O relacjach między psychologią i duchowością oraz ich wpływie na kształtowanie kondycji współczesnego człowieka z o. Dariuszem Michalskim SJ, współtwórcą Poradni Psychologiczno-Duchowej przy Jezuickim Ośrodku Kultury i Rozwoju VINEA w Poznaniu, rozmawia Anna Kot.

Pogotowie Duchowe na Facebooku apeluje, aby więcej kapłanów włączało się do tej inicjatywy. Czy według Ojca więcej ludzi zaczęło ufać w pomoc księży, czy też księżom nie bardzo się chce służyć ludziom?
Wydaje mi się, że współczesny człowiek po prostu chce się spotkać z kapłanem, niekoniecznie podczas Mszy św.czy w konfesjonale, kiedy jest hałas, kolejka i nie można swobodnie rozmawiać. To wielkie wyzwanie dla nas, kapłanów, bo nie za bardzo jesteśmy przyzwyczajeni i przygotowani do tej formy pracy. Na dodatek ona wymaga dużego wysiłku, a efekty są niewielkie. Takie spotkanie w cztery oczy to przecież praca tylko z jedną osobą przez czterdzieści pięć minut czy pół godziny . Ale i taki trud warto podjąć, bo nawet jedno spotkanie czy trafnie wypowiedziane zdanie może kogoś zachęcić do poszukania czegoś więcej, a nam pokazać, że taka forma pracy ma sens. Kiedy sam spotykam się z takim potrzebującym człowiekiem, często zachęcam go do wejścia do wspólnoty wiary albo do podjęcia terapii.

No właśnie – coraz częściej słyszymy, że przybywa księży psychoterapeutów, że spowiednicy proponują penitentom udanie się do psychologa. To jak to jest – będziemy teraz do kapłana chodzić na słynną kozetkę? To już „zwyczajne” życie duchowe, modlitewne nie wystarczy osobie wierzącej?
Najpierw uporządkujmy rozumienie pojęć: psychologia zajmuje się życiem psychicznym człowieka, czyli tym wszystkim, co dotyczy jego myśli, ich wpływu na nasze samopoczucie, naszymi uczuciami, zachowaniami i reakcjami. Natomiast duchowość zajmuje się przede wszystkim sferą ducha. I dużo zależy od tego, jak rozumiemy tę sferę. Św. Ignacy Loyola mówił, aby szukać i znajdować Boga we wszystkich rzeczach, a więc w jego rozumieniu poszerza się nam obszar duchowości i nie będzie to już tylko stricte czas, który spędzamy w niedzielę w kościele, ale także będzie to czas i sposób, w którym my się odnosimy do drugiego człowieka, czy to, w jaki sposób patrzymy na rzeczywistość, czy to, w jaki sposób pijemy herbatę. W duchowości ignacjańskiej nawet picie herbaty może być modlitwą. Może być, ale nie musi…

Czyli kiedy może być?
Wydaje mi się, że takim warunkiem jest bycie tu i teraz, czyli kiedy piję herbatę, próbuję być tylko w tym doświadczeniu i w niczym innym. Niektórzy mówią jeszcze o sztuce uważności. To jest bardzo spójne z naszą duchowością, która mówi o tym, że Bóg przychodzi z łaską w danej chwili, a my bardzo często jesteśmy nieobecni. To przypomina taką sytuację jakbyśmy byli w domu, ktoś puka i chce się z nami spotkać, a my jesteśmy tak zamyśleni, że tego nie słyszymy. Można powiedzieć, że każda chwila jest takim listem, który Pan Bóg wysyła do człowieka.

A my nie słyszymy dzwonka Listonosza? Bo świat przytłoczył nas swą różnorodną, ale i nachalną ofertą uprzyjemniania życia i wmawia, że tylko miłe i przyjemne życie jest warte życia. Ale coś tu nie gra, bo coraz więcej ludzi nie radzi sobie ze sobą i zaczynają szukać pomocy.
No właśnie: kultura, w której żyjemy, generuje bardzo dużo problemów psychicznych i duchowych, ponieważ bez przerwy jesteśmy zachęcani do tego, żeby smaczniej jeść, więcej doświadczać, żeby było więcej bodźców, więcej przyjemności. Żebyśmy zbierali jak najwięcej tych przyjemnych bodźców. Ale jest to prosta droga do uzależnienia się od przyjemności na rzecz utraty kontaktu z rzeczywistością. A Jezus bardzo wyraźnie mówił: „Kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

fot. Waldemar Wylegalski

Jak rozumieć krzyż w XXI wieku?
Wziąć swój krzyż to znaczy przyjąć daną chwilę. Ale my bardzo często robimy takie sztuczki – ponieważ w danej chwili coś nam nie odpowiada, jest dla nas przykre, bolesne, niepożądane, to właśnie „wyskakujemy” z tej chwili i zaczynamy sobie przypominać coś miłego albo wyobrażać sobie, co będziemy robić. Próbujemy z tej rzeczywistości jakoś uciec, np. przez miłe doświadczenie: film, jedzenie itd. Bardzo trudno jest nam wytrzymać w danej chwili ze sobą w tym, co się przydarza. Szczególnie, gdy jest to przykre doświadczenie. Tak możemy też rozumieć krzyż. Bo krzyż to przecież nie jest coś, co sobie dorzucamy na zasadzie ascezy. Tą współczesną ascezą może być chyba dla nas przede wszystkim zgoda na przyjmowanie tego, co nam się przydarza, bo jeśli będziemy od tego uciekać, to tak jakbyśmy sobie amputowali kawałek życia. Jeśli są dni słoneczne, to się na nie zgadzamy, ale jak już są dni deszczowe, to musimy sobie jakieś słońce zrobić, dać jakiegoś pozytywnego kopa, a wtedy wycinamy kawałek siebie. Nie zgadzając się na jakąś część siebie, tę przykrą, w jakiś sposób będziemy też negowali tę część przyjemną. Ona nie będzie nam już wystarczała. Tymczasem dojrzała duchowość wymaga od człowieka samoświadomości, wglądu w siebie, spotkania się ze sobą, ze swoimi uczuciami, potrzebami, nastrojami i prowadzi nas do zgody na rzeczywistość, przyjmowania jej. Oczywiście nie w sposób bezkrytyczny, nie jest tak, że jeśli coś złego dzieje się w rzeczywistości, to ja nie zareaguję. Właśnie że zareaguję, ale nie muszę ciągle działać, nie muszę być ciągle nakręcony, ciągle zmieniający rzeczywistość. A dzisiejszy człowiek jest takim człowiekiem aktywnym, poszukującym ciągle jakichś bodźców, ciągle niezaspokojonym i ciągle nieszczęśliwym.

Jaką rolę może w tej sytuacji odegrać fachowa pomoc psychologiczna i duchowa? Czy można powiedzieć, że psychoterapia zadziała leczniczo, a duchowość rozwojowo?
Myślę, że oba te efekty są obecne zarówno w duchowości, jak i psychologii, tylko bardzo dużo zależy od dwóch stron, które się spotykają w tych relacjach. Bo zawsze jest jakiś mistrz i jakiś uczeń – w psychologii to terapeuta i pacjent. To bardzo ważne, aby była właściwie zawiązana relacja terapeutyczna, żeby terapeuta nie wyręczał pacjenta i pozwalał mu na przejście pewnego samopoznawczego procesu. Taką złotą zasadą działania terapeuty jest założenie, że pacjent, który przychodzi do niego, ma w sobie rozwiązanie problemu. I to on sam, z pomocą terapeuty, musi odnaleźć to rozwiązanie.

Jesteście grupą terapeutów wierzących, a co, kiedy przyjdzie do Was szukać pomocy osoba niewierząca. Odprawicie ją z kwitkiem?
Skądże! Bardzo ważne jest, aby terapeuta szanował system wartości osoby, która do niego przychodzi. Terapeuci, którzy sami są osobami wierzącymi, muszą pamiętać, aby nie próbować ewangelizować pacjenta w czasie terapii. Aby zostać profesjonalistą – jestem tym, kim mam być w czasie spotkania terapeutycznego. I podobne zasady dotyczą też w czasie spotkania nazwijmy je ogólnie – z duszpasterzem. On ma być przede wszystkim przekazicielem słowa Bożego.

To chyba trudne, bo jako kapłani czy duszpasterze dla ludzi jesteście zwykle ostateczną wyrocznią w wielu innych sprawach.
Myślę, że powoli się ta sytuacja zmienia. Ale to też jest naszym zadaniem, abyśmy mając podstawową wiedzę psychologiczną, która jest potrzebna do tego, aby zrozumieć człowieka, umiejętni łączyli wymiar psychologiczny i duchowy. Czyli nie uprawiali psychologii w konfesjonale czy w jakimkolwiek innym miejscu, abyśmy pozostali jednak kapłanami. Choć z drugiej strony właśnie w naszej poradni psychologiczno-duchowej spotykamy się z ogromnym zainteresowaniem  osób, które szukają księży posługujących właśnie w takich miejscach. A to oznacza, że ludzie szukają kapłanów, którzy będą gotowi ich po prostu zrozumieć, wierzą, że właśnie oni, mając jakieś przygotowanie psychologiczne czy jakąś wrażliwość psychologiczną, będą osobami, przed którymi łatwiej będzie im się otworzyć.

Ludzie szukają rozwiązania problemów czy uczą się godzić na nie, znosić je?
Głównie spotykam się z osobami, które chcą rozwiązania swoich problemów. Wydaje mi się, że to wynika z tego, że do tej pory próbowaliśmy pokazywać duchowość jako sposób rozwiązywania problemów. Natomiast nie wolno zapominać, że rozwój duchowy nie usuwa cierpienia, ale pomaga „nieść swój krzyż”, łączyć przeciwieństwa, które w sobie mamy. Takim prymitywnym modelem duchowości było przeświadczenie, że jestem zły, ale mogę stać się dobry, i że to tylko wymaga odpowiedniego samozaparcia i pracy nad sobą. Tymczasem coraz więcej osób uświadamia sobie, że ten model jest nie do obronienia, dlatego że w każdym z nas jest coś ze świni i coś ze świętego. Istnieje w nas pewne napięcie. Trzeba się tego nauczyć i z tym pogodzić – oczywiście cały czas zmierzać ku dobremu w naszym życiu, ale nie da się nie grzeszyć, nie da się już nie popełniać zła. Są sytuacje wymagające od nas, abyśmy pewne nieuporządkowane obszary życia uporządkowali i w ten sposób stworzyli fundament, przestrzeń do dalszego Bożego działania w naszym życiu. Natomiast jakaś forma nieuporządkowania zawsze w nas pozostanie. Trzeba więc pozostać realistą i nauczyć się godzenia w sobie tych przeciwieństw – tego, że pewnego dnia jestem mądry, a następnego – głupi. Jednego dnia z czymś sobie radzę, a drugiego popełniam proste błędy czy grzechy i to rodzi taką frustrację i chęć zaparcia się siebie, ale w znaczeniu zwrócenia się przeciwko całemu sobie zamiast jedynie przeciwko swojemu szkodliwemu zachowaniu.

Wydaje mi się, że nie można wejść w duchowość i rozwijać się bez znajomości psychologii, przyglądania się najpierw temu, co się ze mną dzieje i dlaczego tak się dzieje.
Myślę, że to problem naszych seminariów, w których próbujemy przygotowywać młodych ludzi do życia we wspólnocie zakonnej, do życia w diecezji. I już się zauważa, że sama formacja duchowa jest niewystarczająca. Jak mówi św. Augustyn – łaska buduje na naturze. Przełożeni w seminariach dostrzegają już taką potrzebę, aby przyszłe osoby konsekrowane przepracowały sprawy typowo ludzkie, związane właśnie ze stawianiem granic, kwestie uzależnień, myśli, uczuć czy mechanizmów obronnych. Tych tematów jest bardzo dużo – jeśli człowiek, który wchodzi na drogę formacji w zakonie czy diecezji, będzie miał większą świadomość siebie, lepszy kontakt ze sobą, rozpoznanie swojego temperamentu, swojej osobowości, i w ogóle zrozumie, że mogą być różne osobowości, że bardzo się między sobą różnimy, to będzie to wielką pomocą dla niego i dla ludzi, z którymi się spotka. Będzie miał szersze spojrzenie i będzie mógł przez pryzmat trudności, zranień i swojej historii życia bardziej otworzyć się na tego, komu ma służyć.

Poradnię prowadzi Fundacja Jezuickiego Ośrodka i Rozwoju Vinea. Funkcjonuje w Poznaniu. Podobne ośrodki działają w Warszawie, Lublinie, Łodzi i Krakowie.
Do poradni może przyjść każdy, ale jej pracownicy specjalizują się w pomaganiu osobom wierzącym. Wszyscy oni są wierzący, a wielu z nich związanych z duchowością ignacjańską. W poradni można uzyskać pomoc w wymiarze psychologicznym w kilku formach – można ją rozpocząć od konsultacji psychologicznej, która ma za zadanie wstępne określenie, na czym polega problem pacjenta i czy ten problem mogą podjąć tutejsi specjaliści czy też wymaga odesłania do innego specjalisty. Proponowana jest terapia indywidualna, pomoc psychiatryczna, są sesje psychologiczne dla małżeństw, grupy wsparcia np. dla chorych onkologicznie czy po stracie bliskiej osoby i warsztaty poświęcone m.in. sensowi życia, uważności, kobiecości itp. W Poznaniu oferta obejmuje też sesje weekendowe, które łączą element psychologiczny z duchowym – podczas nich uczestnicy przyglądają się, jakie mają narzędzia w obrębie psychologii i duchowości chrześcijańskiej, które pomagają bardziej uważnie podchodzić do rzeczywistości i zgadzać się na nią, przyjmować ją. Jezuici posługują w poradni m.in. poprzez indywidualne rozmowy duchowe. W tym roku odbędzie się konwersatorium z Księgi Liczb, czyli osobista praca z tą księgą, co pozwoli zobaczyć, co słowo Boże może powiedzieć o naszym życiu, jakie wskazówki podpowiada.

W każdym z nas jest coś ze świni i coś ze świętego [ROZMOWA]
5.29 (88.1%) 7 ocen.


źródło: Anna Kot

Udostepnij

FacebookTwitterGoogle+

Wspomóż nas Przyjaciele misji

«
»

Wasze komentarze