fot. archiwum domu dla matek
Dwa światy pod jednym dachem. Dom dla matek i ośrodek wsparcia dla doświadczających przemocy w Dobieszczyźnie
W Dobieszczyźnie, w Domu dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży oraz w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla osób doświadczających przemocy historie nie są czarno-białe. Tu w jednym budynku mieszczą się dramat, nadzieja i codzienna praca nad zmianą.
W jednym budynku w Dobieszczyźnie koło Jarocina funkcjonują dwa różne porządki. Z zewnątrz to zwykły, choć dość duży obiekt, z parkingiem, wejściem i terenem zielonym oraz placem zabaw. W środku wspólna bawialnia, wspólna jadalnia, długie korytarze i pokoje z łazienkami. Działają tu dwie całodobowe placówki: Dom dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży oraz Specjalistyczny Ośrodek Wsparcia dla osób doświadczających przemocy. Łącznie jest tutaj dwadzieścia osiem miejsc. Trzynaście w domu dla matek i piętnaście w ośrodku specjalistycznym. Telefony odbierane są tutaj także w nocy. W późnych porach oraz w weekendy zdarzają się też przyjęcia do tych dwóch miejsc. Bo kryzys przecież nie wybiera godzin.
Dom dla matek kończy czwarty rok działalności i zaczyna piąty. Ośrodek specjalistyczny działa trzeci rok. Od samego początku mieszkanki mają możliwość uzyskać tu wsparcie nie tylko psychologiczne, lecz także duchowe, na przykład korzystając z kaplicy znajdującej się w budynku.
Obie placówki funkcjonują dzięki współpracy z Caritas Diecezji Kaliskiej oraz przy wsparciu samorządu, w tym powiatu jarocińskiego. Decyzje administracyjne zapadają w oparciu o przepisy i rozporządzenia.
– My możemy towarzyszyć. Nie możemy żyć za kogoś – mówi kierowniczka obu placówek Justyna Zawieja, z wykształcenia pracownik socjalny, psychoterapeutka. – Czasem chcielibyśmy szybciej, więcej, mocniej. Ale to nie jest nasze życie. To są ich decyzje.
>>> „Nie jesteście sami”. Fundacja dla Rodziny przypomina, że można odbudować bliskość [ROZMOWA]
Droga do drzwi ośrodka
Do Domu dla matek trafiają kobiety w ciąży, matki z dziećmi, a zgodnie z regulaminem również ojcowie z małoletnimi dziećmi, choć w praktyce przez lata nie było takiego przypadku. Warunkiem jest obywatelstwo polskie i zamieszkanie na terenie kraju. Placówka nie przyjmuje osób niepełnoletnich, nawet jeśli są już matkami. Telefonów od piętnasto- czy szesnastoletnich dziewczyn nie brakuje, ale regulamin jasno określa granice.

Procedura przyjęcia jest formalna i wieloetapowa. Najpierw składa się wniosek do właściwej gminy. Potem pracownik socjalny przeprowadza wywiad środowiskowy. Gmina musi potwierdzić, że dana osoba wykorzystała swoje dotychczasowe zasoby, takie jak wsparcie rodziny, możliwości finansowe, opcję wynajmu mieszkania. Do dokumentów dołącza się akty urodzenia dzieci i zaświadczenia lekarskie o braku przeciwwskazań do pobytu w placówce. Sprawdzane jest również, czy nie występują poważne zaburzenia psychiczne wymagające innej formy opieki oraz czy dana osoba nie stanowi zagrożenia dla innych. Jeśli tak jest, wówczas taka osoba może zostać zgłoszona do innej placówki.
Decyzję administracyjną wydaje powiatowe centrum pomocy rodzinie. Pobyt przyznawany jest na 12 miesięcy, z możliwością przedłużenia o kolejne pół roku. Przedłużenia zdarzają się wtedy, gdy przemawia za tym konkretna sytuacja, na przykład trwająca rehabilitacja dziecka lub gdy rozpoczęło ono szkołę w Dobieszczyźnie.
Specjalistyczny ośrodek wsparcia działa na innych zasadach. Trafiają tu osoby, które doświadczyły przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, ekonomicznej lub zaniedbania. Warunkiem jest wszczęta procedura „Niebieskiej Karty” oraz potwierdzenie przez zespół interdyscyplinarny, że przemoc rzeczywiście występuje. W związku z tym ośrodek ściśle współpracuje z policją.
Pobyt w ośrodku specjalistycznym trwa standardowo trzy miesiące, z możliwością przedłużenia do sześciu. Najkrótszy pobyt trwał 22 dni, najdłuższy pół roku. W tym czasie pracuje się intensywnie, często zaczynając od podstaw: snu, bezpieczeństwa, unormowania lekami pod opieką psychiatry.
– Najpierw za każdym razem diagnozujemy, czy mamy do czynienia z przemocą w rozumieniu ustawowym – tłumaczy kierowniczka. – Musi występować powtarzalność, musi być krzywda, musi być nierównowaga sił. Czasem okazuje się, że to konflikt albo agresja, ale nie przemoc systemowa.
Żyć w harmonogramie
W Domu dla matek dzień ma określoną strukturę. Śniadanie odbywa się między dziewiątą a dziesiątą, obiad między trzynastą a piętnastą, kolacja między siedemnastą a dziewiętnastą. Między posiłkami trwają konsultacje psychologiczne, psychoterapeutyczne, psychiatryczne, prawne i socjalne. Dwa razy w tygodniu przychodzi pedagog, który prowadzi zajęcia z dziećmi, pomaga im w nauce oraz w regulowaniu emocji.
Nie ma kucharki, sprzątaczki ani praczki. Wszystkie obowiązki wykonują mieszkanki, zgodnie z grafikiem dyżurów. To element nauki samodzielności. Dla części kobiet to pierwsze doświadczenie systematycznego prowadzenia domu.

– Uczymy wszystkiego. Jak umyć okno, żeby nie zużyć całej butelki płynu. Jak gotować. Jak segregować śmieci. Jak obsługiwać blender, mikser, maszynkę do mięsa. Dla niektórych to są naprawdę pierwsze takie doświadczenia. Zdarzają się sytuacje, które dla osoby z zewnątrz wydają się trudne do wyobrażenia. Ktoś deklaruje, że się wykąpał. A my pytamy: „To dlaczego masz suche włosy?”. Ktoś rozmawia przez telefon pod prysznicem. To oczywiście nie są codzienne sytuacje, ale pokazują, jak różne bywają życiowe braki – wspomina rozmówczyni.
Do placówki trafiają kobiety po rozwodach, po doświadczeniu bezdomności, wychowanki domów dziecka, osoby bez bezpiecznej bazy rodzinnej. Średni wiek dzieci to około osiem lat, ale były też bliźniaczki w ósmej klasie, chłopcy w piątej i siódmej, niemowlęta. Kilka porodów odbyło się w czasie pobytu matek w placówce.
Część dzieci ma dodatkowe trudności takie jak spektrum autyzmu, nadpobudliwość psychoruchową, mutyzm wybiórczy, zaburzenia odżywiania. Placówka organizuje wsparcie specjalistyczne. Każda mama jest kierowana do dentysty i ginekologa. Często słyszy się, że ostatnia wizyta była kilkanaście lat temu. Konieczne są zaległe zabiegi, operacje albo leczenie.
Placówka ma przygotowane torby do szpitala. Gdy trzeba, kadra zawozi mieszkanki domu do lekarzy lub na zabiegi, odwiedza, doposaża. Zdrowie jest jednym z priorytetów, podobnie jak regularność posiłków. Niektóre dzieci trafiają tu po okresie nieregularnego jedzenia, opartego na fast foodach zamawianych codziennie pod drzwi. Dlatego tak ważne jest monitorowanie wagi, wzrostu i ciśnienia nie tylko kobiet, ale i ich dzieci.
>>> Święta Rodzina jako plan na życie. Jak działa szkoła dla uczniów-misjonarzy? [ROZMOWA]
Relacje i konflikty
– Wspólne życie kilkunastu rodzin oznacza także napięcia. Mieszkające u nas kobiety z dziećmi pochodzą z różnych regionów, mają różne nawyki. Inaczej rozumieją czystość lub komunikację. Pojawiają się drobne konflikty, porównania, zazdrości. Dzieci rywalizują o zabawki, nie chcą czekać na swoją kolej. Co ciekawe – akurat tak się u nas zdarza, że nagle każdy chce się bawić tą samą zabawką – uśmiecha się Justyna.
Ale w placówce zawiązują się też przyjaźnie. Po opuszczeniu Domu dla matek przez pół roku trwa monitoring sytuacji byłych mieszkanek. Dwa razy do roku organizowane są wydarzenia integracyjne. Kobiety z dziećmi wracają na chwilę do Dobieszczyzny i pomagają w organizacji festynów. Czasami same prowadzą stoiska lub konkursy dla uczestników tych wydarzeń.

Podjęcie pracy w trakcie pobytu w Domu dla matek zdarza się rzadko. Kilka prób zakończyło się rezygnacją po jednym lub dwóch dniach. Częściej aktywizacja zawodowa udaje się po opuszczeniu placówki, gdy sytuacja kobiet oraz ich rodzin jest nieco bardziej ustabilizowana.
Natomiast w ośrodku dla osób doświadczających przemocy podjęcie pracy jest częstsze. Byłe mieszkanki wynajmują mieszkania, korzystają z mieszkań wspomaganych czy socjalnych, odkładają środki z programu 800 plus na wyposażenie.
