fot. arch. Genowefy Chabiniak
Nie tylko pisanki. Jak wyglądała Wielkanoc u Górali Czadeckich? [ROZMOWA]
Górale Czadeccy przywieźli ze sobą z Bukowiny nie tylko obrzędy, ale sposób przeżywania roku. Wielkanoc była jego najważniejszym momentem. O tradycjach ludowych Bukowińczyków opowiada Genowefa Chabiniak.
Na początku XIX wieku Polacy z rejonu Czadeczczyzny, dziś leżącej na pograniczu Słowacji i Żywiecczyzny, osiedlili się na Bukowinie – obszarze znajdującym się obecnie w granicach Ukrainy i Rumunii. Sami byli potomkami tych, którzy wcześniej przybyli tam ze Śląska. Mimo życia na obczyźnie, także w czasach zaborów, konsekwentnie podtrzymywali swoją tożsamość poprzez język, zwyczaje i religię.
Po II wojnie światowej część tej społeczności została przesiedlona na ziemie zachodnie Polski. Kilka transportów trafiło w okolice Żagania, zwłaszcza do gminy Brzeźnica, gdzie osiedliła się większość bukowińskich rodzin. W nowych warunkach szczególnego znaczenia nabrało podtrzymywanie dziedzictwa – także poprzez tworzenie zespołów ludowych, które miały chronić pamięć o dawnym świecie.
>>> Tradycje górali czadeckich są przekazywane nie tylko w rodzinie [ROZMOWA]
Jednym z nich są „Stanowianie”. W niewielkim Stanowie, niedaleko Żagania, od 2010 roku potomkowie Bukowińczyków wspólnie pielęgnują dziedzictwo Górali Czadeckich, a od 2015 roku działają prężnie, w strojach ludowych, jako Zespół Górali Czadeckich.
Założycielka zespołu – Genowefa Chabiniak przyjechała z Kielecczyzny jako młoda nauczycielka. Nie miała bukowińskich korzeni, ale – jak mówi – „wżeniła się” w tę społeczność. Przez lata mieszkania z teściami uczyła się tradycji w praktyce: wspólnego śpiewania, przeżywania świąt, życia rytmem wiary. Dziś przyznaje, że to właśnie religijność i rodzinne przekazy najmocniej budowały tożsamość Górali Czadeckich.

Anna Gorzelana (misyjne.pl): Choć nie pochodzi Pani z Bukowiny, od lat jest Pani związana z tą tradycją. Jak to się zaczęło?
Genowefa Chabiniak: – To prawda, że ja sama nie mam takich korzeni, tylko się w Bukowińczyków wżeniłam. Pochodzę z kieleckiego, przyjechałam do pracy w Brzeźnicy (pow. Żagański) w 1981 roku jako nauczycielka. Już wtedy bardzo mnie to wszystko zachwyciło – te zwyczaje, śpiewanie, szczególnie przy Bożym Narodzeniu.
Potem wyszłam za mąż i zamieszkaliśmy tutaj. Przez wiele lat mieszkałam z teściami i oni bardzo pilnowali tradycji. Można powiedzieć, że ja się tego wszystkiego nauczyłam w praktyce. Nawet się ludzie śmieją, że więcej wiem niż niektórzy stąd, bo nie wszędzie to już tak jest kultywowane.
Jak Wielkanoc obchodzili i nadal obchodzą Górale Czadeccy?
– Przede wszystkim jest to najważniejsze religijne święto. Górale Czadeccy byli ludźmi bardzo religijnymi. Jak ja tu przyszłam, to wszyscy chodzili do kościoła. Nie było tak, że ktoś nie poszedł. Chodziło się we wszystkie dni Triduum i wszystko było bardzo uroczyście przeżywane. Wielki Post był naprawdę czasem przygotowania. Droga krzyżowa, pamiętanie o tym – to było naturalne. Tak samo jak adwent przed Bożym Narodzeniem – wieczorami siadało się, śpiewało pastorałki, dzieci się uczyły, bo jak szły po kolędzie, to nie mogły czytać z kartki.
U nas, w Stanowie, jako kościele filialnym, całe Triduum mamy dopiero od kilku lat. Wcześniej tego nie było w takiej formie. Już w Wielką Sobotę, jak się wraca z kościoła, to czuje się święto. Jest „Alleluja”, oczekiwanie. A w niedzielę rano wspólne śniadanie. Święta Wielkanocne u Górali Czadeckich to nie była tylko tradycja, tylko normalne życie. To wszystko było bardzo mocno związane z wiarą.

A jak te tradycje były przekazywane?
– W domu. Wieczorami się siedziało, rozmawiało, starsi opowiadali. Mój teść bardzo dużo opowiadał o życiu na Bukowinie, bo oni przyjechali po wojnie na Ziemie Odzyskane jako młodzi ludzie, ale wszystko pamiętali. Tu wszyscy byli z tych samych stron, z tych samych rodzin, więc zwyczaje były podobne. Wszystko się przekazywało z pokolenia na pokolenie. Ja się tego wszystkiego nauczyłam, bo żyłam razem z nimi. I tak człowiek powoli przesiąkał tym wszystkim.

