Kamerun. Kozy w Toyocie [MISYJNE DROGI]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Kamerun. Po powrocie z Afryki życie w Polsce wydaje mi się smutne i szare. Ludzie posiadają tak wiele zbędnych rzeczy i pracują ponad siły, żeby mieć jeszcze więcej. Brakuje mi tu kolorowych strojów, spokoju, uśmiechu na twarzach i zwykłej ludzkiej życzliwości.

Wyjazd do Kamerunu okazał się prawdziwą wyprawą na drugi koniec świata. Chciałem doświadczyć kraju z powieści o Afryce. Jednak od samego początku musiałem pokonać mnóstwo przeszkód i formalności. Ambasada w Berlinie do wydania wizy zażądała zaproszenia podpisanego przez policję w Kamerunie. Poprosiłem o pomoc o. Ludwika Stryczka OMI, który od 26 lat jest na misjach na północy kraju. Po trzech dniach przyszedł e-mail ze skanem pisma z mnóstwem pieczątek i podpisów. Tydzień później z kameruńską wizą w paszporcie, książeczką szczepień przeciw żółtej febrze
i walizką wypchaną przyborami szkolnymi stanąłem na lotnisku w Krakowie, żeby po 30 godzinach lotu, z przesiadkami w Paryżu i Istambule wylądować w Jaunde, stolicy Kamerunu.


Wykolejony pociąg

Problemy zaczęły się, kiedy przy dworcu kolejowym w Jaunde wyciągnąłem aparat fotograficzny. Uzbrojeni w karabiny policjanci uparcie twierdzili, że jestem szpiegiem, bo chciałem zrobić zdjęcie. Wiedziałem już, że fotografowanie w tym kraju nie będzie łatwe. Miesiąc wcześniej wykoleił się tu pociąg linii Jaunde – Douala i zginęło 85 osób. Przyczyną nie był jednak zamach terrorystyczny, a przeładowanie pociągu połączone ze złym stanem torów. Dzień przed wypadkiem ulewne deszcze spowodowały kilkunastometrową wyrwę w drodze łączącej dwa największe miasta Kamerunu, dlatego wiele osób postanowiło jechać pociągiem. Do składu dołożono aż osiem wagonów.

Bezsenna noc

Mój nocny pociąg ze stolicy do położonego na północy Kamerunu Ngaoundére jechał 15 godzin i też był przeładowany. W drugiej klasie ludzie leżeli na podłodze, w przejściu – wszędzie. Handlarze, poruszając się jak w labiryncie pomiędzy ludźmi, zachwalali i sprzedawali swoje towary: owoce, maniok zawinięty w liście bananowca, napoje, książki, lekarstwa własnej roboty, krople na wszystko. O spaniu nie było mowy. Na stacjach handel odbywa się przez okna. Można było kupić banany, a pozbyć się plastikowej butelki, która nie jest tu śmieciem, a pożądanym naczyniem wielorazowego użytku. Pasażerowie mówili między sobą po francusku, bo lokalnych języków jest w Kamerunie ponad dwieście. Potem spędziłem jeszcze pięć godzin, jadąc autobusem z kompletnie wybitym zawieszeniem i trzeciego dnia wieczorem dojechałem do Garoua. Temperatura w cieniu przekraczała 40 stopni.

Drogi

Po drodze co kilka kilometrów napotykaliśmy kontrole policyjne ustawione z obawy przed nigeryjskimi terrorystami z Boko Haram. W poprzek drogi rozciągnięto kolczatki między biało czerwonymi beczkami wypełnionymi betonem i przeprowadzano szczegółową kontrolę dokumentów. Przymusowe postoje miały swoje zalety. Można było odetchnąć świeżym powietrzem i zjeść
trochę dobrej koziny lub wołowiny prosto z grilla z dodatkiem ostrej papryki. Wszyscy jedli rękami z jednej deski na brzegu grilla. Wieczór spędziłem na rozmowach z o. Stryczkiem o Kamerunie
i o życiu. W tych dniach woził on po diecezji odchodzącego na emeryturę po 24 latach posługi abp. Antoine Ntalou, który od wdzięcznych diecezjan otrzymał siedem kóz i 50 kogutów. Następnego dnia, po zrobieniu zakupów na targu, pojechaliśmy po gliniasto- kamienistych drogach w kierunku granicy z Czadem, do misji w Bibemi. Tam, gdzie plantatorzy bawełny o to zadbali, drogi były naprawione po porze deszczowej, w innych miejscach wyglądały jak wyschnięte koryta rzek. Tu, na północy, pora deszczowa już się skończyła, w tych dniach miał jeszcze spaść ostatni deszcz przed porą suchą, która będzie trwała do kwietnia. Po trzech godzinach dotarliśmy do ponad stutysięcznego Bibemi – miasta, w którym większość domów stanowiły gliniane chaty kryte słomą. W tym
dużym mieście nie ma żadnej szkoły, a najbliższa znajduje się w odległym o 17 km Adoumri. Wodaabe Po południu w towarzystwie o. Łukasza Biecka odwiedziłem ludzi z plemienia Wodaabe, przez miejscowych nazywanych pogardliwie Mbororo, czyli „zaniedbani pasterze”. Wbrew lokalnej nazwie w zabudowaniach panował porządek, ich stroje były czyste i kolorowe, dziewczyny nosiły bransoletki, pierścionki i inne ozdoby jakby czekały na jakąś wizytę. Wodaabe to koczownicy, prawdopodobnie przybyli na tereny północnego Kamerunu z Mezopotamii już w epoce kamiennej. Mają jaśniejszą skórę i inne rysy twarzy niż pozostali mieszkańcy. Choć przyjęli nas życzliwie, niechętnie pozowali do zdjęć, obawiając się porwań (zwłaszcza młodych dziewcząt) przez Boko Haram. Cały ich dobytek stanowiły narzędzia, kilka garnków i bydło zebu. Po zbiorach zostawiają swoje jednosezonowe szałasy i przenoszą się wraz z bydłem w nowe miejsce.


Fulani i Bibemi

W innej wiosce, zamieszkanej przez lud Fulani, stało kilkanaście glinianych chat i wielkie drzewo. W jego cieniu odpoczywała męska część wioski, podczas gdy kobiety przygotowywały posiłek. Jedyny powiew zachodniej cywilizacji to metalowe garnki i… baterie słoneczne służące do ładowania telefonów komórkowych. Takie połączenie tradycji z nowoczesnością. Wieczorem odwiedziliśmy szpital w Bibemi. Najwięcej jest tu dzieci chorych na malarię, a część z nich leży pod gołym niebem. W międzyczasie zmarł mieszkający blisko kościoła były wojskowy. Nie wiadomo na co, ale wiadomo, że nie mógł jeść od kilku dni. Jego syn, parafianin o. Ludwika, przyszedł prosić o modlitwę nad zmarłym. Poszliśmy z o. Łukaszem do glinianej chaty, gdzie zmarły leżał na gołej ziemi zawinięty tylko w prześcieradło. Kilka godzin później został pochowany bezpośrednio w ziemi.

Kozy w toyocie

Po Mszy św. o godzinie 6 rano 1 listopada zapakowaliśmy kozy do toyoty i wraz z dwoma księżmi, Kameruńczykiem i Kongijczykiem, pojechaliśmy do Garoua. Po południu miało odbyć się tam spotkanie odchodzącego biskupa ze wszystkimi księżmi z diecezji. Byłem już jednak wtedy w autobusie do Ngaoundére. W pociągu do stolicy kupiłem tym razem kuszetkę. Współpasażer, pracujący w administracji rządowej, wypytywał mnie o o. Stryczka. Potem dodał: „On nie jest jak inni biali – on jest jak jeden z nas. Jak jedzie autem to pozdrawia, zatrzymuje się, żeby się przywitać. Potrafi się dostosować do naszych zwyczajów i nie próbuje nas zmieniać. Słyszałem, że wielu osobom pomógł załatwić różne sprawy. Podobno wybudował już kilkadziesiąt studni”. Te kilkanaście dni, 18 tysięcy kilometrów, to stanowczo za mało na to, żeby zobaczyć prawdziwe życie w Kamerunie. Żałuję, że zabrakło czasu na poznanie innych ludów. Bardzo chciałbym tam wrócić.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze