wśród buszu, coś wspaniałego! W lesie pełnym owoców i pożywienia: algarrobo, chañar, kozy i bydło, takie tam ludzie mają życie i w takim otoczeniu żyje proboszcz. Ale ta ziemia i jej obfitość są ogromnym skarbem i ci, którzy skarby doczesne gromadzą, dobrze o tym wiedzą. W latach 90. kwitnie neoliberalizm, a razem z nim poszerza się tzw. granica produktywna, czyli terytoria przeznaczone na plantacje. Transgeniczna soja zajmuje całe Buenos Aires, Santa Fe i Cordobę, i dociera aż do Santiago del Estero. Moja tamtejsza parafia wyglądała właśnie tak: wszystko wykarczowane i soja po horyzont.

fot. Wojciech Ganczarek

Tylko że w lasach, które karczowano, mieszkali ludzie. Od niepamiętnych czasów.

– Tak jest, więc władza polityczna i władza rzeczywista, czyli kapitał, zaczynają masowy proces wysiedleń. Pojawiają się wielcy właściciele ziemscy z Cordoby czy z Buenos Aires z tytułami własności na całą okolicę i z obstawą policji. Dalej było palenie domów, strzelanie do ludzi, prześladowania. W ramach obrony wysiedlanych Kościół organizuje regionalne rady ziemi. A ja jako ksiądz narodziłem się na nowo. Dawniej zajmowałem się formacją, spowiedzią, katalogowaniem grzechów… A nagle widzę, że istnieje pewna strukturalna niesprawiedliwość wobec szlachetnych ludzi i że rolą księdza jest bardziej słuchać, niż mówić. Stałem się innym człowiekiem.

Co na to góra?

– Nie pomaga. Benedykt XVI wyznacza na biskupa Santiago del Estero człowieka z Opus Dei, Francisco Poltiego. Polti zjawił się z jasną misją: zagasić wszystkie ogniska buntów, ludzie mają się modlić i nic więcej. Księża tacy jak my byli dla niego problemem. A że ja byłem z innej diecezji, wystarczył byle jaki pretekst, żeby mnie zwolnić.

fot. Wojciech Ganczarek

Pretekst był całkiem solidny. O Waszym liście do episkopatu pisał nawet hiszpański dziennik „El Mundo”.

– Widzisz, bo w tamtym czasie inny hiszpański dziennik, „El País”, opublikował rozmowę z byłym dyktatorem Jorge Videlą. On przyznaje się do odpowiedzialności za tortury i morderstwo na 7 tysiącach osób. Mało tego, zupełnie nie uważa, żeby było w tym coś złego, a już na pewno nie planuje zadośćuczynienia. Jednocześnie wiemy, że biskup Santa Fe wysyła do Videli księdza, by ten udzielał mu Komunii świętej. Jako OPP napisaliśmy list sprzeciwu, a ja byłem wówczas sekretarzem organizacji i zaraz po publikacji listu wyleciałem z diecezji. Skierowane do biskupa słowa „nie wzbudzają w nas szacunku ludzie tchórzliwi” to pierwsze zdanie karty protestacyjnej, którą OPP wystosowało w mojej sprawie.

Swój sprzeciw wyrazili również Twoi parafianie. Roger Almaraz z organizacji chłopskiej MOCASE powiedział wówczas, że teraz, bez Ciebie, społeczność czuje się bezbronna. Dlaczego? Co działo się w Pozo Hondo?

– To jest tak, że ksiądz ma swego rodzaju kamizelkę kuloodporną, księdza nikt nie ruszy. Rolnika owszem, więc naszym zadaniem było stać przy rolnikach w momencie konfliktu.

Jak to wygląda?

– Na przykład miesiąc przed objęciem parafii w Pozo Hondo dzieje się taka scena: kobieta z córeczką stoją przed buldożerem, silnik maszyny wyje, usiłuje ją przestraszyć, ludzie krzyczą, żeby uciekała. „Jak chcesz, przejedź po mnie, ale nie zburzysz mojego domu”, mówi kobieta. „To moja historia, moje korzenie, moja rodzina, nie przejedziesz!”, krzyczy. I upada. Ona wówczas dostała zawału serca i zmarła. Potem widzisz, jak w jedną noc przychodzi ci cała armia uzbrojonych ludzi, ogradzają dziesiątki, setki hektarów, niszczą domy, mnóstwo przemocy…

La topadora, buldożer do usuwania lasów/fot. Wojciech Ganczarek

A Ty?

– Któregoś razu, jadąc do jednej z kaplic, widzę wzdłuż drogi ogromne maszyny. Wiesz, jak to się robi? Biorą dwa buldożery, stawiają je oddalone od siebie o jakieś 100 metrów, łączą je łańcuchem, ale takim, że jedno ogniwo waży z 50 kg, i jadą. Usuwają wszystko: drzewa, domy, jak leci, niesamowite. Robię kilka zdjęć, zgłaszam na policję – zero reakcji. Jadę do miasta, zawiadamiam dyrekcję lasów. Z dyrektorem instytucji pojechaliśmy na miejsce, zarządził wstrzymanie prac. Potem dostawałem pogróżki, bo to, co tam robili, to był milionowy biznes. Właściciel maszyn poszedł potem skarżyć się na mnie do biskupa. A biskup przyznał mu rację. Miał w nosie, że jednocześnie wysiedlano przemocą całe rzesze chłopów.

Mimo wsparcia, którego udzielasz, reprezentujesz instytucję, która podskórnie wywołuje na kontynencie pewną nieufność: konkwista odbyła się przecież przy użyciu miecza i krzyża.

– Tak, ale ja już jestem dzieckiem soboru watykańskiego II i autokrytyki, której poddał się Kościół w tamtym czasie. To także wtedy Kościół się otwiera, słucha tego, co mówi świat. Już nie chce być królem, a sługą wiernych. Dawniej biskupi przypominali seniorów feudalnych, którzy żyli gdzieś tam hen, osobno, w luksusowych pałacach. W moich czasach było już czymś normalnym siedzieć w buszu z biskupem Sueldo czy Maccarone i pić yerba mate, jestem dzieckiem takiego Kościoła. I ten nowy Kościół znajduje wyjątkowo mocny odbiór właśnie tutaj, w Ameryce Łacińskiej, gdzie niesprawiedliwości społeczne są tak ewidentne. W prowincji La Rioja, gdzie rozmawiamy, prekursorem zmian posoborowych był biskup Enrique Angelelli. Papież Franciszek dobrze go znał, przegadali ze sobą całe godziny. Angelelli, podobnie jak Sueldo, ginie w zamachu w 1976 r., Franciszek beatyfikował go 43 lata później.

Bo zanim został papieżem, bywał w okolicy. Podobno lubił grappę z Pituilu.

– Powiem Ci więcej: Bergoglio w wieku zaledwie 36 lat zostaje prowincjałem argentyńskich jezuitów. A gdzie mieli swoją siedzibę lokalni jezuici? Tutaj, w tym domu. I Bergoglio, jako prowincjał, ich odwiedzał. I gdy ich odwiedzał, gdzie jadł? Przy tym stole. I siadał pewnie na tym samym krześle, na którym teraz siedzisz.

Ksiądz Roberto Murall podczas dorocznej manifestacji 24 marca, upamiętniającej ofiary argentyńskiej dyktatury wojskowej/fot. Wojciech Ganczarek

Ciebie tu jeszcze nie było.

– Ja widziałem go na żywo dwukrotnie. Raz w metrze w Buenos Aires. A drugi raz w czasach konfliktu z biskupem Francisko Poltim. Bergoglio był wtedy arcybiskupem i pojechał do Santiago del Estero spotkać się z nami, miał być mediatorem. Zebrał w jednej sali wszystkich księży, żeby nas wysłuchać. A myśmy krzyczeli: Polti oszalał, chce wszystko zniszczyć, wygasza cały nasz wieloletni wysiłek. I jak to zwykle, wszyscy pili mate. Inni księża dzielili się mate między dwoma lub trzema, a ja siedziałem naburmuszony i piłem mate sam. W pewnym momencie Bergoglio patrzy na mnie i wskazuje palcem na usta: prosi mnie gestem o łyk mate. A ja kręcę głową, że nie dam! W końcu podchodzi do mnie któryś z księży i mówi: „Arcybiskup prosi cię o mate”. „Wiem. Ale ja mu nie dam” – odpowiadam. Ot, mój kaprys! Bo byłem wkurzony, obrażony na ten skostniały Kościół. A Bergoglio, zanim został papieżem, tu w Argentynie sprawiał wrażenie przedstawiciela kościelnej konserwy.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<

A mimo to szukał dialogu. Na przykład z Tobą.

Tak, dopiero teraz to widzę… Właściwie zobaczyłem nieco wcześniej, kiedy wybrali go papieżem i zaczął robić to, co robił. Wtedy zrozumiałem: ach, to po to przyjechałeś.
 

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

zł
Zobacz także
Wasze komentarze