Dzisiaj, 26 października mija 1095 dni mojej posługi misyjnej. Nadal dokładnie pamiętam moment wyjścia z samolotu na lotnisku w Holguin.  

Na największą wyspę Karaibów leciałem z Oslo, gdzie widziałem padający śnieg, przesiadkę miałem w Toronto, gdzie było tylko 6 stopni, a już cztery godziny później zderzyłem się ze ścianą gorąca i wilgoci. Jeszcze nigdy w życiu tak szybko się nie spociłem jak wtedy właśnie. Dzisiaj, dla przykładu, o siódmej rano było 31 stopni przy wilgotności 86 procent – łatwiej było, gdy nie miałem jak tego mierzyć. 

Trzy lata to dużo? Mało? Sam nie wiem, jak to ocenić, ale byłem w tym czasie świadkiem kilku ważnych wydarzeń w życiu Kościoła i Kuby. Najważniejszym dla mnie była wizyta, a właściwie dwie: papieża Franciszka jesienią 2015 r. (byłem na Mszy św. w El Cobre) oraz kilka miesięcy później, gdy na lotnisku w Hawanie spotkał się z Patriarchą Cyrylem. Historyczny przyjazd prezydenta USA, Baracka Obamy, który tchnął trochę nadziei na zmianę oraz śmierć Fidela Castro, gdy cały kraj wstrzymał oddech i niemal dosłownie zamarł w głębokiej ciszy. I… ostatecznie nic się nie zmieniło w życiu przeciętnego Kubańczyka. Chyba że policzymy powstające płatne strefy wi-fi (1,5 euro za godzinę połączenia przy średnich zarobkach 15-20 euro miesięcznie).  Inne wydarzenia to przyjazd nowego nuncjusza apostolskiego na Kubę czy święcenia biskupie w diecezji Ciego de Ávila mons: Juana Garbriela Díaz Ruiz, pierwsze w kraju po 10 latach. Widziałem też wielką mobilizację ludzi śpieszących z pomocą po przejściu huraganów Matthew i Irma. 

A w parafii? W tym czasie dla jednej ze wspólnot parafialnych kupiliśmy dom, który po drobnych zmianach dziś służy jako kaplica i miejsce katechizacji (wcześniej mieliśmy wiatę krytą liśćmi palmowymi). Największym wyzwaniem logistycznym i finansowym było zorganizowanie wyjazdu młodzieży na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w lipcu 2016 r. Niesamowite było widzieć, jak wielu ludzi, często zupełnie anonimowych, jednoczy się wokół jednego celu: umożliwić moim parafianom przyjazd do Polski na spotkanie z młodzieżą z całego świata i Papieżem. Wciąż wspominamy tamte dni i odwołujemy się do doświadczeń wtedy zdobytych, a teraz odżyły one jeszcze mocniej przez nawiedzenie krzyża i ikony Matki Bożej w ramach przygotowania do ŚDM w Panamie. Obecnie w parafii ze sporymi trudnościami realizujemy „Projekt Studnia”. Wykopanie studni wraz z całą instalacją hydrauliczną i elektryczną, adaptacja przykościelnego patio, salka komputerowa, remont kuchni Caritas i salki katechetycznej bardzo powoli idzie do przodu, ponieważ po ostatnim huraganie większość materiałów budowlanych przeznaczono na odbudowę… hoteli w regionach największych zniszczeń.  

Katecheza we wspólnocie w Victorino 2015

Duchowo najbardziej mnie cieszy to, że kilka małżeństw rozpoczęło przygotowanie do chrztu. To sytuacja bardzo wyjątkowa. Zwykle mężczyźni szerokim łukiem omijają Kościół (w Wielki Czwartek mam problem, by znaleźć dwunastu do obrzędu obmycia nóg), a w tym przypadku te pary ochrzciły swoje dzieci, a teraz chcą sam stać się chrześcijanami, a w dalszej perspektywie zawrzeć sakramentalne małżeństwo – co jest już zupełnym „kosmosem” na Kubie. Powoli, powoli kontynuujemy formację nowych katechetów i katechistów. Wciąż ich brakuje, ale niektóre „dziury” są już załatane. W parafii funkcjonuje grupa biblijna i Bożego Miłosierdzia, jest pięciu ministrantów. Nieprzerwanie modlimy się za dwóch naszych kleryków: Vicent jest u salezjanów, a Yordenis u kapucynów. Ważne są też wspólne inicjatywy, które podejmujemy razem z protestantami. Na terenie parafii istnieje 11 odrębnych wspólnot protestanckich i każda z nich ma swojego pastora. Jako katolicy jesteśmy w zdecydowanej mniejszości – chociaż powolutku nas przybywa… Wspólne świętowanie Bożego Narodzenia czy Wielkanocy to zupełne nowa sprawa w mieście. Wiele rzeczy w parafii robimy po raz pierwszy, bo chociaż kościół pw. Św. Józefa istnieje już ponad 250 lat (fundacja w 1765 r.), to jestem pierwszym księdzem, który mieszka na miejscu. 

Cieszy mnie również to, że przybywa na Wyspie nas, Polaków. Trzy lata temu było pięciu księży i dwie siostry zakonne, a dziś jest 16 kapłanów i pięć sióstr. Większość to księża diecezjalni, ale jest też werbista, klaretyn i dwóch pallotynów, a siostry ze zgromadzeń: Matki Bożej Miłosierdzia (te od s. Faustyny), klaretynka oraz salezjanki. Ostatnio odwiedziły nas też siostry Wspomożycielki Dusz Czyśćcowych, które poważnie myślą o rozpoczęciu misji na Kubie, a dokładniej w naszej diecezji, w sąsiedniej parafii. Jeśli fundacja doszłaby do skutku, to w naszym zakątku Wyspy bylibyśmy w zdecydowanej przewadze. Dziś jest tu czterech księży i jedna siostra, a gdy przyjadą trzy kolejne siostry, to pewnie biskup będzie musiał zacząć uczyć się polskiego. Regularnie organizujemy w naszej diecezji „spotkania polskie”, a w styczniu planujemy pierwsze ogólnokubańskie… 

Polacy w diecezji Bayamo-Manzanillo 2017

Oczywiście nie brakuje też rzeczy „do ruszenia” – mam tego świadomość – ale nie wszystko da się zrobić od razu, zwłaszcza że na terenie parafii mieszka ponad 38 tys. osób, a katolicy gromadzą się w ośmiu miejscach: dwóch kościołach, czterech kaplicach i w dwóch domach prywatnych. Do najdalszego punktu mam ponad 20 km samochodem, a później jeszcze kawałek pieszo. Oj, tak, przydałby się ktoś do pomocy! 

Gdy mam taki dzień, gdy czuję się trochę przytłoczony ilością i skalą potrzeb, tych duchowych i tych materialnych, to pocieszam się wtedy myślą, że ostatecznie to Pan Bóg jest tutaj Szefem i to On dogląda wszystkiego i inspiruje każde działanie. To Bóg porusza serca! A niekiedy, nie wiedzieć dlaczego, pozostawia je zamknięte. 

Parafienie z Guisa 2015 rok

Te trzy lata chyba bardziej jednak zmieniły mnie samego. Konieczność ciągłej współpracy ze świeckimi, a niekiedy wręcz bycia zależnym od nich, ciągłe obracanie się we wciąż nie do końca poznanym środowisku i języku, wyzwania stawiane przez codzienność w systemie komunistycznym oraz sporo jednak czasu na modlitwę, lekturę i życie w samotności (bez częstych kontaktów z rodziną, dawnymi przyjaciółmi, „normalności” ekonomicznej, bez „atrakcji” kulturalnych np. wyjścia do kina czy teatru)… zmienia. Może lepiej powiedzieć, zmienia perspektywę, zmienia oczekiwania, możliwości, a w konsekwencji okazuje się, że to co dawniej wydawało się bardzo ważne, teraz nie jest w ogóle potrzebne, a ludzkie „podpórki i zabezpieczenia” odpadają i trzeba po prostu zaufać Bożej opatrzności. I, co najważniejsze, to działa! Pan Bóg jest naprawdę wielki i jest Panem czasu, życia i codziennych wydarzeń! I chwała Panu! 

Dziękuję bardzo wszystkim, który przez swoją modlitwę, ofiarowane cierpienia, dary finansowe czy jakikolwiek inny sposób mnie wspierają. Przyjaciołom misji, tym, którzy podjęli Adopcję Misjonarza lub modlą się w Margaretce oraz wielu anonimowym odwdzięczam się moją codzienną modlitwą w Waszej intencji. Bóg zapłać!

Galeria (19 zdjęć)
Trzy lata na Kubie  
6 (100%) 3 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze
  • Z przyjemnością przeczytałem-świetny blog!