fot. archiwum ptywatne Patrycji Przewoźnej

Nie żył długo, ale żył naprawdę. Pier Giorgio Frassati i jego droga do świętości [ROZMOWA]

Choć odszedł w wieku 24 lat, zostawił po sobie więcej niż niejeden człowiek przez całe życie. Pomagał, kochał, modlił się, inspirował. A dziś – dokładnie sto lat później – jego przykład pokazuje, że świętość jest możliwa także w zwyczajnym życiu.

Karolina Binek (misyjne.pl): Dlaczego dziś znów mówimy o Piotrze Frassatim? Co nas skłania do tego, by wracać do jego postaci akurat teraz?

Patrycja Przewoźna (Akademia Frassati): – W tym roku przypadło stulecie jego śmierci – zmarł 4 lipca 1925 r., mając zaledwie 24 lata. To bardzo symboliczna data. Niedługo odbędzie się też kanonizacja Carla Acutisa i pewnie niektórym wydaje się on bardziej współczesny. Natomiast potrzebujemy dziś wyjścia poza ekrany i zachęcenia młodych oraz starszych do tego, by odłożyć telefon oraz spojrzeć w górę i zastanowić się nad tym, co możemy zostawić po sobie na tym świecie. Pier Giorgio Frassati przez dwadzieścia cztery lata życia zostawił bardzo dużo zwykłych, normalnych, ludzkich wspomnień, które mogą motywować, a zarazem pokazywać, że każdy z nas może „wyciągnąć” z życia coś więcej. Wreszcie, uznano też jeden z cudów, do którego doszło za jego wstawiennictwem. To piękne, że Pan Bóg tak to „zaprojektował”, że stulecie jego przejścia do nieba zbiega się z tą decyzją Kościoła.

>>> Po śmierci dziecka świat się nie kończy. Ale wszystko się zmienia [ROZMOWA]

Jaki cud zdecydował o kanonizacji?

– Oficjalnie zatwierdzony cud dotyczy uzdrowienia z kontuzji ścięgna Achillesa, którego doznał seminarzysta, dzisiaj już ksiądz, w Stanach Zjednoczonych w 2017 r. Uraz nastąpił podczas meczu koszykówki i wymagał operacji, jednak po modlitwie nowenną za wstawiennictwem Frassatiego – kleryk doznał nagłego ustąpienia bólu i objawów. Wcześniej zgłaszano wiele innych cudów za wstawiennictwem tego błogosławionego. Mnie osobiście bardzo poruszył przypadek chłopaka ze Stanów Zjednoczonych, który spadł z dachu i stracił przytomność. Miał wówczas wizję obecności jakiegoś młodego mężczyzny. Nie znał Frassatiego, ale po przebudzeniu rozpoznał go na zdjęciu. Rodzina modliła się gorliwie za jego wstawiennictwem. To był niezwykły, prosty cud – choć nie został oficjalnie uznany ze względu na pewne wątpliwości co do stanu świadomości chorego.

A jeśli chodzi o beatyfikację – jak do niej doszło? Przecież był tylko młodym studentem, zwykłym chłopakiem, a mimo to został zauważony przez Kościół.

– Ogromną rolę odegrał tu Jan Paweł II, który znał i cenił Frassatiego. Poza tym – jego siostra wyszła za polskiego dyplomatę, więc w sposób naturalny postać Pier Giorgia stała się znana także w Polsce. Jan Paweł II był zafascynowany jego osobowością – człowiekiem gór, radosnym, otwartym, działającym z wielką pasją i miłością do drugiego człowieka. To wszystko bardzo z nim rezonowało. Ostatecznie beatyfikował Frassatiego 20 maja 1990 r. A trwało to tyle, bo pojawiały się wokół tej beatyfikacji różne wątpliwości dotyczące właśnie tego, że Frassati był młodym chłopakiem i chodził z innymi młodymi po górach, nie wiadomo więc, co tam się działo. Ale nawet jego spowiednik zarzekał się, że jeszcze w roku śmierci – Piotr był „czysty” – mówiąc bardzo kolokwialnie.

fot. archiwum ptywatne Patrycji Przewoźnej

Pomaganie – to pierwsze słowo, które przychodzi na myśl, gdy myślę o Frassatim. Ale czy to nie za mało?

– Zdecydowanie. On był nie tylko pomocny. Miał głęboką wrażliwość na drugiego człowieka. Chodził jako wolontariusz do Cotolengo – miejsca opieki nad chorymi i osobami w kryzysie bezdomności w Turynie. Opiekował się ubogimi, troszczył o rodzinę, czasem kosztem własnych marzeń. Zrezygnował nawet z miłości, bo wiedział, że matka nie zaakceptuje wybranki jego serca – a małżeństwo jego rodziców wisiało na włosku i nie chciał pogłębiać kryzysu. Powiedział wtedy: „Nie można budować szczęścia jednej rodziny na gruzach innej.” Drugi człowiek był dla niego ważny do samego końca. W przeddzień śmierci, już bardzo osłabiony przez chorobę Heinego-Medina, przekazał swojej siostrze napisaną drżącą ręką instrukcję dla przyjaciela, by ten zaniósł lekarstwa jego podopiecznym. To był jego ostatni akt troski.

>>> Życie nie musi być pełne spektakularnych osiągnięć, by było szczęśliwe [ROZMOWA]

Frassati to chłopak z dobrej i chyba można też powiedzieć, że z bogatej rodziny. A jednak zamiast luksusu wybrał służbę innym. Skąd u niego te wszystkie dobre cechy i wrażliwość na drugiego człowieka?

– Myślę, że przede wszystkim przyczyną tego jest łaska Boża. Wychowywała go religijna babcia, choć jego rodzinny dom nie był przesadnie pobożny – ojciec był zadeklarowanym niewierzącym, a religijność jego matki była raczej tradycyjna. Ale Pier Giorgio już jako małe dziecko zauważał potrzeby innych. Chodził do szkoły jezuickiej, która dała mu narzędzia do tego, aby patrzeć inaczej na świat i na ludzi. Ale ta otwartość była w nim już wcześniej. Jako chłopczyk, nie do końca jeszcze rozumiejąc świat i ludzi, zobaczył innego chłopca, który nie miał butów. Przekazał mu od razu swoje buty i pończochy. Myślę więc, że to wszystko wzięło się po prostu z łaski.

A skąd u Frassatiego miłość do gór? 

– Frassati dorastał w Turynie, ale spędzał dużo czasu w Pollone – u dziadków w rodzinnej miejscowości rodziców. Tam są góry, Alpy, piękne widoki, duchowe miejsca jak sanktuarium Matki Bożej z Oropy. W górach, jak mówił, lepiej słychać Boga. Chodził tam nie tylko dla przyjemności – ale by spotykać się z Bogiem i prowadzić do niego innych. Zabierał przyjaciół – czasem w ramach grupy „ciemnych typów”.

Ciemne typy? Brzmi podejrzanie.

– To przewrotna nazwa jego paczki przyjaciół – młodzi ludzie, którzy razem chodzili po górach, modlili się, wspierali. Teraz ciemne typy istnieją dalej – także w Polsce – codziennie modląc się za siebie, a czasem spotykają się też na górskim szlaku. Wspólna modlitwa, duchowe wsparcie i pielgrzymki górskie – to się nie zmieniło i trwa do dziś, choć już bez ich założyciela.

Choroba Frassatiego pojawiła się nagle. W dodatku szybko okazało się, że jest śmiertelna. Miał w trakcie choroby momenty, w których zastanawiał się, dlaczego dotknęło to akurat jego?

– Nie. Jego choroba była zaskoczeniem dla wszystkich. Wcześniej był zdrowym, silnym chłopakiem. Ale choroba postępowała szybko. Nie chciał niepotrzebnie skupiać na sobie uwagi, nie narzekał, nie obwiniał Boga. Wręcz przeciwnie – uważał, że życie tu jest tylko przygotowaniem do życia tam. Mawiał: „Każdego dnia przygotowuj się na śmierć” – nie z lękiem, ale z nadzieją. Do końca był pogodny i gotowy na spotkanie z Panem. A jeszcze przed śmiercią nie chciał zbytnio zwracać na siebie uwagi, bo chorowała też wtedy jego babcia. Nikomu nie wspominał na początku, że źle się czuje, bo miał nadzieję, że to przejdzie za kilka dni. Z tego samego założenia widocznie wychodził lekarz przychodzący do babci, który nie wziął pod uwagę, że Pier może być w tak poważnym stanie. I opacznością było to, że jego matka zdecydowała się nie jechać na pogrzeb babci, dzięki czemu mogła spędzić z synem jego ostatnie chwile, gdy już było wiadomo, że niedługo odejdzie. 

fot. archiwum ptywatne Patrycji Przewoźnej

Patrząc na jego życie, można chyba dość łatwo go idealizować. Jak zatem dostrzec we Frassatim zwykłego chłopaka?

