„Persona”, czyli twarze i maski

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Lubisz to uczucie, kiedy kończysz oglądać film i… nie wiesz, co myśleć? Jeśli tak, to mam dla ciebie propozycję.

Kilka dni temu obejrzałem „Personę” Ingmara Bergmana. Od razu zaznaczam, że nie będzie to jednak recenzja ani analiza. Film został nakręcony ponad pięćdziesiąt lat temu, więc streszczeń i prób interpretacji dzieła w Internecie można znaleźć mnóstwo. Napiszę o swoich odczuciach, a mam ich sporo i są ambiwalentne. Film opowiada o kobiecie, aktorce, która podczas przedstawienia teatralnego nagle zamilkła. Okazało się, że afazja jest wyrazem buntu wobec otaczającego ją świata. Dzieło Bergmana jest proste, wręcz ascetyczne w formie, pod względem treści zawiera natomiast wiele wątków, które – jak się wydaje – można odkrywać w nieskończoność.

Reżyser, poprzez bohaterki swojego obrazu, dotyka tematów uniwersalnych i oglądając produkcję pół wieku od premiery nie ma się wrażenia, żeby cokolwiek się zdezaktualizowało. Macierzyństwo, aborcja, błędy młodości, seksualność, różne mechanizmy ucieczki przed światem to kwestie, które Bergman otwiera jak furtki. Nie ma jednak najmniejszego zamiaru ich oceniać, podsumowywać czy proponować rozwiązań. Widz jest jakby pozostawiony z emocjami bohaterek – sam musi wyciągać wnioski, interpretować i domyślać się, czy to, co dzieje się na ekranie, jest rzeczywistością, czy może tylko iluzją wytworzoną przez umysły postaci.

Kadr z filmu

Lubię takie kino. To odskocznia od mniej lub bardziej udanych produkcji, które proponują widzom prostą fabułę i właściwie nie pozostawiają możliwości własnego rozumienia ekranizacji, bo reżyser wszystko podaje na tacy. Film Bergmana jest jak stara, nieco podniszczona czarno-biała fotografia, której trzeba się dokładnie przyjrzeć, aby rozszyfrować, jakie postaci się na niej znajdują i co takiego robią. Nic nie jest tutaj wyraźnie zarysowane. Szwedzki reżyser dokłada wszelkich starań, aby widz do końca nie miał pewności, jak odczytywać zachowania bohaterek.

Nie bez znaczenia w filmie jest motyw teatru. Aktorka, która milknie na scenie pod wpływem głębokich wewnętrznych przeżyć, decyduje się odrzucić granie zarówno na scenie, jak i w życiu. Nie chce udawać, przybierać póz, wkładać masek. Rezygnując z mowy i gestów, pozbawia się podstaw warsztatu, jakichkolwiek środków ekspresji i komunikacji. To ucieczka i jednocześnie pułapka, bo wychodząc z wszelkich ról, stworzyła nową, tyle że dla jej otoczenia jeszcze trudniejszą do zrozumienia.

Czasem mam wrażenie, że obejrzenie tego typu filmu jest zaledwie początkiem pewnego procesu. Reszta dzieje się w głowie widza, który pewnie nie raz na długie tygodnie pozostaje z filmowymi obrazami w głowie i szuka różnych dróg interpretacji. Przy okazji odkrywa samego siebie, bo to, co dzieje się na ekranie, zawsze jest mniej lub bardziej cząstką naszego własnego życia.

„Persona”, czyli twarze i maski
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze