Fot. Vatican Media

Były przemytnik migrantów, który na Lampedusie czeka na papieża [REPORTAŻ]

Więzienie w Libii, a potem we Włoszech, rozłąka, samotność i strach nie zdołały złamać Secka – młodego Senegalczyka, który dziś jest ojcem rodziny i poświęca się pomocy tym, którzy podobnie jak on wyruszają w drogę w poszukiwaniu bezpieczniejszego życia oraz szansy na rozwój osobisty i zawodowy. Jego największym marzeniem pozostaje jednak powrót do Afryki, gdzie mieszka jego rodzina. Coraz bardziej rozczarowuje go Europa.

Historia Secka Baye Falla – bo tak właśnie chce być nazywany – jest historią wielu młodych Senegalczyków, przynajmniej do pewnego momentu. Później staje się już jego własną historią: młodego człowieka, który we Włoszech został ojcem, postanowił pomagać innym i jest gotów wrócić do swojego domu w Afryce, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja.

Wtopić się w tłum przybyszów

Spotykamy go na Lampedusie, przy nabrzeżu Madonnina, naprzeciwko słynnego nabrzeża Favaloro. Właśnie tam, u stóp wielkiego posągu Matki Bożej czuwającej nad portem Lampedusy, przybiła do brzegu łódź z około dziewięćdziesięcioma migrantami uratowanymi przez organizację pozarządową.

Obserwujemy, jak wraz z innymi wolontariuszami przygotowuje się na ich przyjęcie: podgrzewa napój, rozpakowuje klapki, które rozda przybyłym, zamienia kilka słów z członkami Forum Lampedusa Solidale, do którego należy. Następnie uważnie przygląda się osobom schodzącym z długiej żaglówki. Niektórzy są owinięci kocami termicznymi, inni ledwo trzymają się na nogach, matki niosą na rękach dzieci, a najmłodsi – mimo wszystko – uśmiechają się.

– Mężczyzna. Kobieta. Mężczyzna. Nieletni. Kobieta – wyliczają funkcjonariusze Fronteksu, rozpoczynając procedurę identyfikacji. W tej atmosferze chłodnej urzędowej ewidencji to właśnie Seck, siostry zakonne i pracownicy organizacji cywilnych starają się wnieść odrobinę ludzkiego ciepła, bliskości i obecności.

Seck mówi kilkoma afrykańskimi dialektami, a usłyszenie własnego języka po tak długiej i wyczerpującej podróży przynosi ludziom ulgę. Widzimy go w barwnym stroju, z nakryciem głowy, ciemnymi okularami i licznymi naszyjnikami, jak wtapia się w tłum migrantów. I rozumiemy, że właśnie tego pragnie – być z tymi, którzy przybywają z Afryki, zanim wszyscy zostaną przewiezieni przez Czerwony Krzyż do ośrodka recepcyjnego (hotspotu).

>>> Siostra Leticia została zatrzymana przez służby imigracyjne, kiedy szła do kościoła. Sprawa budzi coraz więcej wątpliwości

Fot. Vatican Media

Przeznaczenie „drivera”

Podobnie jak wielu młodych rybaków z Senegalu, także Seck został przez handlarzy ludźmi zmuszony do roli tzw. drivera – osoby prowadzącej łódź z migrantami. Wykorzystano przy tym głęboki kryzys lokalnego rybołówstwa. Wielu z nich decyduje się na emigrację.

– W Afryce – opowiada Seck – nie ma możliwości studiowania, pracy ani zdobywania kwalifikacji. Do tego wszystkiego potrzebne są pieniądze, których nie mamy, zwłaszcza gdy stracimy pracę. Jaka przyszłość czeka młodych ludzi, jeśli państwo o nich nie dba i nie daje im możliwości zatrudnienia? Pozostaje tylko ucieczka.

Są dwie drogi. Pierwsza prowadzi lądem – przez Mali lub Gwineę, następnie Niger i Libię, skąd migranci wyruszają w kierunku Lampedusy. Druga wiedzie przez Ocean Atlantycki na Wyspy Kanaryjskie.

„Ja też przeszedłem tę drogę, ale tylko dzięki Bogu dotarłem do Lampedusy. To nie powinna być droga dla nikogo” – mówi.

Kiedy 27 września 2014 roku opuszczał swoją rodzinną wioskę w Senegalu, podróżował z trzema przyjaciółmi. Stracił z nimi kontakt podczas kolejnych przenosin między libijskimi więzieniami, gdzie byli przetrzymywani przez dwa lata. Do dziś nie wie, czy przeżyli.

Seck kilkakrotnie powtarza swoim nieco łamanym włoskim: „Bycie ‘kapitanem’ oznacza dla mnie budowanie własnymi rękami drewnianych łodzi rybackich i kierowanie zespołem rybaków. To nie my jesteśmy odpowiedzialni za katastrofy na morzu. Ludzie, którzy organizują rejsy z Libii, pobierają pieniądze i powinni odpowiadać za śmierć migrantów, to zupełnie ktoś inny. Nie kapitanowie. Tutaj wszyscy dobrze o tym wiedzą. My jesteśmy tylko driverami. Dają nam łódź i każą płynąć. Jesteśmy tacy sami jak pozostali – ludzie próbujący uciec w poszukiwaniu lepszego życia.”

Fot. Vatican Media

„Czuję się migrantem i chcę wnieść swój wkład”

Po przybyciu do Italii został oskarżony o przemyt migrantów i spędził trzy lata w więzieniu w Palermo jako rzekomy „przemytnik”.

Po wyjściu na wolność w 2016 roku spotkał najpierw brata Biagia Contego, a później młodych ludzi ze wspólnoty Baye Fall. To spotkanie całkowicie odmieniło jego życie. Działali oni na rzecz migrantów żyjących na ulicy oraz osób przebywających w więzieniach w warunkach izolacji. Seck postanowił do nich dołączyć i zaangażować się w pomoc. „Czuję się migrantem i chcę wnieść swój wkład, aby inni nie musieli przeżywać tego, co spotkało mnie” – mówi.

Oprócz prowadzenia działań informacyjnych skierowanych do mieszkańców Afryki, którzy marzą o życiu, jakiego po drugiej stronie morza w rzeczywistości nie znajdą, Seck dziś w Palermo zajmuje się wieloma inicjatywami. W czasie ramadanu gotuje i rozdaje posiłki osobom bezdomnym, odwiedza młodych Afrykańczyków w więzieniach, pomaga – dzięki kontaktom, nazwiskom i numerom telefonów – odnawiać więzi z rodzinami w Senegalu, organizuje akcje solidarnościowe, sprzeciwia się kryminalizacji migrantów oraz wspiera projekty mające przeciwdziałać bezrobociu w jego ojczyźnie.

Fot. Vatican Media

Europa nie jest rajem

„Wyjazd z własnego kraju nie jest czymś, czego się pragnie” – opowiada. – „Ale ci, którzy wyjeżdżają, robią to z konkretnego powodu: naprawdę nie mają innego wyjścia.”

Dodaje, że Europa jednak nie jest taka, jak ją sobie wyobrażają. Nie jest już miejscem bezpiecznym. „Telewizja często zniekształca rzeczywistość i młodzi ludzie w Afryce są przekonani, że tutaj bogactwo i praca są na wyciągnięcie ręki, że wszystko, czego potrzebują, jest łatwo dostępne. Niestety, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej” – dodaje.

„Po przyjeździe wykonujemy prace, których w Afryce nigdy byśmy się nie podjęli: pracujemy nielegalnie na polach, przy sprzątaniu czy w kuchniach. Doświadczamy wyzysku, żyjemy na marginesie prawa, zmagamy się z trudnościami w uzyskaniu dokumentów i legalnych umów o pracę. Tak wygląda codzienność wielu osób przybywających do Włoch” – dodaje.

„Nie chciałem w to uwierzyć, choć opowiadali mi o tym moi wujkowie, którzy wcześniej wyjechali do Europy” – wyznaje. – „Mimo to postanowiłem wyjechać. Miałem jednak szczęście. Tylko dzięki Bogu udało mi się dotrzeć na miejsce, ożenić się i założyć rodzinę”.

Dziś stara się uświadamiać rodzinie i innym młodym ludziom, że morze nie jest właściwym rozwiązaniem. Cierpiał, żeby tu dotrzeć, i cierpiał także po przyjeździe.

„Moim największym pragnieniem pozostaje powrót do domu. Na razie nie mogę tego zrobić, ale tam jest moja ziemia i wcześniej czy później chcę do niej wrócić” – mówi Seck.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze