fot. Nik Shuliahin/unsplash
Desperackie poszukiwanie autorytetów i ich upadek [FELIETON]
W ostatnich tygodniach wyszły na jaw nowe gorszące doniesienia na temat kolejnego kościelnego „celebryty”. Ksiądz Dominik Chmielewski miał nie tylko romansować z kobietami, lecz je uwodzić i nimi manipulować. Nie o nim chcę jednak pisać, lecz o szerszym problemie trawiącym katolickie środowiska.
Nie będę oceniał tutaj bowiem zasadności zarzutów stawianych salezjaninowi. Mam nadzieję, że rzetelnie zrobią to odpowiednie instytucje (choć, jak się okazuje, ich działania były dość opieszałe). Mam też bardzo dobre zdanie o samych Wojownikach Maryi. Oczywiście, bazuję jedynie na moich osobistych doświadczeniach. Widziałem bardzo dobrze uformowanych mężczyzn. Nie sądzę, żeby poczynania ks. Dominika czy wskazywane jakiś czas temu błędy w teologii maryjnej zawarte w jego nauczaniu miały rzeczywisty wpływ na większość członków tego ruchu. To są jednak jedynie moje osobiste odczucia. Przejdźmy zatem do meritum. W ostatnich latach okazało się bowiem, że w wielu wspólnotach odnoszących „duszpasterski sukces” dochodziło do toksycznych sytuacji, a wielu charyzmatycznych duchownych dopuszczało się przemocy psychicznej i seksualnej. Dlatego nie będę pisał tu o Wojownikach Maryi, lecz o problemie znacznie szerszym. Mam wrażenie, że kryzys Kościoła oraz postępująca dechrystianizacja spowodowały wśród katolików tendencję do niemal desperackiego poszukiwania miejsc w Kościele, gdzie Ewangelią żyje się naprawdę, oraz duchowych autorytetów, które nie zawodzą. Czy to źle? Nie – ale nierzadko jest to poszukiwanie obarczone kilkoma błędami.
>>> Gdy dzieje się zło – nie można milczeć [KOMENTARZ]
Błąd 1: prawdziwi katolicy
Dotyka to chyba każdego neofity czy katolika, który nagle odkrywa głębie i piękno relacji z Bogiem, która nie sprowadza się jedynie do niedzielnej mszy świętej i suchej tradycji. „Zwyczajne” parafialne życie wydaje się wówczas nudne i niewystarczające. W niektórych przypadkach katolicy spoza danej wspólnoty czy nienależący na przykład do grup charyzmatycznych są postrzegani jako „mniej prawdziwi katolicy” czy osoby „niezewangelizowane”, nieposiadające „prawdziwej relacji z Bogiem”. Owszem, może to być przecież w niektórych przypadkach prawda. Wspólnoty często zapewniają w końcu solidną i pogłębioną formację. I co ważne – są właśnie prawdziwymi wspólnotami, które zabierają anonimowość, tak często obecną w licznych parafiach. Wiara wszak rozwija się we wspólnocie.
Są jednak wypadki – i niestety chyba nierzadkie – popadania w sekciarstwo, nawet jeśli wyrażone nie wprost. Spotkania wspólnoty stają się ważniejsze niż sakramenty. Bywa też, że pewien sposób sprawowania sakramentów traktuje się jako zapewniający „lepszy dostęp do łaski” czy wręcz jedyny godny i prawdziwy. Tak kształtuje się postawa MY i ONI, rozbijająca powoli jedność Kościoła i reagująca alergicznie niemal na wszelką krytykę wymierzoną w grupy czy osoby będące autorytetem. Pojawia się niezdrowa separacja – czy to od katolików o innej duchowości, czy od świata i społeczeństwa. Często są to procesy podskórne, ledwo widoczne i nie do końca uświadomione.

Błąd 2: lek na emocjonalne zranienia
Relacja z Bogiem czy przynależność do wspólnoty religijnej bywa też wykorzystywana jako lek na emocjonalne zranienia czy wręcz zastępstwo dla psychoterapii. Trzeba powiedzieć wprost – do takich grup trafia wiele osób z problemami, czasem bardzo poważnymi. Nie ma w tym nic złego! Problem polega na tym, że poszukują one ratunku jedynie w środkach duchowych (których przeznaczenie jest zgoła inne) lub doświadczeniu wspólnoty, które może pomóc w leczeniu psychicznych zranień, lecz samo w sobie ich nie uleczy.
Takie osoby stają się łatwymi celami dla osobowości o rysie psychopatycznym lub narcystycznym, lub wręcz jednostek poważnie zaburzonych i niebezpiecznych, które często swoją charyzmą i zdolnością do manipulacji szybko stają się liderami i potrafią przyciągać do siebie tłumy. Widoczny na zewnątrz „duszpasterski sukces” łatwo może mydlić oczy.
Do tego dochodzi pewien teologiczny zamęt we współczesnym Kościele i szeroko dopuszczalny brak precyzji w przedstawianiu ważnych prawd wiary. W wielu wypadkach powolne i niebezpieczne wychodzenie poza ramy katolickiej ortodoksji bywa ledwo zauważalne.
>>> Dla nich Kościół wciąż ma niewiele…
Błąd 3: wyparcie
Wyparcie to ma dwie formy. Pierwszą z nich jest intuicyjne odrzucenie zarzutów i potraktowanie całej sytuacji jako ataku na Kościół – jako zemsty diabła na oskarżanym duchowym liderze (zemsty za jego wielką działalność). Drugą jest porzucenie surowych ocen, zarezerwowanych dla osób spoza wspólnoty czy Kościoła. Nagle okazuje się, że jednak kapłan, który zgrzeszył, może być słaby i ma prawo popełniać błędy, a tak w ogóle to winni są inni.
Pierwsza forma jest oczywista – na pewno oskarżenia są fałszywe, to na pewno celowy atak na Kościół czy na naszą wspólnotę. Jest to czymś naturalnym, zwłaszcza jeśli ktoś poznał oskarżaną osobę z tej dobrej strony i otrzymał dzięki jej głoszeniu wiele duchowych dóbr. Przecież Duch Święty wykorzystuje każdą okazję do dotarcia do ludzkich serc – nie jest ograniczony świętością apostoła lub jej brakiem. Zgodzę się również, że do różnych doniesień należy podchodzić ostrożnie i krytycznie. Nie należy wieszać psów po usłyszeniu pierwszej lepszej plotki czy informacji. Warto się jednak zastanowić, czy czasem nie stawiamy naszego duchowego autorytetu wyżej niż samego Chrystusa. Człowiek jest słaby i myli się. Czerwoną kartką powinno być to, gdy głosiciel Chrystusa zdaje się Go nieco przysłaniać. Co gorsza, tworzy się w ten sposób systemową blokadę, w której ofiary przemocy są powtórnie wiktymizowane. Nikt ze wspólnoty nie wierzy, że ten “wspaniały” człowiek mógł się czegoś takiego dopuścić albo sprawę zamiata się pod dywan.
Druga forma jest bardziej przebiegła, bo używa miłosierdzia jako narzędzia do usprawiedliwiania złych czynów czy wręcz zbrodni. Owszem, popełniamy błędy, ale i powinniśmy ponosić za nie odpowiedzialność. Przerzucanie winy na kobiety, które miały rzekomo uwieść ks. Dominika, jest właśnie taką formą wyparcia. Gdyby to była jedna kochanka, to może ta teoria miałaby nieco sensu, ale także i w tym wypadku należy wziąć odpowiedzialność za złamanie zasad. Także tutaj widzimy powtórne wiktymizowanie ofiar i obarczanie ich winą za postępowanie wielbionego autorytetu.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Leon XIV: niech św. Stanisław Kostka inspiruje polską młodzież
Sumienie z odzysku. Jak zaufać samemu sobie? Propozycja kursu
Nazaretanki: moc wiary w piekle zesłania – rocznica wkroczenia do Polski Armii Czerwonej





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny