Fot. screen yt/U2
Muzycy z U2: ludzie mówią, że jesteśmy zespołem lubianym przez tych, którzy nie wiedzą, że wierzą w Boga
„Wiara w Boga – albo w to, że Bóg jest miłością – przychodziła mi w życiu wyjątkowo łatwo” – zwierza się Bono, lider słynnego zespołu rockowego U2 w wyjątkowo obszernym wywiadzie opublikowanym w amerykańskim dzienniku „New York Times”. Członkowie grupy poruszyli m.in. temat „wymiaru metafizycznego” i wyznania swojej chrześcijańskiej wiary w Boga, który istnieje i który jest dobry. „Jeśli nie chcesz, żeby diabeł był większy, przestań powtarzać jego imię” – radzi Bono, cytując jeden ze swoich utworów.
Irlandzki kwartet wydał tak kultowe albumy jak „The Joshua Tree” (1987), „Achtung Baby” (1991) i „All That You Can’t Leave Behind” (2000), odbył najbardziej dochodowe i nowatorskie trasy koncertowe, zdobył też 22 nagrody Grammy – a to zaledwie część jego osiągnięć. Tym, w czym U2 może rzeczywiście nie mieć sobie równych, jest fakt, że za wszystkimi tymi sukcesami stoi niezmiennie tych samych czterech ludzi.
Członkowie zespołu – wokalista Bono, gitarzysta The Edge, perkusista Larry Mullen Jr. i basista Adam Clayton – wciąż pełnią te same role co podczas pierwszej wspólnej próby na przedmieściach Dublina we wrześniu 1976 roku, czyli pięćdziesiąt lat temu. Zwłaszcza w burzliwym świecie rock and rolla taka trwałość i stabilność zasługują na świętowanie.
U2 uczciło swój złoty jubileusz 25 września występem przed podekscytowanymi uczniami dublińskiej Mount Temple Comprehensive School, gdzie muzycy się poznali. Następnie zagrali niespodziewanie z balkonu dawnego klubu rockowego przed wielotysięcznym tłumem, który błyskawicznie zgromadził się w centrum miasta.
W przyszłym miesiącu, 13 listopada, U2 wyda „Carnaval De Luz”, pierwszy od 2017 roku pełnowymiarowy album z nowym materiałem. Poprzedziły go dwie wydane w tym roku EP-ki: „Days of Ash” i „Easter Lily”.
Redaktor NYT David Marchese dzień po jubileuszowych występach rozmawiał z Bono i The Edge’em, głównymi autorami piosenek zespołu, o ich wieloletniej współpracy, przyjaźni i o tym, co U2 nadal znaczy – zarówno dla nich samych, jak i dla świata. Wśród zadanych przez niego pytań niektóre dotyczyły religijnych aspektów twórczości U2. Rozmowa ukazała się w wydaniu gazety z 18 października. Publikujemy polskie tłumaczenie tych fragmentów wywiadu.
(…)
NYT: Jaki jest obecnie cel U2? Do czego zespół powinien dążyć?
The Edge: Naprawdę uważamy, że być może już w przyszłym tygodniu napiszemy najlepszą piosenkę w naszej historii albo podczas następnej trasy damy najlepszy koncert, jaki kiedykolwiek zagraliśmy. Kiedy mówimy o tym, co najlepsze, nie myślimy wyłącznie o rock and rollu. Myślimy o naszych ulubionych zespołach i o tym, co sam chciałbym zobaczyć i usłyszeć, stojąc wśród publiczności. Chodzi więc o miejsce, w którym rock and roll spotyka się z działalnością społeczną i z ideami zaczerpniętymi ze sztuk pięknych. A także, jak sądzę, z wymiarem transcendentnym. Nigdy nie uważaliśmy, że powinniśmy usuwać z naszej twórczości własne duchowe poszukiwania i pytania. Wszystko to znajduje w niej wyraz. Kiedy udaje nam się stworzyć piosenkę mającą wymiar transcendentny, jest to dla mnie szczytowe osiągnięcie. Naprawdę sądzę, że nadal mamy szansę napisać nasze najlepsze piosenki i zagrać najlepsze trasy. Dlatego wciąż jestem w tym zespole.
Bono: A zatem także napisać najlepsze piosenki, jakie ktokolwiek kiedykolwiek napisał. W tym momencie U2 staje się naprawdę irytujące. To dążenie do wielkości – którą, nawiasem mówiąc, mają wszyscy artyści pragnący sięgnąć tak wysoko: Beatlesi, Nirvana. Jestem zazdrosny, kiedy nie ma nas na popowych listach przebojów. To wada charakteru, ale w głębi duszy chodzi o to, że nie chcę, aby pewne idee pozostawały poza głównym nurtem.
>>> Muniek Staszczyk: wiara to trudna droga. Szczególnie w dzisiejszych czasach
Jakie idee masz na myśli, mówiąc, że chcesz ich obecności w głównym nurcie?
Bono: Wymiar metafizyczny, gospelową stronę U2. W rock and rollu pozwalano na to tylko czarnym artystom. Nie można było być białym człowiekiem mówiącym o Bogu, bo biali ludzie mówiący o Bogu na ogół bardzo niepokoją naszą publiczność, rozumiesz? Ale nie dotyczy to czarnych Kościołów w Ameryce. Kiedy przyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, oglądaliśmy tych teleewangelistów i myśleliśmy: „Ojej, ci ludzie mają poważny problem”. A potem wchodzisz do kościoła czarnej wspólnoty, słyszysz ten śpiew bez reszty oddany Bogu i czujesz tę atmosferę – to żarliwość, ale nie jakaś dziwaczna egzaltacja.
Chodzi więc o możliwość śpiewania pieśni wiary i oddania, a także pieśni zwątpienia; o połączenie gospel z bluesem, czyli o rock and roll. Nie ma miejsca, do którego nie można z tym dotrzeć, także na popowe listy przebojów. Nieustannie powtarzam: nie oddawajmy list wyłącznie tym popowym mechanikom. Hip-hop tego dokonał i wprowadził rewolucyjne idee do radia. Tymczasem znaczna część sceny niezależnej po prostu się poddała. Nawet nie próbowała.

Powiedziałeś, że mówienie o Bogu w waszej muzyce może być dla publiczności nieco kłopotliwe. Ja jednak twierdziłbym, że religijna inspiracja U2 jest dla waszych odbiorców niezwykle ważna. W dużej mierze właśnie dlatego czują tak silną więź z zespołem.
The Edge: Tak, ale nie traktowaliśmy tego jako naszego atutu marketingowego. Uważaliśmy, że musimy o tym mówić, ponieważ z tego wyrastamy. Ludzie mówią jednak, że jesteśmy zespołem lubianym przez tych, którzy nie wiedzą, że wierzą w Boga. To jest obecne w naszej twórczości w bardzo naturalny sposób. Nie ma w tym polemiki. To po prostu nasze poszukiwanie, nasze dociekanie. I jest w nim mnóstwo wątpliwości. Myślę, że musi tak być. Jeśli bowiem nie jest to dogmat, pozostaje w ciągłym ruchu. Powiedziałbym, że przez pół tygodnia jestem agnostykiem, a przez resztę mam niesłychanie silną wiarę. Ale ona stale się zmienia, jest gotowa na nowe odkrycia. (…)
„Carnaval De Luz” można niemal uznać za album protestu, tyle że bez nazw własnych. Nie mówicie, przeciw komu protestujecie, nie wymieniacie nikogo wprost. Myślę o tym w kontekście innych artystów ze szczytu rockandrollowej hierarchii. Bruce Springsteen podczas tegorocznej trasy wygłaszał przemówienia ostro krytykujące Trumpa, jego administrację i politykę. Z kolei Mick Jagger, z którym rozmawiałem na początku roku, zapytany o rolę gwiazd rocka, odpowiedział w zasadzie: „Jestem tutaj, żeby pomóc wam dobrze się bawić. Nikt nie chce słuchać pouczeń”. Zastanawiam się więc, czy płyta pełna mobilizującej politycznie, przekornie radosnej muzyki protestu, która nie mówi bezpośrednio o polityce, jest waszym sposobem szukania drogi pośredniej.
Bono: Nie. To podjęcie walki z autorem całego tego bałaganu. Wiara w Boga – albo w to, że Bóg jest miłością – przychodziła mi w życiu wyjątkowo łatwo. Ale pojęcie zła było dla mnie trudniejsze. Nie tak łatwo było mi je przyjąć. W nowej piosence „If the World Is at War We Better Not Be” śpiewam:
Chcę przemówić do ducha,
możesz go poczuć, ale nie wolno ci się go bać.
Czy jesteście królami, królowymi czy cesarzami rozpaczy,
nie będziemy się spierać o drobiazgi.
Mamy kilka słów do waszego szefa.
Zwracamy się do tego, który przez was przemawia,
do władcy potęgi powietrza.
Te wszystkie połyski i błyski, lustra, które muszą pęknąć,
całe to migotanie neonów – za część tego jesteśmy wdzięczni.
Fikcja narodu, historie, których nie opowiadamy.
Potrzebujemy światła poznania, żebyś mógł wrócić prosto do piekła.
Jeśli świat jest w stanie wojny, my lepiej nie bądźmy.
O tym jest ten album. Powinniśmy być wdzięczni, że zło się ujawniło. A na „Days of Ash”, naszej lutowej EP-ce, wymieniamy nazwiska. Rozmawiałem przecież z rodziną Renee Good.
Kobiety zabitej przez ICE w Minnesocie.
Bono: Tydzień później napisaliśmy o tym piosenkę. Był w niej wers: „Ameryka powstanie przeciwko ludziom kłamstwa”. Trzydzieści lat temu Edge dał mi książkę M. Scotta Pecka zatytułowaną „Ludzie kłamstwa”. Opowiada o naturze zła i analizuje złośliwy narcyzm.
Zanim wykorzystaliśmy ten wers, wyjaśniałem rodzinie, o co chodzi, i prosiłem o zgodę. Rozmawialiśmy przez Zoom. Kiedy doszedłem do słów „Ameryka powstanie przeciwko ludziom kłamstwa”, ojciec powiedział: „Mam tutaj książkę «Ludzie kłamstwa»”. Zapytałem: „Tę książkę, którą Edge dał mi trzydzieści lat temu?”. Odpowiedział: „Tak, leży tutaj. Zaledwie miesiąc temu wyjąłem ją, żeby wyjaśnić synowi część tego, co się dzieje”.
W piosenkach z „Days of Ash” rzeczywiście wymienialiśmy więc konkretne osoby. Na „Carnaval De Luz” nie chcieliśmy tego robić. W utworze „Midnight Sunshine” jest taki wers: „Katastrofizowanie to nadawanie blasku cierpieniu świata. Jeśli nie chcesz, żeby diabeł był większy, przestań powtarzać jego imię”. (…)
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
New York Times: Leon XIV jednym z „najbardziej stylowych ludzi 2025 roku”
Chłopaki (nie) płaczą. Muniek Staszczyk bez ciemnych okularów w szczerej rozmowie również o wierze
Siostra z programu „Welon, fura i brawura”: nie trzeba wprost mówić o wierze w Boga, by dawać jej świadectwo





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny