fot. pixabay.com

Brat Miotła [RECENZJA]

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Magda Kwit, br. Bogdan Pławecki 

Święty nie tej ziemi. Opowiadanie o Martinie de Porres 

Bratni Zew 2019

W grudniu 1579 r. w Limie, stolicy Peru, przyszedł na świat ciemnoskóry i ciemnooki chłopiec, Martin de Porres. We wczesnym dzieciństwie towarzyszył ojcu w jego podróżach służbowych. Dzięki temu nabrał ogłady i mógł zakosztować edukacji. Jednak najdłużej chodził do przyklasztornej szkoły prowadzonej przez dominikanów niedaleko jego rodzinnego domu w Limie. Nieszczególnie przykładał się do arytmetyki czy rachunków, natomiast bardzo chętnie włóczył się z kolegami po okolicy. Miał pewną umiejętność, która przydawała się kolegom i dzięki której zdobył sobie wśród nich posłuch i prestiż: znał właściwości lecznicze rosnących w okolicy roślin i ziół i umiejętnie je stosował. W wieku 12 lat zatrudnił się jako pomocnik u miejscowego balwierza – kogoś pomiędzy fryzjerem, felczerem, dentystą i aptekarzem. Tam zdobył wiele nowych umiejętności, a poza tym zarabiał na opłacenie szkoły dla siostry. Wkrótce lokalna sława młodego uzdrowiciela stała się na tyle głośna, że zainteresował się nim pewien dominikanin. To po rozeznaniu i rozmowach z o. Juanem Martin zdecydował się wstąpić do klasztoru. Jednak ze względu na kolor skóry nie mógł zostać wyświęcony na kapłana. Mógł być jedynie bratem i wykonywać w klasztorze pomocnicze prace. Takie to były czasy. Decyzja ta również nie spodobała się jego ojcu, który uważał, że skoro on jest merem miasta, to jego syn powinien zostać co najmniej przełożonym.

Dalsze losy pokornego brata posiadającego niezwykłe umiejętności zostały opisane w formie opowieści dla dzieci przekazanych w szkolnej klasie. Umiejętnie, bez ferowania wyroków i osądów, przedstawiono panujące w XVI wieku, a także później przekonania dotyczące wpływu pochodzenia i koloru skóry na możliwości i koleje życia poszczególnych osób. Postać Martina de Torres burzy schematy dotyczące edukacji, umiejętności i możliwości osób o różnym pochodzeniu. Jednak przede wszystkim jest to opowieść o człowieku, który nie bał się miotły, ale jednocześnie zza tej miotły potrafił jak nikt inny służyć ubogim, spośród których wyszedł. Był mistrzem pokory, której nie należy mylić z poddawaniem się upokorzeniu, choć niektórzy mieli takie zapędy. Martin de Torres to dobry przykład skromności: nawet gdy ma objawienia, skrupulatnie opowiada o nich przełożonym i wcale nie uważa się za wybrańca. Z pokorą przyjmuje również fakt, że mimo iż pomógł w życiu wielu chorym, na własną chorobę i cierpienie niewiele umiał poradzić. Na jego beatyfikację trzeba było czekać ponad dwieście lat, na kanonizację jeszcze dłużej. Tyle czasu zabrało wykorzenienie z ludzkiej mentalności uprzedzeń rasowych, które odcisnęły bardzo mocne piętno na jego życiu. 

Zobacz także
Wasze komentarze