Wiele tradycji przywieźli górale z Czadeczczyzny. Co jest najbardziej typowe dla obyczajów wielkanocnych?
– Najbardziej charakterystyczny był śmiergust. To była taka pleciona witka z gałązek wierzby. Kawalerowie chodzili z tym po wsi i „śmiergustowali” dziewczyny, czyli przychodzili do ich domów i wołali dwa razy: „Śmiergus-pisanka”, co oznacza: „daj pisankę”.
Jak chłopak nie miał sikocza, czyli takiego urządzenia do polewania wodą, to musiał mieć śmiergust. Mój mąż do dziś potrafi to pleść. Robi co roku – dla wnuka robił mniejszy, dla dorosłego większy. Taki dla kawalera to był z ośmiu witek, pleciony na cztery strony, a dla chłopca z sześciu. Ozdabiało się to taką wełnianą ozdobą, najczęściej czerwoną z zieloną, to były takie nasze kolory. Dziś to już jest bardziej symboliczne. Jak idziemy w drugi dzień świąt do kogoś, to mąż weźmie śmiergust i tak żartobliwie „śmiergustuje”. A w tradycji to panny dawały kawalerom pisanki.

Z opowieści babci wiem, że gdy panna chciała dać „najlepszą” pisankę, musiała zdobyć gęsie jajo.
– Zgadza się, panny wręczały kawalerom pisanki i gdy dziewczyna miała swojego wybranka, to dawała mu gęsią pisankę, bo była największa. A innym chłopakom kurze.
Pisanki przede wszystkim były do jedzenia, nic nie mogło się zmarnować. Robiło się je na ugotowanych jajkach, nie na wydmuszkach. Najczęściej pisało się w Wielki Piątek. Ja do dziś piszę pisanki – w tym roku zrobiłam około 140. Robię szpilką i kolorowym woskiem, nie tym tradycyjnym dzióbkiem. Wydmuszki czasem robiono, ale raczej do ozdoby, na przykład na gałązki w ogródku. A do koszyczka zawsze szły jajka ugotowane.
Co jeszcze trafiało do koszyczka?
Do koszyczka wkładało się tylko rzeczy, które można było zjeść. Jak baranek, to cukrowy, żeby można było go potem zjeść. Zawsze zwracano uwagę na to, że co się poświęci, tego nie można byle gdzie wyrzucać, więc do koszyczka nie dawano żywności w opakowaniach. Nawet teraz robimy tak, że jajka do święcenia są już obrane, bo dawniej skorupki trzeba było spalić, nie wolno było ich wyrzucić. Kiedyś święcono nawet całe kosze – wszystko, co było przygotowane na święta. I potem na śniadanie wielkanocne jadło się tylko to „święcone”, zaczynając od dzielenia się jajkiem. My do dziś w Niedzielę Zmartwychwstania rano jemy tylko to, co jest z koszyczka. Nic więcej. Najpierw modlitwa – prowadzi ją najstarszy gospodarz – i dopiero potem jemy.

A co przygotowywano na Wielkanoc?
– Nie było aż tak dużo potraw, jak to jest popularne dziś. Wszystko przygotowywało się wcześniej, bo w święta się nie gotowało. Były wędzonki, jajka, później żurek, gołąbki, bigos. Ale bardzo ciekawa była ta kapusta – wędzone mięso się parzyło w wodzie z kiszoną kapustą i ta woda potem była zupą, takim kapuśniakiem. Nic się nie marnowało.
Bardzo ważny była też „paska”, czyli też chleb pszenny. Na co dzień był żytni, ale na Wielkanoc musiał być pszenny – to był znak święta. Były takie chleby plecione, z warkoczami, czasem z ozdobami. Do koszyczka piekło się małe „paseczki”, takie małe chlebki drożdżowe.


A czy były jakieś zabawy albo zwyczaje dla dzieci?
– Na Bukowinie nie było zajączka, szukania jajek. To wszystko przyszło później. My sami zaczęliśmy takie rzeczy robić dopiero dla wnuka. Wielkanoc była spokojniejsza niż Boże Narodzenie. Nie było takich specjalnych śpiewów czy obrzędów w domu. I każdy wiedział, co te święta znaczą.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Tysiące zielonogórzan w koronach śpiewa kolędy. XIV Lubuski Orszak Trzech Króli [REPORTAŻ]
Tradycje górali czadeckich są przekazywane nie tylko w rodzinie [ROZMOWA]
Po raz 50. wręczono Nagrody im. Oskara Kolberga „za zasługi dla kultury ludowej” [+GALERIA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny