Pomyśl przez chwilę, jakie tak naprawdę masz problemy. Co na co dzień cię niepokoi? Korki w drodze do pracy? Brak czasu na odpoczynek? Dylematy podczas zakupów?  

Mam kontakt z wieloma osobami z zagranicy, wcale nie z tych najbogatszych krajów, i gdy tak sobie z nimi czasem dłużej porozmawiam, zaczynam czuć wstyd. Bo oto słyszę o skrajnej biedzie, w której niektórzy z nich żyją zadłużeni od zawsze (i wszystko wskazuje na to, że już na zawsze). Albo o zamieszkach na ulicach, ekstremalnej inflacji zmieniającej się z dnia na dzień. A z czym my, Europejczycy i Polacy borykamy się w naszej codzienności?  

Delikatnie wahające się ceny paliw, bezglutenowe mody, ganianie za najnowszymi modelami smartfonów i innych wynalazków. Bardziej się opłaca wyjechać nad polskie morze czy zainwestować w wyjazd zagraniczny, gdzie pogoda będzie zapewniona? Kupić dany produkt gorszej jakości, bo jest dość pilnie potrzebny, czy zaczekać i wybrać lepszy model, który będzie służył nam przez lata? 

Nie chodzi mi o to, by wyśmiewać tego typu problemy. Kraje i kontynenty różnią się między sobą stopniem rozwoju, a więc niepokoje i kwestie problematyczne ich mieszkańców nie są takie same. Zależy mi raczej na tym, by wskazać, że sprawiamy wrażenie wiecznie niezaspokojonych. Nie jest tragicznie, to stwórzmy sobie jakiś problem. Rozwiązaliśmy go, to chociaż ponarzekajmy na naszą sytuację. Polepszyła się, to porównajmy się z sąsiadem, któremu wiedzie się lepiej. I tak bez końca. 

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że mieszkańcy państw dotkniętych rzeczywiście poważnymi problemami, gdzie życie ludzkie jest słabo chronione albo dość niestabilne, łatwiej potrafią wzbudzić w sobie radość, i to z drobnych rzeczy. Ta prawidłowość jest dość znana i przekłada się też na przykład na dzielenie się z drugim. Im ktoś ma mniej, tym łatwiej mu się podzielić. Jestem prawie pewna, że tajemnicą tej postawy jest brak lub minimalne przywiązanie do tego, co materialne czy w ogóle do życia w ciele. Perspektywa tamtych ludzi jest o wiele szersza, mają też pod tym względem mniej pokus. Co nie znaczy, że i my nie możemy wykrzesać z siebie takiej postawy. 

Niemożliwe, byśmy teraz nagle przestali się spieszyć, bo okoliczności są takie a nie inne. Byśmy nie stresowali się pracą, bo ludzie dokoła tak czy inaczej wywierają presję. Najlepszą odpowiedzią na to wszystko, może na pierwszy rzut oka w ogóle nie mającą związku, jest dziękowanie. To może być niezłe ćwiczenie dystansu do siebie. Utknąłeś w korku? Dzięki Ci, Panie! Żona nie pozmywała naczyń, a mąż nie wyniósł śmieci? Dzięki Ci, Panie! Zaspałeś? Dzięki Ci, Panie! Bo oto dałeś mi takie okoliczności, by moja postawa się zmieniła. Zrobiłem to za kogoś, z cierpliwością zapytałem, dlaczego nie udało się posprzątać, upokorzyłem się, przychodząc spóźnionym.  

W życiu wszystko może być dla nas lekcją. Czy jednak mamy chęć i otwartość na to, by się uczyć? To wymaga pokory i właśnie dystansu do siebie zamiast popadania w schematy albo robienia z siebie męczennika własnych błędów. Tak samo jak Bóg zawsze oczekuje od nas tylko naszego TAK na to, by On zaczął działać, tak my najlepsze, co możemy zrobić wobec nas samych, to chcieć chcieć. Nie, nie pomyliłam się. Chciej chcieć, bo inaczej staniesz się zgorzkniały, pretensjonalny i roszczeniowy. 

Boże, jakie my mamy spokojne życie… 
4.5 (75%) 2 ocen.


Tagi

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.