fot. RAPHAEL ALVES/PAP/EPA

Betlejem po amazońsku [MISYJNE DROGI]

Dwa tysiące lat po narodzinach Dziecka w betlejemskiej grocie ta sama historia dzieje się nad Amazonką. W rodzinach migrantów, wśród trzynastoletnich matek, wśród dzieci ulicy grających w piłkę, w biednych domach, wśród uzależnionych na narkotykowym szlaku. Tam wciąż rodzi się Bóg i… nadzieja.

Dwa tysiące lat temu pewna Rodzi-na doświadczyła, co to znaczy być bezdomnym, szukać schronienia i go nie znaleźć. Ich Syn urodził się w grocie, gdzie przebywały zwierzęta, bo nikt ich nie przyjął w swoim domu. Ta sama Rodzina musiała potem wyemigrować z kraju, aby zapewnić bezpieczeństwo swojemu Dziecku. Tę historię wszyscy znamy, śpiewamy „nie było miejsca dla Ciebie” czy „płacze z zimna”. Dziś ta historia, tu – gdzie mieszkam, się powtarza…

Pierwsze słowo – fome, czyli głód

Od trzech lat jestem na misjach w Brazylii, w Amazonii. Od trzech lat doświadczam tego, że czas płynie, a ubóstwo pozostaje. Pierwsze miesiące spędziłam w Manaus, stolicy Amazonii. Jest to miasto ponad dwumilionowe, które często jest pierwszym przystankiem na drodze migrantów uciekających z Wenezueli. Pokonują dystans kilkuset kilometrów, idąc pieszo, czasem łapiąc stopa. Docierają do miasta czasem tylko z plecakiem, czasem bez niczego – tylko z nadzieją na lepsze życie.

fot. ARCHIWUM JADWIGI STAWARUK FMM

Pamiętam wielodzietną rodzinę, która jakoś dotarła do peryferii Manaus. Pierwsze dni spędzili na ulicy, potem migranci, którzy dotarli wcześniej, przyjęli ich do domu. Mówiąc dom, mam na myśli coś takiego jak znane nam z Polski kawalerki. W jednym pomieszczeniu jest i pokój i kuchnia, łazienka jest na korytarzu – wspólna, dla kilku lokali. Ich pobyt tam nie trwał długo. Pięcioro dzieci (od 3 do 11 lat) z rodzicami plus rodzina wynajmująca mieszkanie – na takim niewielkim metrażu to musiało być uciążliwe. Na szczęście na peryferiach Manaus mieszka Javier, też uchodźca z Wenezueli, który przybył już kilka lat temu i teraz robi co może, aby pomóc swoim rodakom. Tenże Javier zorganizował im mieszkanie (powiedzielibyśmy szopę), a potem powoli szukał materacy, ubrań, jedzenia no i pracy dla ojca rodziny. Ile jest takich rodzin na peryferiach Manaus… Sam Javier wyjechał z Wenezueli, żeby leczyć swoją mamę. W Wenezueli wszystko jest bardzo drogie – choć to kraj pełen bogactw naturalnych, to ludzie cierpią biedę. Pracując czasem w trzech miejscach, nie są w stanie zapewnić swoim najbliższym wyżywienia, a tym bardziej opieki medycznej. Javier opowiada, że pierwsze słowo, którego nauczył się w Brazylii to fome, czyli głód. Przetrwał wszystko. Noce na ulicy. Głód. Długą drogę. Troskę o najbliższych. I w końcu śmierć mamy, której nie udało się pomóc. Dziś Javier pomaga innym, całe jego życie to szukanie środków do życia dla migrantów, pomoc w wyrobieniu dla nich dokumentów, znalezieniu im pracy. Nawet pójście do lekarza jest wyzwaniem dla kogoś, kto nie mówi po portugalsku. Można powiedzieć, że historia się powtarza. Chłopiec, który urodził się w ubóstwie groty betlejemskiej odkupił ludzi. Javier nie jest zbawicielem, ale robi wszystko, by inni mogli żyć trochę lepiej. Jest wicekoordynatorem Duszpasterstwa Migrantów w archidiecezji Manaus.

Trzynastoletnie mamy

Tak było w Manaus. Teraz jestem w Maraã, małym miasteczku na brzegu rzeki Japurà, jednego z dopływów Amazonki. Jest to miejsce położone daleko od „centrum”. Typowe peryferia świata. Jest prąd, jest internet, ale brakuje często perspektyw. Taki tu szpital, że kto chce się leczyć, jedzie do większego miasta. Jest praca, ale ludzie wolą prosić o pieniądze. Inny świat, inne myślenie. I tutaj w Maraã rodzi się bardzo dużo dzieci, dzięki Bogu. Jednak bardzo często matkami są kilkunastoletnie dziewczyny, które w żaden sposób nie są przygotowane do roli matki. Często zostawiają dzieci komuś z rodziny, czasem sąsiadom, czasem po prostu je zostawiają. Dzieje się tak od pokoleń. Czasem jest tak, że spotykamy dzieci zostawione same sobie na ulicach. Grają w piłkę, bawią się, nikt ich nie pilnuje, czasem nawet późno wieczorem. Gdy przechodzimy, one biegną do nas, bo chcą chwilę porozmawiać, przytulić się, potrzebują uwagi, zainteresowania dorosłych, jak to dzieci.

