Święty Franciszek; Tylko nie mów o nim: Biedaczyna z Asyżu. fot. Materiały Prasowe
Dlaczego św. Franciszek nazywał śmierć „siostrą”?
Święty Franciszek w swoim najsłynniejszym dziele – w „Pieśni słonecznej” – pozostawił nam wiele cennych wskazówek. Co konkretnie mówił o momencie śmierci człowieka? O tym w rozmowie z Maciejem Rajfurem opowiada o. Leonard Bielecki, franciszkanin.
Maciej Rajfur: Święty Franciszek zostawił po sobie dzieło niezwykłe – najsłynniejsze, które wyszło spod jego ręki. „Pieśń słoneczna”, zwana też „Pochwałą stworzenia”, uważana jest za najstarszy zabytek poezji włoskiej. Niewielkich rozmiarów utwór, a jednak taki, który odcisnął trwały ślad w historii chrześcijaństwa. Jak odczytywać go dzisiaj? Czy powinniśmy czytać go inaczej niż czynili to współcześni autorowi?
Ojciec Leonard Bielecki OFM: – Nie da się sensownie interpretować „Pieśni słonecznej”, jeśli wcześniej nie zapytamy, do kogo Franciszek ten tekst kierował, dlaczego pisał właśnie w taki sposób, co przeżywał, gdy stawiał kolejne wersy. Ten hymn zawiera zresztą zaskakujące zwroty akcji. Choćby strofa o przebaczeniu – wyraźne nawiązanie do głośnego konfliktu burmistrza Asyżu z biskupem. Spór miał wymiar niemal skandalu miejskiego: otwarty konflikt pomiędzy Kościołem a władzą świecką. Franciszek był w samym jego środku i własnym autorytetem doprowadził do pojednania. To doświadczenie musiało odcisnąć na nim głębokie piętno – i właśnie dlatego znalazło swoje miejsce w „Pieśni”. Dla mnie jest to utwór przedziwny, bo właściwie niedomknięty. Franciszek nie tworzy zamkniętej formy literackiej, gotowego poematu. Każda następna strofa jest jak dopisywanie kolejnych warstw życia, jakby autor upychаł w nim następne doświadczenia istnienia. Nagle pojawia się motyw siostry śmierci – by po chwili okazało się, że śmierć ma dwa oblicza. Jedna nie wyrządza nam szkody, druga natomiast prowadzi ku potępieniu. Pojawia się więc wyraźna przestroga przed piekłem. A jednak całość pozostaje zadziwiająco jasna, wręcz świetlista. To opowieść o pięknie świata. Trzeba przy tym pamiętać, że Franciszek pisał te słowa w stanie krańcowego wyczerpania. Zaawansowane choroby, wyniszczone ciało, chore oczy, dla których światło dzienne było źródłem bólu. A jednak z jego umysłu i spod jego ręki wychodzi hymn czystej wdzięczności.

W takim stanie człowiek raczej nie zachwyca się światem. Co zatem skłoniło Franciszka do tak głębokiego, tak pięknego literackiego uwielbienia Boga?
– Cierpienie nie tylko nie zasłania Franciszkowi piękna stworzenia – paradoksalnie prowadzi go właśnie ku niemu. Leży schorowany w klasztorze, wycieńczony, niemal bez sił. Myszy przeszkadzają mu w jedzeniu. Zakon, który założył, zaczyna zmierzać w stronę nie do końca zgodną z jego pierwotnym marzeniem. A mimo to Franciszek na nowo odkrywa, kim jest Bóg – i zaczyna Go wychwalać. Widzimy tu jeden z tych momentów granicznych, których w jego życiu było wiele. Pojawia się uwielbienie, rodzi się wdzięczność. W „Pieśni słonecznej” Franciszek zawiera samego siebie – daje świadectwo dojrzałej mądrości, całkowitego przylgnięcia do Boga. Czyni to w sposób zdumiewająco prosty. Nie buduje argumentacji, nie moralizuje, nie próbuje nikogo przekonywać, że życie jest takie czy inne, że ludziom bywa trudno. On po prostu wychwala Boga, splatając swój hymn z motywami biblijnymi i podkreślając wagę przebaczenia. Na końcu mówi coś w rodzaju: „Słuchajcie uważnie – wszyscy umrzemy, ale to nie jest problem, bo śmierć prowadzi nas do Boga”. Nadaje jej relację rodzinną. To absolutne novum.
>>> Św. Franciszek z Asyżu – znany i nieznany
Dla wielu trudne do przyjęcia. Śmierć jako nasza siostra?
– Tak – bo przecież pomaga nam przejść do Boga.
Muszę przyznać, że noszę w sobie wewnętrzny bunt wobec takiego nazwania rzeczywistości. Śmierć nie jest moją siostrą. Śmierć jest grzechem. Jest czymś złym, obcym, wrogim. Jest skutkiem upadku, czymś, co przyszło na świat przez zło. Prorok Ezechiel przecież jasno mówi, że Bóg „nie pragnie śmierci grzesznika, lecz tego, aby się nawrócił i miał życie”. A Franciszek – jakby wbrew temu wszystkiemu – nazywa śmierć siostrą i jeszcze przez nią wychwala Boga. To mi się wewnętrznie nie składa, gryzie mnie.
– Ciekawe, bo ja widzę to inaczej. Trudno mi sobie wyobrazić, by Pan Bóg stworzył świat, w którym nie istnieje żadna forma kresu, przejścia, domknięcia.
Ale przecież tak mogło być w raju. Gdyby Adam nie sięgnął po owoc z drzewa poznania dobra i zła.
– Pamiętajmy jednak, że opis rajski posługuje się językiem symbolu i obrazu. To głęboka, teologiczna narracja, a nie protokół biologiczny. Szczerze mówiąc, jak zwizualizować świat, w którym ludzie tylko się rozmnażają, a nikt nigdy nie umiera? Gdzie historia nie ma kresu, a życie nie przechodzi w żaden inny wymiar.
>>> „Abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść” – modlitwa św. Franciszka z Asyżu
Czyli rozumiem, że śmierć była w jakiś sposób wpisana w stwórczy zamysł Boga?
– Tak – ale z jednym bardzo ważnym zastrzeżeniem. Śmierć pierwotnie nie była drapieżna. Proszę zauważyć, jak bardzo grzech zmienia nasze postrzeganie rzeczywistości. Kiedy dziś widzimy nagą kobietę, niemal automatycznie uruchamiają się skojarzenia zmysłowe, erotyczne – albo pojawia się zgorszenie, albo fascynacja. Tymczasem nagość dziecka nie budzi takich reakcji. Jest czysta, nieagresywna, niedrapieżna. Podobnie jest ze śmiercią. Inaczej wygląda śmierć w rzeczywistości skażonej grzechem, a inaczej mogłaby wyglądać w świecie, który grzechu nie zna.

Jak więc wyglądałaby śmierć bez grzechu?
– Tego właśnie nie wiemy. Znamy tylko śmierć po grzechu – ciężką, bolesną, rozdzierającą. Wiemy jednak jedno: człowiek zaczyna istnieć w momencie poczęcia i już nigdy nie przestaje istnieć. Istnienie raz dane nie zostaje cofnięte. Nosimy w sobie nieśmiertelną duszę zanurzoną w nieśmiertelności Boga. Narodziny są wejściem w ten świat – wyjściem z łona matki do rzeczywistości trójwymiarowej, ograniczonej, zmysłowej. Ale ta rzeczywistość nie jest naszym ostatecznym domem. Po drugiej stronie będziemy bardziej u siebie niż tutaj. Zostaliśmy stworzeni nie tyle do ziemi, ile do królestwa niebieskiego. Tutaj potrafimy kochać, doświadczać sensu i spełnienia – ale tam będziemy ich doświadczać w sposób niewspółmiernie pełniejszy.
Tylko że po drodze jest właśnie… śmierć.
– Bo nie ma innej formy przejścia. Co właściwie śmierć nam zabiera? Życie doczesne. Oddech. Bicie serca. Funkcje biologiczne. Ale my nie zostaliśmy stworzeni po to, by zatrzymać się na biologii. Zostaliśmy stworzeni, by żyć z Bogiem. Nie chodzi o to, że śmierć sama w sobie jest dobra, lecz że w zamyśle Boga nie musiała być rozdarciem.
>>> Elzear i Delfina. Małżeństwo w drodze do świętości [PATRONI DNIA]
To brzmi jak teoria. W praktyce ciało umiera. Rozkłada się. Trudno to uznać za radosne, siostrzane.
– To nie teoria, lecz doświadczenie wiary. Całą swoją tożsamość zaniesiemy w duszy. Tutaj zostawimy ciało – kruche, podatne na choroby i cierpienie. U franciszkanów istnieje piękna tradycja nabożeństwa transitus, sprawowanego co roku na pamiątkę śmierci św. Franciszka. Nie mówi się wtedy, że on umarł, ale że przeszedł do domu Ojca. Możemy być bardzo blisko śmierci i nie musimy widzieć w niej wroga. Możemy nazwać ją siostrą, bo ona niczego nam nie kradnie. Wręcz przeciwnie – przeprowadza nas do pełni. Jest bramą, przejściem do rzeczywistości lepszej niż ta, którą znamy.
Ale pozostaje jeszcze żałoba. Strata. Ból po odejściu bliskich. Gdyby śmierć nie niosła straty, nie byłoby żalu ani łez. Nie potrafię oderwać się od tego doświadczenia, by przyjąć franciszkańską wizję radosnego przejścia. Mogę ją zaakceptować jako konieczność – ale nie jako coś, co budzi nadzieję.
– Właśnie w tym objawia się drapieżność śmierci po grzechu. To, że boli. Że rozrywa relacje. Że zostawia pustkę. Tak nie mieliśmy odchodzić. To nie było pierwotnym zamysłem Boga. Dlatego tak bardzo przemawia do mnie Franciszek. Jego spojrzenie nie neguje bólu tego świata, ale go przekracza. Owszem – tutaj śmierć odbiera nam to, co kochamy. Ale po drugiej stronie czeka coś nieskończenie większego. Jeżeli idę do Boga, który mnie kocha, i ktoś wyciąga do mnie rękę, mówiąc: „Chodź, pomogę ci przejść”, to nie widzę w nim wroga. Widzę towarzysza drogi. Franciszek potrafił spojrzeć na śmierć nie przez pryzmat lęku, lecz miłości, dlatego nazwał ją siostrą.

Te dwa słowa: „śmierć” i „siostra” kompletnie się dla mnie nie łączą. A jednocześnie w „Pieśni słonecznej” pojawia się wyraźna przestroga: przed potępieniem, przed śmiercią w grzechu ciężkim – ta perspektywa jakoś jest mi bliższa.
– Dlatego „Pieśń słoneczna” nie jest wesołą piosenką z chwytliwą melodią o kwiatach, drzewach i zwierzętach stworzonych przez „Bozię”. Mówię tak celowo. Nie jest to również rodzaj duchowego coachingu: „Zobacz, jaki świat jest piękny, weź się w garść, spełniaj marzenia, rozwiń skrzydła ambicji”. Franciszek nie jest radosnym ekscentrykiem biegającym po lesie. Spójrzmy na kontekst: on umiera. Zostawia zakon liczący kilka tysięcy braci. Ma w sobie gorycz – świadomość, że nie wszystko potoczyło się tak, jak pragnął. Zresztą, czy kilka tysięcy ludzi poszłoby za kimś, kto po prostu roztacza pogodny, naiwny optymizm? Raczej nie. Ludzi pociągała głębia spotkania z Bogiem i konkretna duchowość. Dopóki Franciszek będzie funkcjonował w popkulturowej wyobraźni wyłącznie jako wesoły miłośnik przyrody, nie dotrzemy do bogactwa, które wniósł do Kościoła.
Artykuł zawiera fragment z książki Macieja Rajfura „Święty Franciszek. Tylko nie mów o nim: Biedaczyna z Asyżu”, wyd. eSPe.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Św. Franciszek z Asyżu – znany i nieznany
„Nie turystyka a wiara” – To św. Franciszek przyciąga do Asyżu
Bp Andrzej Czaja: św. Franciszek nieustannie wsłuchiwał się w słowo Boże i żył nim na co dzień





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny