Facebook czy Twitter to owszem, bardzo dobre środowisko do informowania o tym, co się dzieje. Ale od jakiegoś czasu te internetowe przestrzenie stały się istnym śmietnikiem, w którym cały świat dobrze nam radzi, przemyca trendy, podsyca apetyt na coraz to nowe wrażenia i wyzwania. Potrzebny jest detoks. 

Rozumiem, że jesteśmy w erze Internetu, który wszyscy współtworzymy. Każdy ma prawo komentować, tworzyć własne teksty, grafiki, animacje. Mamy tę możliwość, by łatwo podzielić się treściami z resztą ludzi. Pytanie jednak brzmi: kogo one obchodzą? Oraz: co ważnego wnoszą one do mojego życia? 

Jest we mnie głęboki bunt przeciwko tonom idiotyzmów, z którymi mam styczność na stronie głównej. Pieski, kotki, kiczowate pseudokatolickie obrazki czy porady dotyczące zgrabnej figury. Na co mi to, skoro w drodze do domu napotykam oceniające miny i wyraźnie oznaczoną strefę komfortu każdego z pasażerów? Z kolei w domu, w kuchni każda z sióstr kradnie sobie trochę miejsca i produktów na swoją własną, dokładnie dopracowaną dietę. Nie ma więc czasu na wspólne gotowanie, bo przecież potrawy są inne. Nie ma go też na jedzenie, bo przy okazji żucia robi się porcje na następny dzień (później nie będzie czasu), odrabia lekcje albo przegląda (znowu, podświadomie) Facebooka. 

Co to za model życia? Patologiczny, a jednocześnie powszechny. Czy to znaczy, że już nigdy nie wrócimy do dawniej panujących wzorców życia społecznego? Mam tu na myśli wspólne wykonywanie czynności, które wzmacniały więzi. Bo chodzi przecież właśnie o postawienie na relacje, na bliskość. Czy naprawdę dobrze wpływa na atmosferę to, że podczas spotkania w gronie znajomych co druga osoba odmówi poczęstowania się jakimś przysmakiem, bo ma swoje zdrowe menu? Na co ludziom siłownia czy bieganie, skoro stały się one argumentem za nieobecnością podczas rodzinnej imprezy? Czy do czegoś tak naprawdę przydadzą nam się języki obce, jeśli czatujemy z obcokrajowcami przez WhatsAppa i zapominamy o tych, którzy są blisko nas i próbują złapać z nami kontakt, choćby wzrokowy? Niech pierwszym krokiem w katolickim detoksie będzie więc odcięcie się od tej toksycznej papki serwowanej nam na portalach społecznościowych, bo docierające do nas wiadomości burzą nasze intuicyjne, dane od Boga postrzeganie siebie i innych w społeczności. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że to znane już wszystkim wnioski. Jednak trzeba to powtarzać. Naszym priorytetem stało się dbanie o siebie, inwestowanie we własne ciało i umysł. Niestety tracimy przy tym coś o wiele cenniejszego: bliźniego, zdolność empatii, wrażliwość na relacje. Człowiek jest z natury społeczny. Trzeba więc powiedzieć, że wynaturzamy się na własne życzenie! 

Dziesiątki filmików motywacyjnych przekonują, że trzeba poświęcić naprawdę dużo, by coś osiągnąć. Że musimy być nastawieni na cel, bo podczas gdy my sobie odpoczywamy, ktoś inny pracuje na ten sam wynik co my. I nawet prawdą będzie powiedzenie, że czasem i takie impulsy nam się przydają. Ale nie dajmy sobie zwariować! Wiesz, jaki jest twój i mój najważniejszy sens i osiągnięcie w życiu? Wejść w kondycję świętości, która jest nam pisana. Nie przypominam sobie, by mówiąc o świętych, zwracano uwagę na to, czy mieli trądzik albo czy wyćwiczyli sobie bicepsy.  

Robimy sobie bożków z czynności, które wymagają pewnej zawziętości i konsekwencji. W ekstremalnych przypadkach jesteśmy w stanie się ukamienować, gdy w pewnym momencie rutyna zostaje przerwana. Jesteśmy też tak rozpasani, że wszelkiego rodzaju braki przeżywamy jak męczeństwo. Fakt: ograniczenie np. jedzenia jest czasem potrzebne – może posłużyć jako post, ograniczyć nasze nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. W tym wszystkim chodzi jednak o to, by ciągle powstawać, gdy zdarzy się upadek. Dajemy się zwieść barwnym blogom, na których ktoś opisuje swój perfekcyjny styl życia z ćwiczeniami i jadłospisem bogatym w warzywa i owoce. A znasz duszę tej osoby? Wiesz, czy jest blisko Boga? Może oddała się stylowi życia, bo nie zna innej pełni? 

Umiar potrzebny jest w każdej sprawie, by nie popaść w skrajność. Jedzenie jest obecnie na tyle skażone, że trzeba by je kupować tylko w sklepach ekologicznych, gdzie jest bardzo drogie. Czyli co, lepiej nie jeść? Nie, wystarczy podmienić kilka składników na zdrowsze zamienniki i przygotowywać dania samodzielnie. Bo umiar nie musi oznaczać przeciętności. Możemy nie wyróżniać się swoim zapałem w jakimś modnym trendzie, ale to chyba nieważne, skoro nasza uwaga zostanie ukierunkowana na innych ludzi (a przecież o to nam chodzi). Poobserwuj się trochę. Jeśli to całe twoje „fit” czy inne umiejętności służą bezpośrednio, widocznie nie tylko tobie, to wszystko jest  najlepszym porządku. Bo w katolicyzmie to wszystko ma zupełnie inny wymiar – duchowy. Czasami trzeba „zmarnować” dla kogoś czas (zamiast pójścia na regularny trening) albo poświęcić to, co wydaje się dla nas najodpowiedniejsze (np. wysokowęglowodanowe śniadania). Warto zainwestować w emocjonalny recykling w postaci rozmowy, co oznacza ni mniej ni więcej tylko głośne wyrażanie radości, smutku, obaw, pretensji i pozostałych odczuć, a nie „kiszenie” ich w sobie. 

Jak być fit, czyli katolicki detoks
6 (100%) 4 ocen.


Tagi

wiara

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

« dziecko, rodzicielstwo bliskości
»

Wasze komentarze

Skomentuj jako pierwszy.