Mãe de coração i mãe biológica

Szukają tej uwagi, zainteresowania i często tak zaczynają się między nimi relacje seksualne. Młodziutkie dziewczyny zachodzą w ciążę. Jak już wspomniałam, najczęściej (prawie zawsze) dzieci, które się rodzą są oddawane komuś na wychowanie. I to jest ciekawe, że jest to uważane za coś normalnego. Czasem nawet rodzina, sąsiedzi wspólnie się organizują – „kto weźmie dziecko do siebie”. Dlatego też tutaj słowo „mama” nabiera innego znaczenia. Dzieci nazywają „mamą” osobę, która je wychowuje. Czasem jest to babcia, ciocia czy przyszywana ciocia, a dziecko mówi do nich „mama”, nawet znając swoją prawdziwą mamę. Mówią: ona jest moją mãe de coração, czyli mamą od serca, w odróżnieniu od mãe biológica, czyli mamy biologicznej.

Zatroszczyć się

Wiele razy, odwiedzając rodziny, słyszałyśmy takie historie, czasem opowiadały je nawet dzieci. W domu jest pięcioro dzieci, ktoś ma inną mamę, ktoś ma innego tatę, ktoś jest kuzynem, ale żyją i wychowują się razem. I znowu, wracając do tamtej Rodziny z Betlejem, ich Syn urodził się ubóstwie, w sytuacji od początku zagrażającej Jego życiu, miał jednak kochających Rodziców, którzy Go przyjęli. Tu podobnie. Życie dziecka czasem jest zagrożone od początku, nawet ze względu na wiek matki, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto je przygarnie i da chociaż minimum tego, co dziecku jest fizycznie potrzebne. Czego dzieciom tu brakuje? Zainteresowania ze strony dorosłych, poczucia bezpieczeństwa, poczucia, że są dla kogoś ważne i dlatego szukają tego. I tak cykl się zamyka. Dlatego staramy się mieć propozycję dla dzieci: spotkania, święta, budowanie relacji, stała pomoc. Funkcjonuje tu coś, co nazywamy Pastoral da Criança. To grupa ludzi, która stara się monitorować sytuację poszczególnych dzieci. Odwiedzają, pomagają, gdy maluchom czegoś brakuje, troszczą się w czasie choroby, motywują opiekunów do troski o nie. Piękna praca.

fot. ARCHIWUM JADWIGI STAWARUK FMM

Narkotykowy szlak

Inną, bardzo konkretną formą ubóstwa tu w Maraã są narkotyki. Nasze miasto jest położone na szlaku narkotykowym. Trudno tu znaleźć rodzinę, w której nie ma kogoś uzależnionego. Zaczynają znów bardzo wcześnie, mając kilkanaście lat. Zaczyna się często od drobnych rzeczy. Od towarzystwa, od starszych kolegów, kuzynów, którzy proponują „lepszy świat” po zażyciu narkotyków. Potem coraz bardziej potrzebują więcej i więcej. Zaczynają sprzedawać swoje rzeczy, żeby kupić dawkę. Później zaczynają wynosić rzeczy z domu, kradną. Bardzo często spotykamy ich potem w więzieniu.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<

Poruszające są rozmowy, szczególnie z matkami, które muszą zamykać wszystko na klucz. Czasem to, co można wynieść wkładają do jednego pokoju i zamykają, żeby syn nie sprzedał. A sprzedać można wszystko: lodówkę, wentylator, łóżko, talerz jedzenia, ubranie, nawet zużyte sandały. Wszystko! Ktoś, kto kupuje, wykorzystuje tę biedę, bo wie, że uzależniony zrobi wszystko, żeby zdobyć narkotyki i płaci 5-10 reali (mniej niż 5-10 zł) za rzeczy nieraz warte dużo więcej. Czy to nie jest współczesna forma Heroda, który za nic ma ludzkie życie?

Pokazać inny świat

Młodzi uzależnieni posuwają się do prostytucji, rozbojów, napadów i trafiają do więzienia, gdzie choć trochę trudniej o zdobycie i zażywanie narkotyków. Mają czas, żeby przemyśleć swoje życie. Co tydzień ich odwiedzamy, robimy coś w stylu kręgu biblijnego. Czytając Biblię, mówią, że chcą zmienić swoje życie, mają dobre chęci. Mija jednak kilka miesięcy, wychodzą na wolność i wracają do tego samego środowiska, z którego wyszli i to środowisko ma im do zaproponowania tylko jedno, aby przez chwile byli szczęśliwi, kochani. Znów narkotyki. Większość z nich ma już dzieci, czasem mają rodziny, chcą się zmienić, ale jest bardzo trudno. Czasem pojawi się jeden czy drugi, któremu się uda i wtedy jest to dla nas wielka radość. Ale zdarza się też, że po kilku miesiącach bez narkotyków chłopak wraca do brania. Patrząc na tę rzeczywistość, postanowiłyśmy iść do szkół, robić spotkania z dziećmi i młodzieżą, jeszcze zanim zaczną sięgać po narkotyki, aby pokazać im inne możliwości. Aby pokazać, że ich życie jest ważne, choć na razie tego nie doświadczyli. Chcemy im pokazać, że mogą coś osiągnąć, że mogą studiować, formować się, znaleźć dobrą pracę. Chcemy im pokazać, że mogą marzyć i realizować swoje marzenia. Taka jest nasza rzeczywistość. Rzeczywistość małego miasteczka w głębi Amazonii, o którym niektórzy myślą, że „stąd nie może być nic dobrego”. A przecież i tu są dobrzy ludzie, którzy pomagają innym. I tu są tacy, którzy przyjmują ubogie dzieci na wychowa-nie, i tu się głosi Ewangelię ubogim, opuszczonym, chorym, więźniom i ta Ewangelia ma taką samą moc jak w „centrum świata”. Bo przecież i Nazaret był peryferiami ówczesnego świata i o nim mówili: „Czyż może być coś dobrego stamtąd?”. A przecież Ten, który jest Jedynym Dobrem wyszedł właśnie stamtąd.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze