Człowiek, który nie planował być świętym [RECENZJA]

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Kobieciarz, rycerz, młody, urodziwy, wygadany i zaradny. Chce być bohaterem (rodu przynajmniej, a najlepiej kraju). Chce zdobyć księżniczkę, chce być człowiekiem sukcesu. Ostatecznie zostaje… żebrakiem i świętym. Na własne życzenie.  

„Ignacy Loyola” to biograficzny obraz religijny, ale wiele w nim elementów innych gatunków filmowych. Łatwo można byłoby przerobić go na typowy film przygodowy, romantyczny, melodramat, a jeśli dodać kilka wątków – byłaby z tego niezła hiszpańska telenowela. Jest miłość, wojna, cierpienie, pasja, wiara, przewrotny los głównego bohatera i moment kulminacyjny, na który wszyscy czekają. I chodź wiedzą, jak się skończy, chcą to zobaczyć na własne oczy.

Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka, ale ten film – jeśli dobrze odczytuję intencje reżysera – taki miał być. A jeśli nie, jeśli wszystko miało być śmiertelnie poważne, to trzeba przyznać, że są momenty zahaczające o pastisz i kicz. Jedno czy drugie – film dobrze się ogląda. Nie przesadza z patosem, wciąga, wzrusza, bawi, a przede wszystkim pokazuje przemianę człowieka pod wpływem działania Boga. Widzów choć trochę znających postać Świętego może zaskakiwać. Wyrazisty, pełen życia młodzieniec z bujną czupryną może nie kojarzyć się z dostojnym Loyolą znanym ze świętych obrazków. Filmowy Loyola pasuje bardziej do hiszpańskiego tancerza lub muzyka niż do założyciela zakonu jezuitów. Przez większość filmu poznajemy właśnie Ignacego zanim stał się tym wszystkim znanym Loyolą. Jego przemiana pojawia się w klimatach baśniowych. Wróćmy jednak do początku…

„Ludzie najpilniej szukają Boga, gdy mają Go niedługo spotkać”  

(cytat z filmu „Ignacy Loyola”, reż. Paolo Dy)

Wymieniając gatunki filmowe, które widać w filmie, nie wspomniałem o elementach science-fiction. Widać je chociażby wtedy, gdy na szczycie posępnej góry klęczy półnagi Loyola, za którego plecami kłębią się wyczarowane w komputerze burzowe chmury. W to miejsce doprowadził go przełomowy moment w jego w życiu. To obrona Pampeluny przed francuską armią. 

„Wojna prędzej się skończy niż ja zdążyłbym się wyspowiadać”  

(Loyola do spowiednika, który proponuje mu Sakrament Pojednania przed stoczeniem bitwy z wojskami wroga)

Loyola zostaje ciężko ranny, co w efekcie kończy jego wojskową karierę. Już zawsze będzie kuleć, a przez to nie będzie ani wytrawnym rycerzem, ani pociągającym damy tancerzem. Leży w łóżku, nudzi się, chcąc nie chcąc „rozrywką” stają się dla niego „Żywoty świętych”. To jedyna książka w zasięgu ręki. Zainspirowany nimi, w szczególności świętym Franciszkiem z Asyżu, Ignacy odrzuca majątek rodziny i wyrusza w świat. Najpierw jednak… prostytutce, z którą miał już wcześniej kontakty, uświadamia miłość Boga do niej. Siedząc razem na łóżku, rezygnując z przygodnej miłości, rozmawiają o Jezusie. Od tego momentu zaczyna nauczać. Chce opowiadać o Chrystusie i nawracać. Z czasem jego działalnością zaczyna się interesować inkwizycja. Najwięcej wątpliwości wzbudzają jego ćwiczenia duchowe i charyzmatyczne podejście do wiary. Zostaje oskarżony o przynależność do iluminatów. Jesteśmy świadkami procesu, w czasie którego Ignacy broni swoich racji, ma swojego kościelnego adwokata. Przed świętą inkwizycją stają ci, którzy znają go z jego działalności. Szerzy herezję groźną dla Kościoła czy miłość do Chrystusa i bliźniego? Chce oprzeć się wizji Kościoła tak jednolitego, że już nie powszechnego. Problem i dyskusja obecna – tak jak w średniowieczu – i dziś.

Jednak i w tych dramatycznych chwilach nie brakuje wątków romantycznych. Do celi, w której przebywał w czasie procesu inkwizycyjnego, dostarczony zostaje list od jego ukochanej księżniczki, która dziękuję mu za walkę w obronie Pampeluny i wspiera go w jego misji duchowej. Sama inkwizycja, która przecież spaliła na stosie tysiące ludzi, tu ma ludzką twarz. Tego wątku nie należałoby więc traktować jak wiernej dokumentacji wydarzeń historycznych.

Loyola hołdował zasadzie, którą można sprowadzić do filozofii stoików. Swoim słuchaczom tłumaczył, że nie należy przykładać zbyt dużej wagi do spraw ziemskich, nie zamartwiać się o los doczesny, nie przejmować na zapas i nie rozpaczać z powodu przeciwności losu (zmienionych planów – u Loyoli złamana noga oznaczała złamanie planów kariery). Celem człowieka powinno być spotkanie z Bogiem, życie powinno być nieustannym dążeniem do Niego. Jesteśmy więc świadkami przemiany: widzimy dwóch Ignacych. Pierwszy – waleczny, ale niespokojny duch, usilnie chcący osiągnąć jak najwięcej, jak najszybciej i z jak największym rozgłosem. Drugi Loyola to nadal młody, pełen werwy człowiek, ale jednocześnie z duchem spokojnym i skoncentrowanym na tym (Tym), co najważniejsze.

Ignacy Loyola to „Żywoty świętych” w wersji filmowej. Momentami śmieszy, może nagina fakty, może jest zbyt baśniowy i przygodowy. Na pewno dzięki niemu poznajemy Loyolę jako człowieka z krwi i kości, oryginalnego, odważnego, wtedy kiedy trzeba – upartego, a kiedy indziej – pokornego. „Ignacy Loyola” pokazuje, że życie człowieka potrafi układać się w niespodziewany dla niego sposób. A we wszystkim jest Boży plan. To Bóg ma na nas plan. A to najlepiej wyreżyserowany film w historii świata.

 

Hiszpańsko – filipińska produkcja miała światową premierę w lipcu 2016 r. W Polsce film wyświetlany jest od połowy stycznia 2018 r.  

Człowiek, który nie planował być świętym [RECENZJA]
4.8 (80%) 2 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze