Fot. pexels.com

Niewyobrażalna pomyłka przy in vitro. Dramat dwóch rodzin

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Nie jest to tekst o samej metodzie zapłodnienia in vitro, o tym, jak wygląda, o jej skuteczności, o dylematach moralnych z nią związanych. Choć ten ostatni aspekt po części dotkniemy.  

 

To dramatyczna historia ze Stanów Zjednoczonych, ale jest w niej pewien aspekt szczęścia. Szczęściem jest dziecko, bo ono zawsze jest szczęściem, czego oczywiście nie podważają także ci, którzy zgłaszają daleko idące wątpliwości i zastrzeżenia wobec metody in vitro. W tym przypadku to nawet podwójne szczęście, bo mówimy o bliźniakach. Szczęściem jest ich życie, a dramatem to, co stało się wokół ich narodzin.  

Fot. pixabay.com

Pomyłka, która rani wielu  

Są narodziny, powinna więc być i szczęśliwa rodzina, której oczkiem w głowie są te maleństwa. Zamiast radości i otaczania niemowlaków najlepszą opieką rodziców jest stres, wzajemne oskarżenia, jest też sprawa w sądzie. To dlatego, że z dużym prawdopodobieństwem doszło do poważnej pomyłki, której ofiarą są dwie rodziny. Ofiarą są także te – na razie niczego nieświadome – niemowlaki. O dzieci – w ramach procedury in vitro – starała się para pochodząca z Azji. Jednak po narodzinach nie myślała o wdzięczności wobec kliniki, ale złożyła przeciw niej pozew w sądzie. Lekarze są oskarżeni o to, że w czasie zabiegu zaimplementowali kobiecie niewłaściwe embriony. Para spodziewała się bliźniaczek, a kobieta urodziła dwóch chłopców. Na początku 2018 r. lekarzom udało się doprowadzić do powstania pięciu zarodków (cztery z nich były zarodkami żeńskimi). Skuteczna okazała się druga próba przeniesienia zarodków do macicy kobiety. Na świat miały przyjść bliźniaki – chłopiec i dziewczynka. Kobieta urodziła jednak dwóch chłopców. Przeprowadzone badania genetyczne wykazały, że nie są to dzieci Y. Z. i A. P. Para musiała oddać dzieci.  

W całej sprawie ogromne koszty dotyczą zarówno spraw stricte finansowych, ale przede wszystkim tych emocjonalnych, psychicznych. Para wydała ponad 100 tysięcy dolarów na całą procedurę, teraz jednak płaci zdrowiem (szczególnie psychicznym) za tragiczną pomyłkę. Kiedy w marcu urodziły się dzieci, rodzice przeżyli szok, bo żadne z nich nie wyglądało na Azjatę. Badania genetyczne wykazały, że chłopcy byli biologicznymi dziećmi dwóch innych par. Sąd zdecydował o oddaniu chłopców biologicznym rodzicom. Tymczasem para z Azji nadal nie wie, gdzie są ich embriony, które miały zostać zaimplementowane. Może zostały zamrożone? Może są już zaczątkiem życia w łonie innej kobiety? Całej sytuacji nie pomaga fakt, że zarzuty nie dotyczą tragicznej, ale jednak „tylko” pomyłki. Rodzice skarżą klinikę o to, że ten błąd próbowała przed nimi zataić. 

Fot. pexels.com

Pragnienie dziecka  

Klinika (CHA Fertility Clinic) nie chce komentować sprawy, za to na swojej stronie internetowej chwali się, że „spełniła marzenia dziesiątek tysięcy osób pragnących zostać rodzicami” w ponad 22 krajach. Przyznać trzeba, że po pierwsze w tej sytuacji brzmi to jak czarny humor, z drugiej – przy czymś tak unikatowym i niesamowicie indywidualnym jak narodziny dziecka – podawanie tak masowych danych i chwalenie się niejako „produkcją” potomstwa może budzić niesmak. Prawnik pary podkreśla, że jego klienci „doznali traumatycznych strat emocjonalnych i finansowych”. Ekspert Jake Anderson podkreśla, że błąd człowieka nie jest rzadkością w placówkach leczenia niepłodności.  

Cała sytuacja pewnie nie zmieni diametralnie poglądów zwolenników czy przeciwników metody in vitro. Warto jednak, by wszyscy (bezwzględnie wszyscy), a szczególnie przyszli rodzice, lekarze, eksperci przypomnieli sobie, przy jak delikatnej i ważnej sprawie pracują. Pracują z życiem na jego pierwszym etapie. Potrzeba przy tym jak najbardziej precyzyjnych ruchów, wręcz chirurgicznych. I nie sposób nie przypomnieć sobie daleko idącej ostrożność Kościoła katolickiego w tej sprawie. Katolicy uważają, że tylko Bóg może być dawcą życia, a człowiek nie powinien wkraczać w jego kompetencje. Ingerencja człowieka w to, co boskie, może skończyć się różnie. 

Fot. pixabay.com

Cel i środki, które do niego prowadzą 

Krytyka metody in vitro ze strony Kościoła dotyczy po pierwsze jej podstawowej filozofii. In vitro jest bowiem techniką reprodukcyjną ‒ odnosi się zatem do „produkcji człowieka”, a istota ludzka pojawia się na swoiste „zamówienie” dwóch osób. Przedstawiciele Kościoła wielokrotnie zwracają uwagę na to, że in vitro narusza godność wszystkich uczestników procedury: małżonków, tworzonego lub zamrożonego zarodka oraz medyków. Kościół nie podważa oczywiście godności narodzonego już dziecka poczętego tą metodą. Po drugie – katoliccy bioetycy podkreślają istotny fakt, że implementacji podlegają niekiedy jeden, dwa zarodki, a inne, niestety, zostają niszczone. Jeśli są mrożone, to niekiedy w takim stanie spędzają kolejne lata. Nie trzeba być naukowcem, by wiedzieć, że im dłuższy czas zamrożenia, tym więcej wątpliwości na temat ich stanu. 

Metoda więc nawet jeśli ma na celu intencję powołania do istnienia nowej ludzkiej istoty – otwiera pole do dyskusji natury moralnej. Należy rozumieć intencje ludzi starających się o dziecko, ale jednocześnie nie wolno uciekać od następującego rozróżnienia. Posiadanie dziecka to według milionów ludzi na świecie jedna z najpiękniejszych rzeczy, które mogą się człowiekowi przydarzyć. Powinniśmy mieć jednak z tyłu głowy pytanie – czy każda naukowa i techniczna możliwość powinna skłaniać nas do jej wykorzystania, by zdobyć to, na czym nam zależy? Bo nie wszystko co jest możliwe, jest dobre. Nawet jeśli celem tych działań jest coś tak pięknego, jak nowe życie.  

Fot. pixabay.com

 

Zobacz także
Wasze komentarze