– Jedna z kobiet przysłała nam zdjęcie pierwszej umowy o pracę. Inna wysłała zdjęcie łóżka piętrowego, identycznego jak w ośrodku, bo dobrze im się tutaj na nim spało. A jeszcze inna zapytała, gdzie kupiłam komodę, która była u niej w pokoju, bo okazało się bardzo funkcjonalna i chciałaby taką samą. Dla naszego zespołu to dowód, że standard i model funkcjonowania tutaj zostają z nimi na dłużej. I bardzo nas to cieszy – opowiada Justyna.
Najtrudniejsze momenty
Zdarza się, że do placówki trafiają osoby na podstawie postanowień sądu. Czasem sąd daje matce ostatnią szansę na poprawę funkcjonowania przy ograniczonej władzy rodzicielskiej. Nie zawsze jednak się to udaje. Bo w historii placówki znajdującej się w Dobieszczyźnie były sytuacje, gdy dzieci zostały zabezpieczone i trafiły do instytucji.
– To chyba najtrudniejszy kawałek naszej pracy – mówi kierowniczka. – Wypełniamy decyzję sądu. Z zewnątrz może to wyglądać inaczej, ale nie możemy nic wyjaśniać, nie możemy mówić więcej o okolicznościach.
Kiedy pytam o historie, które mojej rozmówczyni najbardziej zapadły w pamięć, ta chwilę się zastanawia. Aż w końcu decyduje się opowiedzieć taką, która bardzo wpłynęła również na jej życie.

– Jedna matka przebywająca u nas już od dłuższego czasu nagle spakowała się i mówiąc nam, że wychodzi na zakupy, wyjechała do partnera poznanego przez internet, zostawiając u nas trójkę swoich dzieci. Dla nas wszystkich to był bardzo duży wstrząs. Wtedy właściwie tutaj mieszkałam, bo ktoś musiał się tymi dziećmi zająć zanim rozpoczęły się jakiekolwiek procedury, a trochę to trwało. A ta historia jest dla mnie tak bardzo wyjątkowa, bo najmłodsze z tych pozostawionych dzieci jest dziś moim synem w pieczy zastępczej.
Ale mieszkanką Domu dla matek była też kobieta, której dziecko miało dwanaście lat. A ona od jedenastu przebywała w różnych placówkach. Ten nastolatek nie znał więc żadnego innego życia poza tym placówkowym, nie wiedział, jak wygląda życie w domu, w rodzinie.
>>> Ewa Liegman: żałoba nie trwa rok. To droga, którą trzeba przejść z kimś [ROZMOWA]
Natomiast inna kobieta przeszła niemal sto kilometrów z dwójką dzieci, uciekając od przemocowego męża pracującego w delegacjach. W nocy stanęła przed drzwiami ośrodka. Dzieci miały pełne plecaki. A ona niosła w swoim dwa segregatory dokumentacji medycznej. Doświadczyła śpiączki klinicznej, licznych hospitalizacji, braku wsparcia. Przez trzy miesiące pobytu w Dobieszczyźnie codziennie zapisywała w zeszycie, co zrobiła i co planuje zrobić jutro. Motywowała inne kobiety, organizowała zajęcia, zapisywała dzieci do szkoły. Ostatecznie wynajęła mieszkanie w Jarocinie, urządziła je przy wsparciu darczyńców i dziś funkcjonuje samodzielnie.
Świętowanie i codzienność
W placówce obchodzi się urodziny, święta, organizuje warsztaty kulinarne, zajęcia z uważności, warsztaty robienia mydełek. Kierowniczka Justyna Zawieja napisała pięć bajek terapeutycznych, które czytane są dzieciom. Realizowane są programy rekomendowane, w tym „Apteczka Pierwszej Pomocy Emocjonalnej”, w ramach której dzieci i mamy pracują nad wartościami takimi jak zdrowie, szczerość, współpraca, marzenia.
Zimą wszyscy razem odśnieżają teren, jesienią zagrabiają liście. Potem jest ognisko i grill. Kadra je i zagrabia wspólnie z mieszkankami. To nie jest relacja zza biurka. To bycie obok.
– To miejsce daje ogromną pokorę. Uczy wdzięczności za to, co mamy. I pokazuje, że zmiana to proces. Nie każdemu uda się od razu. Ale jeśli choć część z tych kobiet i dzieci wyjdzie stąd silniejsza, bardziej samodzielna, to znaczy, że warto działać zarówno dla naszych podopiecznych z domu dla matek, jak i z ośrodka dla osób doświadczających przemocy – podkreśla moja rozmówczyni.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Zostałam wdową w wieku 38 lat. Dziś wiem, że o samobójstwie trzeba mówić głośno [ROZMOWA]
Pomoc dla księży w kryzysie. Diecezja powołuje zespół specjalistów [ROZMOWA]
Krzychu lektor: wszystko u mnie opiera się na Bogu [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny