O rodzinnym Bożym Narodzeniu na Śląsku, uświęcaniu szwagra i oblackim sposobie na trzeźwość w Nowy Rok z bp. Eugeniuszem Juretzko OMI, emerytowanym ordynariuszem diecezji Yokadouma w Kamerunie, rozmawia Kinga Baszczuk.

Kinga Baszczuk: Ojcze, ponoć miał Ojciec wyjechać do Brazylii, a nie do Kamerunu.

O bp Eugeniusz Juretzko OMI
:
Nie do końca. Najpierw w kółku misyjnym w naszym seminarium duchownym przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Rosji. Szefem tego koła był o. Józef Kamiński OMI. Mieliśmy być gotowi do wyjazdu zaraz po otwarciu granicy. Szlifowaliśmy język, uczyliśmy się zwyczajów rosyjskich. Może nie wszystkich, bo w seminarium nie wolno przecież pić alkoholu. Potem, gdy przyszła informacja, że jest możliwość wyjazdu na misje do Brazylii, zgłosiło się od razu dziesięciu księży oblatów.

Ale w międzyczasie, w 1967 r., do Polski przyjechał biskup Yves Plumey OMI z Kamerunu.
Tak. Byłem wówczas już trzeci rok wikariuszem w parafii w Obrze. Prowadziłem scholę dziecięcą na sto osób. Ona zastępowała wszystkie inne grupy parafialne, gdyż ówczesny urząd bezpieczeństwa pozwalał jedynie na prowadzenie chórów. Tam odbywała się formacja: modlitwa, czytanie Pisma Świętego, spowiedź. Tak sobie z tym radziłem.

Jak pamięta Ojciec spotkanie z bp. Plumeyem?
Przyszedł do nas i powiedział: jak to, wy chcecie jechać do Brazylii, a ja potrzebuję oblatów na misje w Kamerunie. Powiedział też, że Francja jest niezdolna do wysyłania misjonarzy. Nie ma w niej powołań i że liczy na nas.
O. Józef Kamiński OMI, ówczesny Prowincjał, spytał nas, kto chce jechać do Kamerunu. Wiedziałem, że mam powołanie misyjne, ale nawet nie wiedziałem, gdzie ten Kamerun jest. Prosiłem o. Jana Geneję OMI o pomoc. On w bibliotece poszukał informacji, gdzie leży i co to za państwo. I gdy za dwa dni Prowincjał zadzwonił i zapytał, czy podtrzymuję swoją decyzję, to mu powiedziałem, że sporo o tym Kamerunie już wiem. Po to wstąpiłem do zgromadzenia, aby być misjonarzem.

To od razu Ojciec wyrobił paszport i…
Nie, nie, to nie było takie łatwe. Jak jeszcze o. Plumey OMI był w Polsce, musiał pojechać do Warszawy do Urzędu ds. Wyznań i prosić ich o zgodę na nasz wyjazd. Urzędnik był bardzo zadowolony, że tak wielki hierarcha prosi go o zgodę i nasza czwórka mogła wypłynąć w trzytygodniową podróż do Kamerunu. Kiedyś się pływało, dziś są samoloty.

Pamięta Ojciec swoje domowe, śląskie Boże Narodzenia w Rojcy-Radzionkowie?

Pamiętam szczególnie rodzinną, śląska atmosferę. Nie były to bogate święta, bo Polska powojenna była biedna. Były za to bardzo wesołe. Mieszkaliśmy w dużym domu rodzinnym z kuzynostwem. Wszyscy śpiewaliśmy kolędy, prawie wszyscy na czymś graliśmy. Moja babcia znała mnóstwo kolęd i nas wszystkich uczyła śpiewać. Wszyscy wcześniej dekorowaliśmy choinkę, sami robiliśmy ozdoby. Po wieczerzy wyganiano nas, dzieci, do dużego pokoju. Potem przy graniu i śpiewaniu (jeden grał na gitarze, inny na skrzypcach, jeszcze inny na akordeonie): „Pójdźmy wszyscy do stajenki…” szliśmy pod choinkę, gdzie Dzieciątko pozostawiało dla nas prezenty. Oczywiście im byliśmy starsi, tym bardziej wiedzieliśmy, że podkładali je rodzice.

Jak liczna jest Ojca rodzina?
Jest nas czworo rodzeństwa. Najstarsza jest Ritta, potem ja, Eugeniusz, brat Paweł i najmłodsza Barbara, której trochę zastępowałem ojca, bo szybko zmarł. Musiałem pomagać w jej wychowaniu. To święta kobieta, razem ze szwagrem Jerzym dbają o mnie szczególnie. Barbara zorganizowała kobiety, które modlą się za moich księży z diecezji. Szerzy kult Bożego Miłosierdzia. A szwagier musi być przy niej święty, nie ma wyboru (śmiech).

Potem na Pasterkę…
Ale 40 minut wcześniej, bo inaczej byśmy nie weszli do kościoła. Przed Pasterką rozpoczynały się nieszpory.

Pewnie Ojciec był ministrantem?
Właśnie, że nie. Gdy zobaczyłem zachowanie tych ministrantów, to nie chciałem nim być. Zachowywali się strasznie: śmiali się, dokazywali, czasem bili. Ja byłem za spokojny. Nie nadawałem się do nich. Ta decyzja, że nie byłem ministrantem i że po pierwszym spotkaniu nie chciałem zostać wśród nich, tak poruszyła mojego proboszcza, że wezwał Mamę na rozmowę. To nie znaczy, że nie byłem pobożny. Chodziłem każdego dnia do kościoła na Mszę św. To w kościele, podczas nabożeństw, nauczyłem się czytać, literując zawartość książeczki do nabożeństwa.

W Kamerunie tęsknił Ojciec za rodzinnymi, śląskimi świętami?
Musze przyznać, że tak. Na początku mocniej, a potem słabiej. Byliśmy bardzo zżyci i rodzinni. Może dlatego?

A jak wyglądają święta w Kamerunie?
Ludzie w Kamerunie przychodzą na święta w pielgrzymkach. Potem zostają całą noc, aby czuwać do porannej Mszy św. Po niej rozchodzą się do domu. To czuwanie ma radosny charakter, bo część odbywa się przed kościołem przy ogniskach. Stają tam, grzeją się przy ogniu, dzielą się jedzeniem.

Można było zawieźć tam jakieś polskie tradycje?
My, polscy misjonarze oblaci, po kilku dniach spotykaliśmy się na wieczerzy w Figuil, takiej jak w domu rodzinnym. Z czasem pojawiły się też siostry. Zmarły o. Walenty Zapłata OMI, dobry człowiek, przysyłał nam zawsze opłatki i drobne upominki w skrzyniach. Rozpoczynaliśmy pacierzami, a potrawy były najbardziej podobne do tych polskich. Kameruńczyków musieliśmy nauczyć świętowania Bożego Narodzenia. Nasi poprzednicy nie zawsze uczyli miejscowych śpiewania kolęd. Nie ma, najczęściej, tradycji dawania prezentów, dzielenia się opłatkiem. Najwięcej radości mają dzieci. One zbierają się w grupy, śpiewają kolędy, chodzą od drzwi do drzwi i dostają w zamian cukierki, zeszyt, coś do pisania.

A jak przebiegają przygotowania do Bożego Narodzenia?
Wszyscy bardzo intensywnie przeżywają adwent. Dużo ludzi przystępuje do spowiedzi. Wówczas, tak jak i w Polsce, trudno jest księdzu wyjść z konfesjonału.

W Nowy Rok wracają do Figuil?
Gdy wprowadzaliśmy uroczystość Bożej Rodzicielki, obchodzoną 1 stycznia, jako odpust w naszym sanktuarium, to niektórzy pukali się w głowę. Mówili, że pijani ludzie będą przychodzili się modlić. Ale tak nie jest. Przychodzi wiele pielgrzymek, dzięki którym jest mniej ekscesów, mniej picia alkoholu. Jest piękniej.

fot. superdove, flickr.com

Jest piękniej – rozmowa z emerytowanym biskupem Eugeniuszem Juretzko OMI
6 (100%) 1 ocen.



Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze