fot. Piotr Ewertowski/misyjne.pl
Kilku klaunów, renifer i batman. Od 18 lat niosą nadzieję dzieciom z miejsc „zapomnianych” [FOTOREPORTAŻ]
Zaczęło się od rodzinnych wyjazdów, by przed świętami Bożego Narodzenia dzielić się z ubogimi. Dzisiaj jeżdżą do miejsc „zapomnianych” z pomocą materialną i Ewangelią.
Parafia Jezusa Przyjaciela znajduje się w miejscowości Los Olivos w gminie Ixtlahuacán de los Membrillos w stanie Jalisco w Meksyku. Wjeżdżając od razu czuje się charakterystyczny zapach, który jest dość dokuczliwy. To odór związany z pobliską fabryką karmy dla zwierząt. Mieszkańcy od wielu lat usiłowali interweniować do władz w tej sprawie, lecz bezskutecznie. To, obok ubóstwa i oddalenia, jeden z powodów, dla których ta miejscowość czuje się zapomniana. Z tego powodu właśnie tam w tym roku udała się grupa od 18 lat organizująca zabawę połączoną z ewangelizacją. Po mszy świętej dla przybyłych dzieci z rodzicami przygotowuje się również posiłek, ubrania oraz zabawki. Organizatorzy i wolontariusze przebrani są za różne postaci. W tym roku było kilku klaunów, renifer, a nawet batman. Jednym z najważniejszym punktów programu była jednak modlitwa i moment, gdy dzieci dobrowolnie mogły pocałować wizerunek Dzieciątka Jezus.


Początek
Inicjatorami jest rodzina Sarai i Ernesto. Jeszcze za nim zaczęli organizować wspomniane misje bożonarodzeniowe, starali się wyruszać z bliskimi do centrum Guadalajary, by pomagać ubogim.
– Uczono nas od najmłodszych lat, że trzeba być hojnym i umieć się dzielić, dawać z tego, co mamy, z tego, co dał nam Bóg – mówi Ernesto. – Zaczęliśmy więc zabierać ze sobą naszych bratanków i siostrzeńców, tych młodszych, żeby zdobywali takie doświadczenie. Na początku przemieszczaliśmy się komunikacją miejską do centrum miasta razem z grupą około 10–12 dzieci, naszych bratanków i siostrzeńców. Już od momentu, gdy wysiadaliśmy z autobusu, zauważaliśmy osoby potrzebujące. Dzieliliśmy się tym wszystkim, co sami przynieśliśmy. Chodziło o nauczenie ich hojności, wrażliwości, otwartości na cudzą potrzebę i umiejętności dzielenia się – zaznacza Ernesto.

Duch Święty
Po tym pierwszym doświadczeniu przyszło wyraźne poczucie, że nie można poprzestać na kilku doraźnych wyjazdach. Chcieli działać na większą skalę. – To był Duch Święty – podkreśla Ernesto.
I tak 18 lat temu wyjechali na pierwszą misję bożonarodzeniową do ubogiej dzielnicy. Wraz z przyjaciółmi i bliskimi znajomymi zaczęli organizować to, co w Meksyku nazywa się hacer la vaquita – oddolną zrzutkę. Każdy dokładał tyle, ile mógł, z czasem dołączały kolejne osoby. Gdy udawało się zebrać pierwsze środki, kupowali najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszali do różnych miejsc, często tam, gdzie wcześniej nikt z pomocą nie docierał.

– Pukaliśmy do drzwi i zapraszaliśmy ludzi, żeby wyszli. Przekazywaliśmy im przesłanie o przyjściu naszego Pana. Wręczaliśmy im prezent i w ten sposób to zaczęło się rozwijać. Potem kolejni przyjaciele zaczęli się dołączać – opowiada Ernesto.
Potem wszystko rosło już lawinowo – znajomi zapraszali do wsparcia znajomych, a później także znajomi znajomych. – Teraz ogłaszamy się w mediach społecznościowych i hojni ludzie, którzy nie mieszkają może w pobliżu, dorzucą kilka groszy do naszej akcji – mówi.
Zabawa i ewangelizacja
Obecnie grupa stara się współpracować z miejscowymi parafiami w organizacji misji. Proboszcz wcześniej ogłasza przyjazd, a po mszy na placu odbywa się całe wydarzenie.
Jak wspomina Ernesto, doświadczenia są zazwyczaj wspaniałe, jak choćby spotkania z dziećmi. – Przed chwilą podeszła do mnie dziewczynka i powiedziała: „proszę pana, chcę pana przytulić. Wesołych Świąt także dla was”. Wówczas w tobie coś pęka, bo oni, w swojej kruchości, w swojej potrzebie i w duchu wdzięczności, potrafią nam tyle dać. I w gruncie rzeczy najpiękniejszym doświadczeniem jest właśnie to – mówi organizator.

Organizatorzy najbardziej cieszą się jednak z tego, że mogą głosić przyjście Zbawiciela i dzielić się doświadczeniem Ewangelii.
Obok pozytywnych było też doświadczenia gorzkie. – Wrogowi, demonowi, nie podobało się to, co robimy. Na przykład w jednej wspólnocie, kiedy już wyjeżdżaliśmy, podszedł do mnie pewien facet, który zaczął mówić do mnie wulgarnie i mnie wyzywać. Kopnął mój samochód, kopnął go tak, że zostało wgniecenie. I wtedy naprawdę zobaczyliśmy maskę demona. Bo przecież chodzi nie tylko o prezenty, ale o głoszenie Zbawiciela, o świętowanie Jego narodzin. W innej dzielnicy, do której pojechaliśmy, wezwał mnie jakiś facet. Okazało się, że to była mafia. Zaczął mnie wypytywać, próbował narzucić jakieś ograniczenia. Powiedziałem tylko ”przyjechaliśmy tutaj do waszej społeczności, waszych ludzi, waszej dzielnicy, by dać prezenty. On się zgodził, ale nieco nerwów mnie to kosztowało – opowiada Ernesto.
To wszystko niewielkie ma znaczenie wobec prawdziwej misji, jaką realizują. Głoszą Chrystusa, który przynosi nadzieję światu.











| Galeria (10 zdjęć) |
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |






Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny