fot. mat. prasowe

Gdy syn umiera w objęciach ojca

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Każdy ojciec, każda matka dba o swoje dziecko. Zamartwia się o nawet najmniejsze sprawy, chce chronić swoje dziecko przed każdym niebezpieczeństwem. A co może zrobić ojciec dziecka (w tej roli Steve Carell), gdy widzi, że jego syn (tu – aktor z wielkim potencjałem, o którym jeszcze nie raz usłyszymy – Timothee Chalamet) popada w nałóg? I to nałóg tak silny jak narkotyki? Robi wszystko, co w jego mocy. Tylko czy w ludzkiej mocy jest wygrać z tak diabelską siłą?

Zdjęcie: kadr z filmu „Mój piękny syn”, fot. mat. prasowe

„Mój piękny syn” to film o umieraniu. I towarzyszeniu śmierci. I to o jednym z najtrudniejszych sposobów umierania i jednym z najtrudniejszych sposobów towarzyszenia. To dlatego, że na oczach rodziców umiera ich dziecko. „Mój piękny syn” to amerykańska produkcja w reżyserii Felixa van Groeningena. Polską premierę będzie mieć w styczniu, my byliśmy już na przedpremierowej projekcji. Ten film boli, fizycznie. Gdy widzimy kolejną igłę wstrzykiwaną w tę samą rękę. Gdy widzimy ból ojca i rozpacz matki, którzy siłują się – nie bójmy się tego określenia – z diabelską siłą i złem w czystej postaci. Gdy ojciec kolejny raz szuka syna albo odbiera telefon ze szpitala. 

 

„– To nie rak, to nie choroba. To mój wybór. 

–To choroba. Naćpany nie masz wyboru, naćpany tracisz wszystko”. (fragment filmu)  

Przedawkowania są główną przyczyną śmierci Amerykanów poniżej 50. roku życia. Prawda, że brzmi strasznie? Statystyki to zwykle suche liczby i nic nie mówiące generalne fakty. Tu jednak widać wyraźnie, jak straszne spustoszenie one sieją. Ile ludzkich istnień by się uratowało, ilu dramatów można było uniknąć, gdyby nie ten biały proszek czy ta różowa tabletka. Film dobitnie pokazuje, że narkotyki to nie tylko śmierć dla tego, który je bierze. To też (a nie wiem, czy nie przede wszystkim) trauma, ból i cierpienie dla rodziny, bliskich i znajomych uzależnionego. Narkotyki zabijają nie tylko ciało, ale przede wszystkim duszę.  

Zdjęcie: David Sheff, w tej roli Steve Carell.

Najgorszy w tym procesie jest moment, gdy człowiek, który kocha drugiego człowieka (w tym przypadku ojciec, który kocha syna) zdaje sobie sprawę, że nie może już pomóc. „Nie mogę mu pomóc. Nie da się” – mówi ojciec do matki „pięknego syna”. „YOU CAN’T”. Ta bezsilność to bardzo trudne uczucie. Mówi się przecież, że rodzice nie powinni widzieć, jak umierają ich dzieci. Niestety tak się zdarza. Najokrutniejsza śmierć dziecka to chyba właśnie taka, która jest rozłożona w czasie. I ta, za którą próbuje się komuś przypisać winę. A tak się dzieje w przypadku uzależnienia. Ktoś musi być winny – albo rodzice źle wychowali dziecko, albo syn źle wykorzystał to, co dla niego zrobili.

To jednak zgubne myślenie, bo często ani nie jest oparte na faktach, ani nie prowadzi do dobrego rozwiązania. Uzależniony próbuje zrzucić winę na innych, generalnie na świat, albo odwrotnie – twierdzi, że to jest jego świadomy wybór. Narkotyki to droga, którą wybrał i im dalej, tym trudniej z niej zawrócić i zmienić zdanie. „To mój wybór” – mówi główny bohater. Sęk w tym, że uzależnienie to choroba, a nie jego wybór. Wybór mógł być jedynie przy pierwszym zastrzyku, bo niestety już pierwszy może uzależnić. 

 

„Dzięki narkotykom łatwiej jest znosić głupią codzienność”. (Nic o swoim uzależnieniu)  

 

Postawa ojca (David Scheff) jest momentami wręcz niesamowita. David jest ostoją spokoju, zawsze z otwartą ręką do syna, nigdy nie traci do niego szacunku. Nawet w momencie, gdy jego syn (Nic Scheff) włamuje się do jego własnego domu, by zdobyć środki na narkotyki. Dochodzi do tego, że po kolejnej nocy na haju syn prosi ojca już nie o przebaczenie, ale o to, „by go nie znienawidził”. Trudno na tym filmie nie uronić łzy.  

 

„Za daleko, by wracać”. (Nic o swoim uzależnieniu)  

 

Uzależnienie, co dobrze widać w tym filmie, jest boleśnie przewidywalne. Wszystkich, którzy biorą, sprowadza do jednego schematu, uprzedmiotawia. Nieważne, czy bierze student, czy naukowiec, czy artysta, czy pracownik biurowy czy lekarz – wszyscy kończą tak samo. Podają te same argumenty, wchodzą w ten sam, okropny cykl. 

Zdjęcie: Nic Sheff i jego matka, fot. mat. prasowe

To film ciemny, szary, brudny, przez zło, które pokazuje, przez cierpienie, które widzowie sami mogą wręcz odczuć na swojej skórze. Jednocześnie to film piękny i jasny, bo pokazuje, jak wielka i silna jest miłość i jak piękna może być relacja ojca z synem. Pięknego ojca z pięknym synem. „Mój piękny syn” od 4 stycznia na ekranach polskich kin.

Zobacz także
Wasze komentarze