– To był bardzo ludzki błogosławiony, a za chwilę święty. Miał słabe oceny, problemy w szkole. Rodzina go nie rozumiała – wręcz uważali, że marnuje czas. Lubił się śmiać, spędzać czas ze znajomymi, palił fajkę. Nie był „zawieszony dwa metry nad ziemią”. Po prostu w tym wszystkim, co normalne i codzienne, zachował właściwe priorytety. Jego punktem odniesienia było zawsze to, by jak najlepiej służyć Bogu i ludziom. I to czyniło go wyjątkowym.

>>> Chrystus spłacił mój dług – dlatego ja pomagam innym [ROZMOWA]

Co dziś może nam dać jego przykład, zwłaszcza ta wczesna śmierć?

– To, że nikt nie wie, ile ma czasu. Możemy mieć 24 lata i umrzeć nagle. I co wtedy? Czy jestem gotowy? Czy nie zmarnowałem życia? Ile osób przyjdzie na mój pogrzeb? Co zostawię po sobie? On zostawił tłumy na pogrzebie i wspomnienie dobra, które czynił. Był inspiracją i jest nią dalej. Jego śmierć przypomina, że tu nie chodzi o długie życie, ale o życie pełne sensu. O to, czy zostawię ślad w sercach ludzi.

Dlaczego Ty jesteś tak blisko Frassatiego? 

– Jestem częścią Stowarzyszenia Accademia Frassati i działamy już prawie 10 lat. Nasza siedziba znajduje się w Poznaniu, ale członkowie pochodzą z różnych części Polski. Naszym celem jest promowanie jego postaci i duchowości. Chcemy inspirować młodych do życia „ku Górze”. Działamy głównie przez media społecznościowe, prowadzimy podkasty, spotkania. I tak – czasem naprawdę widzimy, jak ktoś przez Pier Giorgia Frassatiego odnajduje sens, nadzieję, może nawet drogę do Boga.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Gdyby nie Frassati, twoje życie dzisiaj wyglądałoby inaczej?

– Myślę, że tak. To nie chodzi tylko o to, że mam większą motywację do działania i inspirowania ludzi, by zbliżali się do Pana Boga. Accademia Frassati to grono przyjaciół, których dzięki niej spotkałam. No i… mogę to chyba śmiało powiedzieć – mąż, którego wymodliłam.

Naprawdę? Poznałaś męża dzięki Frassatiemu?

– Do duszpasterstwa akademickiego, w którym działam, przyjechały relikwie Frassatiego. Stałam przy nich i powiedziałam: „Skoro już tu jesteś, wiesz, że szukam męża. Daj mi kogoś, kto będzie mi pomagał w tym wszystkim i z kim będziemy mogli, jak ty, służyć wspólnie”. I kilka miesięcy później… pojawił się. Co ciekawe, miałam wtedy bardzo silne przekonanie, że ten człowiek już gdzieś tu jest. I naprawdę – chłopak, który wtedy dołączył do naszej grupy duszpasterskiej 25+, uczestniczył też w tamtym wydarzeniu, zorganizowanym z okazji przywiezienia relikwii do naszego sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Ja go wtedy dopiero poznałam, ale rok później… byliśmy już razem przy relikwiach Frassatiego w Turynie. A dwa lata później już zmieniłam nazwisko. To największa rewolucja, jaką Frassati zafundował w moim życiu.

Gdybyś mogła zostawić naszych czytelników z jedną ważną myślą – w kontekście Frassatiego albo jego przesłania – to co by to było?

– Myśl, która mi towarzyszy, to jego słowa: „Żyć, nie wegetować”. Bo życie jest za krótkie, żeby być byle jakim. Ale jest jeszcze coś. Coś bardzo ważnego dziś, w tych niespokojnych czasach. Frassati w swoich listach często pisał: „Życzę ci pokoju”. Ale nie byle jakiego, nie pokoju na świecie, a pokoju Pana. To zupełnie inny pokój niż ten, który daje świat. On – mimo trudności – potrafił ten pokój znaleźć w relacji z Bogiem. I tego właśnie chciałabym wszystkim życzyć: żebyśmy mieli z Panem taką relację, jaką Frassati zdążył wypracować w ciągu 24 lat swojego życia. Żebyśmy nosili w sobie pokój, który nie zależy od zewnętrznych okoliczności. Bo wtedy naprawdę możemy uczynić świat lepszym. I wierzę, że Frassati z góry nas w tym wspiera.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze