Daniel Pittet

fot. YouTube

Daniel Pittet: nadal ufam Kościołowi

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Daniel został kilkaset razy zgwałcony przez duchownego, o. Joela Allaza. Wybaczył mu. Jak to się stało, że mimo tak traumatycznych doświadczeń nie stracił wiary?

„W tym nieszczęściu Danielowi Pittetowi dane było poznać też inne oblicze Kościoła, dzięki czemu nie stracił wiary w ludzi i Boga” – wskazuje papież Franciszek. Wstęp do książki „Ojcze, przebaczam ci” napisał właśnie sam Ojciec Święty. To nie zdarza się zbyt często i podkreśla znaczenie świadectwa autora. „Dziękuję Danielowi, bo takie świadectwa sprawiają, że pęka ołowiana pokrywa, która tłumiła skandale i cierpienia. Jego słowa rzucają światło na straszliwą sferę ciemności w życiu Kościoła” – czytamy.

>>> Gdy brakuje cnoty, najlepszą obroną jest prawda

Problem z mentalnością

Franciszek w kwestii nadużyć nie chowa głowy w piasek. W lutym ubiegłego roku zwołał w Watykanie specjalny szczyt poświęcony temu tematowi. Nie wszystkie rozwiązania udało się wprowadzić, nie wszystko działa tak, jak należy. Ale w Kościele powoli zmienia się mentalność, a to ona często była i jest największym problemem. – Spotkałem się z papieżem Franciszkiem. Chciałem, by napisał przedmowę do mojej książki o zakonnikach. To mała publikacja, bez rozmachu, ale pomyślałem, że jeśli papież napisze przedmowę, to dotrze do większego grona czytelników (śmiech). Decyzją Franciszka rok 2015 był rokiem życia konsekrowanego, dzięki czemu książkę przetłumaczono na 15 języków, nakład wyniósł ponad 5 mln (1,5 mln trafiło do Polski podczas ŚDM). Kiedy ponownie odwiedziłem Franciszka, by podziękować za wsparcie, powiedział: „Danielu, w Watykanie pracuje 4 tys. osób, nikt nie napisałby książki tak szybko. Skąd czerpiesz siłę?”. Odpowiedziałem: „Duch Święty, św. Józef i św. Teresa od Dzieciątka Jezus”. Papież odparł: „To nie wystarczy. Musi być coś więcej”. Wtedy wyznałem, że przez cztery lata byłem gwałcony przez księdza pedofila. Oparł mi głowę na ramieniu i zapłakał gorzkimi łzami. Zadeklarował, że jeśli napiszę o tym książkę, to on napiszę do niej przedmowę – wspomina Pittet w rozmowie z portalem Aleteia.

>>> Theodore McCarrick: nie jestem tak zły, jak mnie malują

„Już wtedy byłem ocaleńcem”

W swojej książce Daniel nie opisuje wyłącznie traumy, jakiej dostarczył mu kapucyn, o. Joel Allaz. Dramatyczne wydarzenia osadza w kontekście całej swojej życiowej historii, a ta już u swojego początku przyprawia o gęsią skórkę.

„10 czerwca 1959 roku mój ojciec próbuje zabić moją matkę. Rani ją wielkim nożem w szyję. Przerażona błaga, by przestał, a wszystko to dzieje się na oczach sparaliżowanej strachem mojej starszej siostry. Na próżno. Ojciec odrzuca nóż i chwyta brzytwę. Na brzuchu żony wycina krzyż świętego Andrzeja. Na brzuchu, w którym wtedy żyję, w którym się poruszam. Moja matka jest w ósmym miesiącu ciąży. Jej brzuch to ja. Ten atak agresji naznaczy mnie na całe życie. Przychodzę na świat 10 lipca 1959 roku i można powiedzieć, że moje życie źle się zaczyna. Już wtedy jestem ocaleńcem” – opisuje Daniel.

>>> Księża porzuceni [REPORTAŻ]

Droga do piekła

Tak się rzeczywiście dzieje. Jego dalsze losy są, jak sam to określa, chaotyczne. W dzieciństwie sporo chorował. Relacje jego rodziców były coraz gorsze, aż doszło do separacji. Matka i babcia kazały mówić Danielowi i jego rodzeństwu, że ich ojciec nie żyje. Po jakimś czasie sami uwierzyli w tę wersję. Jego „droga do piekła” zaczyna się w 1968 r., kiedy poznaje swojego oprawcę. W swojej książce Daniel dość dokładnie opisuje stan psychiczny, w jakim się znalazł, kiedy doszło do pierwszego wykorzystania. „Być gwałconym, to czuć własną niemoc, złość, smutek, nienawiść, rozpacz, samotność, tchórzostwo” – czytamy. Kiedy duchowny odprowadza go do wyjścia mówi z uśmiechem: „Nie opowiadaj o tym nikomu”. I tak, ofiarę i sprawcę zaczyna łączyć tajemnica. Kilka osób z otoczenia Daniela zorientowało się, że coś jest nie tak. Nikt jednak w porę nie zareagował. Ta wyniszczająca relacja trwa kilka lat. Wykorzystywanie kończy się w 1972 r.

„Nadal ufam Kościołowi”

Rok później Daniel, jako kilkunastoletni chłopak, trafia do mnichów w Einsiedeln. Przez okres wakacji pomaga tam w kuchni. W każdej wolnej chwili wraca do klasztoru, bo czuje się tam jak w domu. Mnisi stają się dla niego nową rodziną. Przyjmują go jako furtiana i zakrystianina. W 1978 r. Daniel zostaje bratem zakonnym. To doświadczenie bycia we wspólnocie ze współbraćmi dało mu bardzo dużo siły. „Mógłbym bez końca wymieniać ojców, którzy pomogli mi dorosnąć. Wzięli mnie pod swoje skrzydła i poświęcili mi czas, gdy czułem się samotny. Byłem ich synem, czułem ich miłość” – wspomina autor. Niedługo później podupada jednak na zdrowiu i po rozeznaniu powołaniu decyduje się odejść. „Nauczyłem się tam jednego: nigdy nie wolno uogólniać żadnego doświadczenia. Opuszczając klasztor, nadal ufam Kościołowi. To, że wielu księży popełniło odrażające czyny, nie oznacza, że wszyscy są zepsuci. Pozwala mi tak twierdzić moja własna historia” – pisze w książce Pittet.

>>> Adam Żak SJ: musimy zmierzyć się z prawdą [ROZMOWA]

Wychodzenie z traumy

Po latach Daniel zakłada rodzinę. Coraz śmielej mówi o złu, które go w życiu spotkało. Decyduje się wejść na drogę sprawiedliwości i chce ukarania ojca, który go skrzywdził. Podkreśla jednak, że mu wybacza i nie szuka zemsty. W 2016 r. spotyka się z o. Joelem. Reakcje na doniesienia Daniela bywają różne. Jedni zarzucają mu kłamstwo, inni przyklaskują jego odwadze. Dziennikarze dociekają, ile osób skrzywdził gwałciciel i czy reakcje hierarchów i przełożonych były właściwe. Pittet ciągle boryka się z psychicznym ciężarem jaki w sobie nosi, ale właśnie wiara w Boga i bycie w Kościele pomagają mu z tej traumy wychodzić. I właśnie dlatego jego świadectwo jest tak bardzo potrzebne Kościołowi, bo pokazuje, że doświadczenie dobra w Kościele może być uzdrawiające – nawet, jeśli wcześniej doświadczyło się w nim zła.

Nie może być głosu bardziej chrześcijańskiego i Bożego niż głos ofiary, która wybacza swojemu oprawcy. Świadectwo Daniela Pitteta daje do myślenia i pomaga zrozumieć, że oprócz dobrych procedur zapewniających dzieciom i młodzieży bezpieczeństwo, potrzebujemy w Kościele ludzi przywracających nadzieję. To oni sprawiają, że nadal ufamy Kościołowi.

Zobacz także
Wasze komentarze