TOPSHOTS An image uploaded on June 14, 2014 on the jihadist website Welayat Salahuddin allegedly shows militants of the Islamic State of Iraq and the Levant (ISIL) executing dozens of captured Iraqi security forces members at an unknown location in the Salaheddin province. A major offensive spearheaded by ISIL but also involving supporters of executed dictator Saddam Hussein has overrun all of one province and chunks of three others since it was launched on June 9. AFP PHOTO / HO / WELAYAT SALAHUDDIN === RESTRICTED TO EDITORIAL USE – MANDATORY CREDIT „AFP PHOTO / HO / WELAYAT SALAHUDDIN” – NO MARKETING NO ADVERTISING CAMPAIGNS – DISTRIBUTED AS A SERVICE TO CLIENTS FROM ALTERNATIVE SOURCES, AFP IS NOT RESPONSIBLE FOR ANY DIGITAL ALTERATIONS TO THE PICTURE’S EDITORIAL CONTENT, DATE AND LOCATION WHICH CANNOT BE INDEPENDENTLY VERIFIED ===

Wygnani. Chrześcijanie na celowniku [MISYJNE DROGI]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Po Syrii i Iraku Państwo Islamskie rozszerza pole działania. Dżihadyści budzą coraz większą grozę i przerażenie także na Zachodzie. Rodzą się pytania: czy muzułmanie nawołujący do świętej wojny z niewiernymi to margines, czy też zdominują oni przedstawicieli umiarkowanego islamu i zaleją świat?

Skrzętnie skrywanym preludium do tego, czego obecnie jesteśmy świadkami, było powstanie Emiratu Islamskiego w 2011 r. w Homs. Stany Zjednoczone dostrzegły w tym szansę na pozbawienie
władzy syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada. Światowe media przez niemal dwa lata skrywały prawdziwą naturą tamtejszej opozycji, prezentując ją jako demokratyczną, choć liczba ugrupowań umiarkowanych była wręcz marginalna. Działania opozycji finansowane były dzięki pieniądzom napływającym szerokim strumieniem z USA i arabskich monarchii Zatoki Perskiej. Syria stała się mekką wszelkiej maści dżihadystów z krajów arabskich i Europy Zachodniej. Początkowo islamiści ściśle powiązani byli z Al-Kaidą i w znacznej mierze kontrolowani przez Amerykanów. Ich wysocy przedstawiciele negocjowali między innymi z dzisiejszym kalifem Abu Bakr Al-Bagdadim. Sytuacja zmieniła się radykalnie, gdy postanowił on się usamodzielnić
i zradykalizować metody działania. Sprawy wymknęły się spod kontroli. Ugrupowanie miało już tyle pieniędzy i broni, że mogło zacząć niezależne życie. Nikt jednak nie spodziewał się aż tak
barbarzyńskich metod działania.

Kara ukrzyżowania

29 czerwca br., czyli w pierwszym dniu ramadanu, kierowane przez Al-Bagdadiego ugrupowanie Islamskie Państwo Syrii i Lewantu (ISIL), walczące w Iraku i Syrii, ogłosiło wprowadzenie kalifatu, czyli islamskiego reżimu politycznoreligijnego. Na swą twierdzę, a zarazem stolicę kalifatu islamiści wybrali Mosul, stąd też tak wielkie zintensyfikowanie w tym mieście działań przeciwko każdemu, kto nie chce być z nimi. Zaczęli od zniszczenia krzyży na świątyniach i umieszczenia w ich miejscu flag swojego ugrupowania. Potem dopełnili dzieła, rozbijając figury świętych, niszcząc kościoły, puszczając z dymem biskupstwa i budynki parafialne oraz paląc biblioteki zawierające bezcenne dzieła, nie tylko chrześcijańskie. Na skrzyżowaniach ulic zaczęli rozdawać Koran, wprowadzili jiziya, czyli obowiązkowy podatek od niewiernych (horrendalna suma 450 dolarów miesięcznie od niemuzułmanina, najlepiej płatna w złocie), zaczęli też znaczyć domy należące do przeciwników. Nie tylko wyznawców Chrystusa (oznaczane literą „N” od arabskiego słowa „nasrani”, czyli nazarejczyk), ale także muzułmańskich szyitów, którzy uważani są przez sunnickich dżihadystów za wrogów kalifatu. Pojawiło się na nich arabskie słowo „odstępca”. Rozpoczęły się też prześladowania jazydów, uważanych przez islamistów za muzułmańską sektę. Ostatecznym ciosem w chrześcijan było ultimatum: islam albo śmierć. Dano im dwadzieścia cztery godziny na decyzję po czym, jak zapowiedziano „między wami a nami będzie tylko
miecz”. W szesnastopunktowym manifeście Państwo Islamskie wprowadziło karę krzyżowania dla chrześcijan, którzy nie podporządkują się rozporządzeniom nowych władz.

Umierający Kościół

Kalifat to przede wszystkim bezwzględna walka o władzę oraz próba wprowadzenia muzułmańskiego prawa szariatu. „Konsekwencje kalifatu dla innowierców są jednoznaczne. Zarówno dla chrześcijan, jak też szyitów i obecnych w Syrii alawitów nie ma w nim miejsca” – podkreśla znawca islamu, o. Adam Wąs SVD. „Śledząc krótką historię ISIL, organizacji, która praktycznie od 2003 r. co jakiś czas zmienia nazwę i kalifat jest kolejnym etapem tego procesu, widać jak radykalni są w swoich poczynaniach jego członkowie. Wystarczy choćby wspomnieć historyczne chrześcijańskie miasteczko Maalula w Syrii, które totalnie splądrowano, ograbiono, a chrześcijan okrutnie wymordowano” – mówi o. Wąs. To członkowie dzisiejszego kalifatu stoją za krwawym zamachem na katolicką katedrę w Bagdadzie. W 2010 r. męczeńską śmierć poniosło tam 58 osób, wśród nich dwóch księży i maleńkie dzieci. Ten sam krwawy scenariusz realizowany był teraz
w Mosulu i stopniowo obejmuje kolejne irackie miasta, a także coraz to nowe państwa świata. W Mosulu nie sprawuje się Mszy św. Nie ma tam praktycznie chrześcijan. „Dekadę temu było ich tam sto tysięcy. Na początku czerwca w tym mieście żyło ok. 35 tysięcy wyznawców Chrystusa. Wszyscy zostali wypędzeni. Cała wspólnota została zmieciona z powierzchni ziemi” – mówi łaciński metropolita Bagdadu abp Jean Benjamin Sleiman. Na kościołach, w miejscu zniszczonych krzyży, powiewają czarne flagi kalifatu. Na meczety i siedziby dżihadystów przerobiono 45 świątyń. Domy chrześcijan i należące do nich sklepy czy inne dobra oddano w posiadanie ludziom wiernym kalifatowi. Iracka agencja informacyjna szacuje, że na wygnaniu chrześcijan z Mosulu i okolicy dżihadyści zarobili ponad 8 mln dolarów. Jest to równowartość przejętych domów, zakładów pracy, zapasów zgromadzonych w magazynach oraz zarekwirowanego bydła. Swe działania w znacznej mierze finansują z dochodów z ropy, którą wydobywają na zajętych przez siebie terenach. Sprzedaż kwitnie po znacznie zaniżonej cenie, ale jak widać dla wielu „krwawa ropa” nie jest
problemem.

Ne tylko Syria i Liban

Na kontynuację islamskiej ofensywy nie trzeba było długo czekać. Fundamentalistyczne ugrupowanie Boko Haram ogłosiło powstanie drugiego kalifatu na północy Nigerii. W barbarzyństwie dorównują swym bliskowschodnim sprzymierzeńcom. Mordują kobiety i dzieci, podpalają domy i kościoły, a także szkoły utożsamiane z symbolem zachodniego imperializmu, na oczach mężów gwałcą ich żony i córki. By pokazać swą siłę, nabijają na pale odcięte głowy ofiar, niejednokrotnie dzieci, i fotografują się przy nich lub kręcą drastyczne wideoprzesłania, w których przestrzegają
świat przed tym, co go czeka, jeśli nie podporządkuje się władzy kalifatu. Ofensywa trwa. Dżihadyści chcą podbić Kamerun (gdzie werbują też masowo ochotników; a ubodzy analfabeci walczą nie dla islamu, ale dla pieniędzy), Czad, Niger, Darfur i Republikę Środkowoafrykańską. Scenariusz działania jest ściśle przemyślany. Na podbitych terenach ustanawiają własną administrację i nakładają nowe podatki (np. pomoc humanitarna obłożna jest 30% cłem). „Realizowana jest strategia programowego podążania islamu w głąb Afryki. Wykorzystywane są do tego lokalne napięcia, ale jest to przemyślana, odgórnie sterowana polityka islamizacji” – mówi bp Tadeusz Kusy. Wskazuje na bardzo mocne dążenia islamistów do podzielenia Republiki Środkowoafrykańskiej na muzułmańską Północ i chrześcijańskie Południe. „Kalifat nie został ogłoszony, ale praktycznie połowa kraju jest w posiadaniu i zarządzaniu muzułmanów. Na Północy nie ma tam ani jednego wojewody, burmistrza, czy starosty wysłanego przez rząd, bo on ma władzę tylko w stolicy. Organizują życie według własnego widzimisię, często bardzo uciskając miejscową ludność” – mówi bp Kusy, którego większa część diecezji jest kontrolowana przez islamistów.

Chrześcijańskie cmentarzyska

Dżihadyści walczą bronią zrabowaną w libijskich arsenałach, a także sprzedawaną im przez USA i Europę. Wiernych wyznawców mają w Maroku, Algierii, Tunezji, Pakistanie, Afganistanie, Indiach i Indonezji. Wsparcie daje im powstałe w Libii Państwo Islamskie Maghrebu. Kolejne kraje zaczynają być cmentarzyskami chrześcijaństwa. A żyjący w nich ludzie nie chcą emigrować, błagają świat o jedno: „pomóżcie nam zostać w naszej ojczyźnie, pomóżcie nam wrócić do naszych domów”. Naloty na pozycje dżihady stów nie są żadnym rozwiązaniem. Ormiańskokatolicki
arcybiskup Boutros Marayati z Aleppo zaznacza, że „Syryjczycy nie widzą »wyzwolicieli« w tych, którzy ich bombardują. Panuje przekonanie, że naloty nie rozwiążą problemów, ale mogą je nawet zwiększyć”. Pokoju nie zaprowadza się przemocą. Ale świat wydaje się nie chcieć wyciągnąć nauczki z wcześniejszych wojen i swych „interesownych” decyzji. Postępująca islamizacja staje się problemem o tyle, o ile uderza w interesy światowych mocarstw, a nie dlatego, że chrześcijanie są prześladowani, wyrzucani ze swych domów i odzierani ze wszystkiego. W obecnej sytuacji warto wrócić do wykładu Benedykta XVI w Ratyzbonie i wskazanych przez niego wyzwań stojących przed islamem. Chodzi o znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy muzułmanie są w stanie znaleźć zrozumienie dla tolerancji religijnej we własnej tradycji oraz czy potrafią oddzielić w życiu publicznym władzę religijną od politycznej, również w zgodzie z własną religią. Od odpowiedzi na te pytania zależy los wielu niewinnych ludzi, zależą losy pokoju.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze