Meksyk. Pasja w Chiapas [MISYJNE DROGI]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Tak jak kiedyś w Jerozolimie, droga krzyżowa rozpoczęła się tylko z garstką ludzi. Podczas przejścia przez ulice w centrum miasta dochodziły całe tłumy gapiów zainteresowanych tym wydarzeniem. I tak jak wtedy, ludzie wspinali się na dachy i drzewa, by zobaczyć wszystko jeszcze lepiej.

Pomieszanie drogi krzyżowej z elementami festynu nieco szokuje Europejczyka. Jednak Latynosom pozwala okazać głębię religijnego zaangażowania.

>>> WHO: Afryka wciąż może powstrzymać rozprzestrzenianie się Covid-19

Foto: Luziza Stosik-Turek

W podróży po Meksyku spędziliśmy kilka miesięcy, jadąc z północy na południe. Bez dokładnego planu. Ustalając trasę z dnia na dzień. Kierowani przez zasłyszane historie i napotkanych po drodze ludzi. Jedynym punktem, do którego wiedzieliśmy, że chcemy dotrzeć na pewno, które od początku miało swoje miejsce w kalendarzu, był region Chiapas. To tam planowaliśmy przeżyć Wielkanoc. Duchową i kulturalną stolicą Chiapas jest położone na wysokości 2100 m n.p.m. San Cristobal de las Casas – jedno z pierwszych miast założonych przez kolonizujących Nowy Świat Hiszpanów. Do dziś jest licznie odwiedzane przez turystów z całego świata. Nietypowa atmosfera tego miejsca oczarowała wiele osób i sprawiła, że postanowili zostać tam na stałe. Kolonialne domy, wąskie, brukowane uliczki, kolorowe ściany budynków. Deptaki, place i liczne kościoły. Historia wielu z nich, jak np. kościoła pw. św. Mikołaja, sięga początków XVII w.

Od Wielkiej Środy

Od Niedzieli Palmowej zaczynają się tu wyjątkowo huczne i widowiskowe obchody Świąt Wielkanocnych. W Wielką Środę mieszkańcy gromadzą się na lokalnym targu, by przygotować świąteczne zapasy. Trudno się przecisnąć. Trzeba uważać na kieszonkowców. Ale najbardziej kluczowym dniem wśród całych przygotowań jest oczywiście Wielki Piątek. To tradycyjnie dzień, w którym nie powinno się wykonywać już żadnych prac. Nie powinno się też słuchać radia czy nawet kąpać się. Wiele osób zbiera się w kościołach, by adorować krzyż, ale tym najistotniejszym momentem dnia jest droga krzyżowa.

>>> Modlitwa o pogodę ducha

Foto: Luiza Stosik-Turek

Ukrzyżowany, lody i prażynki

Ludzie gromadzą się na jednym z placów. Słońce jest już dość wysoko, ostro świeci promieniami w oczy Od razu spostrzegamy postać grającą Maryję, cierpiącą i obolałą. Na podwyższeniu odgrywana jest scena pojmania Jezusa. Potem wszyscy, powoli, ruszamy za Jezusem obarczonym krzyżem. Od razu dostrzegamy zbieżność: dokładnie tak jak kiedyś w Jerozolimie, droga krzyżowa rozpoczęła się tylko z garstką ludzi. Podczas przejścia przez ulice w centrum miasta dochodziły całe tłumy gapiów zainteresowanych tym wydarzeniem. I tak jak wtedy, ludzie wspinali
się na dachy i drzewa, by zobaczyć wszystko jeszcze lepiej, wystawali w drzwiach, oknach i na balkonach – tak jest teraz i tu. Co jakiś czas miarowo powietrze przecinał świst bicza lądującego na plecach Jezusa. Maryja podbiegała do Syna, Weronika próbowała otrzeć Mu twarz, by zaraz po tym zostać brutalnie przegoniona. Szymon pomagał Jezusowi nieść krzyż. Na twarzach Chrystusa i wielu innych postaci szybko pojawił się pot, a łzy i cierpienie wykrzywiające twarz zdawały się być autentyczne i silne. Słońce świeciło naprawdę mocno, a trasa miała kilka kilometrów. Jezus
szedł niezłomnie pod ciężarem krzyża, poddając się biczowaniu, ale też spojrzeniom uczestników drogi. Spektakl? Teatr? Błyskawicznie zacierały się granice pomiędzy tym, co realne, a tym, co jest tylko grą. Między tym, co jest odgrywaną rolą, a co rzeczywistym i szczerym przeżywaniem męki. Na całej długości trasy ustawili się uliczni sprzedawcy. Obok biczowanego Jezusa można było kupić popcorn i prażynki, a dzieci ze smakiem zajadały się lodami. Kontrasty, które jeszcze bardziej dawały do myślenia i przywodziły na myśl te prawdziwe wydarzenia sprzed ponad dwóch tysięcy lat. W końcu, zataczając koło, wróciliśmy do miejsca rozpoczęcia. Na moment ukrzyżowania wszyscy wstrzymali oddech. Na chwilę plac zastygł w ciszy i chyba nawet dzieci przestały lizać swoje lody.

>>> Modlitwa „owcy” do Jezusa Dobrego Pasterza

Foto: Luiza Stosik-Turek

Czy to już chrześcijaństwo?

Chociaż San Cristobal de las Casas wydaje się być w tym momencie ogniskiem chrześcijaństwa, to całe miasto jest też żywo przesiąknięte innymi zwyczajami. Cały region Chiapas nazywany jest najbardziej indiańskim regionem Meksyku. Rzeczywiście, rdzenni mieszkańcy stanowią tutaj istotną część społeczeństwa i mają widoczny wpływ na jego funkcjonowanie. Potomkowie Majów, choć schrystianizowani, nie wyrzekli się swoich zwyczajów, a często nawet wierzeń. Synkretyzm religijny, a może przenikanie Ewangelią miejscowej kultury przybiera tu różne formy i jego skala różni się w zależności od społeczności. Najbardziej znanym i też najbardziej skrajnym przypadkiem są Indianie Tzotzil z wioski San Juan Chamula. Z katolickich sakramentów uznają oni tylko chrzest, a wnętrze tamtejszego kościoła zostało pozbawione większości znanych nam elementów. Brakuje tam nawet ołtarza, a figury katolickich świętych, przybrane w tradycyjne stroje i lusterka odbijające złe duchy, konkurują ze sobą o miejsce w świątyni. Te, do których modlitwy poskutkowały, przesuwane są w głąb kościoła, a te, które modlących się zawiodły, wracają w pobliże drzwi. Na posadzce, pokrytej w całości świeżym igliwiem, wierni modlą się i odprawiają swoje rytuały. Nieodłącznym ich elementem jest pox (czyt. posz), czyli tradycyjny napój alkoholowy wytwarzany z kukurydzy, a także… Coca-Cola, dzięki której wraz z odbijaniem się wyrzucane są z ciała złe duchy.

>>> WHO: Afryka wciąż może powstrzymać rozprzestrzenianie się Covid-19

Foto: Luiza Stosik-Turek

Zmartwychwstanie wśród petard

To właśnie do San Juan Chamula dotarliśmy w najważniejszy dzień całego świętowania, w Niedzielę Wielkanocną. Tłum zgromadził się na głównym placu miasteczka, przed kościołem pw. św. Jana, by tam celebrować Zmartwychwstanie. I choć wydawać by się mogło, że to przecież stricte chrześcijański dzień, sposób świętowania znacznie odbiegał od naszych wyobrażeń. Wybuchy petard rozpoczęły procesję rezurekcyjną, a chmury duszącego dymu szybko objęły cały plac. Kilkadziesiąt osób ubranych w tradycyjne dla Indian Tzotzil stroje niosło na podwyższeniach figury świętych, Zmartwychwstałego, a lusterka przyczepione na piersi każdej z figur odbijały południowe światło, rozpraszając ciemności złych duchów. Inne osoby, w rytm dzwonów, usypywały na ziemi dywan ze świeżych kwiatów. Procesja zatoczyła koło, po czym znów rozpoczęły się ogłuszające wystrzały petard.

Luiza Stosik-Turek, Bartosz Turek

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze