Indyjskie drogi zbierają krwawe żniwo [REPORTAŻ]

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wbrew obiegowej opinii, że Indusi świetnie przystosowali się do wszechobecnego chaosu na drogach, co roku w tym kraju ginie prawie 150 tys. ludzi. Do wypadków dochodzi w nocy, kiedy sfrustrowani korkami kierowcy szaleją na drogach.

„Zatrzymaj się! Chcę wysiąść!” – Jane Williams kurczowo łapie ramię kierowcy. Wyładowany do granic możliwości ludźmi mikrobus gwałtownie hamuje przed wyjeżdżającym z bocznej drogi traktorem. Pasażerowie lądują jedni na drugich, bagaże spadają im na głowy.

Kierowca klnie głośno, przeciera spocone czoło i strąca rękę Amerykanki z ramienia. „Śanti, śanti, madame! Nic się nie stało!” – uspokaja rozdygotaną turystkę, siląc się na uśmiech.

„Widzisz, nic się nie stało” – przyłącza się John, Brytyjczyk z Birmingham, który od dwóch miesięcy podróżuje po Indiach. Przez całą drogę z miasta Gorakhpur w stanie Uttar Pradeś na północy Indii do Sonauli na granicy z Nepalem opowiada Jane swoje przygody w tym kraju. Zdążył już rozgryźć Indie i radzi nowej towarzyszce podroży, jak się zachowywać, co jeść i jak interpretować zachowania Indusów.

„Indie są fantastyczne. Tu wszystko jest inne, niewyobrażalne dla nas, ale jednocześnie wszystko kieruje się własną logiką. Weźmy na przykład ruch drogowy” – peroruje podniesionym głosem podczas postoju, czekając na posiłek w dhabie, przydrożnej jadłodajni.

Zdaniem Johna chaos na indyjskich drogach jest bezsprzecznie pozorny, bo kieruje się własną logiką i może przerażać tylko tak niedoświadczonych podróżników jak Jane. „W Indiach nie ma zupełnie wypadków! Trudno w to uwierzyć, ale to czysta prawda!” – John tłumaczy, że w ciągu swoich wojaży nie widział ani jednego wypadku.

„Wypadki się jednak zdarzają” – wtrąca się wyraźnie poddenerwowany Gaurab Sharma, który jedzie do Nepalu odwiedzić rodzinę. „Zginął mój kolega, a brat się mocno połamał” – dodaje. 

„Każdy Indus mógłby być kierowcą formuły jeden!” – John jakby nie słyszał komentarza Sharmy. „A tajemnica tkwi w powszechnym użyciu klaksonów” – kończy triumfalnie, wskazując przy tym na tył ciężarówki z napisem „Proszę używaj klaksonu”.

Powyżej napisu na starym pojeździe marki Tata dwa białe, skrzydlate jednorożce na tle błękitnego nieba stają naprzeciw siebie do walki. Cała ciężarówka jest bogato malowana w sceny z całych Indii. Są góry Kaszmiru przedstawione w soczystych zieleniach tamtejszej przyrody i bóg Śiwa siedzący na szczycie Himalajów jak na tronie.

Okazuje się, że kierowcą pojazdu jest około czterdziestoletni, masywny mężczyzna, który każe mówić do siebie Shiva. „Dzięki klaksonom słyszymy, czy ktoś chce nas wyprzedzić, bo ciężarówka jest długa. Albo gdy droga jest wąska, jak w Kaszmirze lub Ladakhu” – opowiada PAP. 

Shiva jeździ niemal po całych Indiach i najgorzej wspomina właśnie Ladakh, region na granicy z Chinami. „Przełęcze mają po cztery, czasami pięć tysięcy metrów. Trudno się oddycha. A drogi niebezpieczne, kręte i cały czas je trzeba naprawiać” – przyznaje, że kosztowało go to wiele wysiłku. „Kiedy wróciłem do domu, piłem trzy dni, żeby odreagować” – dodaje z uśmiechem. 

Shiva lubi za to znaki drogowe w Ladakhu. „After whisky, driving risky (Po whisky, jazda na ryzyku)” – przypomina sobie kierowca. 

Stawiają je przygraniczne służby drogowe. Są figlarne, np. „Kochanie, chcę cię, ale nie tak szybko”, apelujące o zachowanie rozsądku w imię dobra rodziny: „Rozwiedź się z prędkością, nie z żoną” lub upominające pasażerki: „Nie plotkuj, daj mu jechać”. 

Zwykłe znaki drogowe są bezużyteczne. W badaniach przeprowadzonych przez indyjski oddział Hondy aż 78 proc. ankietowanych nie potrafiło rozpoznać połowy znaków. Aż 63 proc. nie nosi kasku motocyklowego, mimo że jest obowiązkowy pod groźbą grzywny. Te są jednak wyjątkowo niskie. Za przekroczenie prędkości płaci się 400 rupii (ok. 24 zł), a 1000 rupii (ok. 60 zł) za recydywę.

„Najtrudniejsza w egzaminie na prawo jazdy jest sama procedura w urzędzie” – opowiada PAP Magda Niernsee, która przez kilka lat mieszkała w Delhi, ucząc się tańca kathak. „Trudno nadążyć ze wszystkimi papierami za osobą, która pokazuje, w którym pokoju co się składa” – sam test jest krótki i prosty, a zadanie praktyczne polega na przejechaniu przez miasto między wyznaczonymi punktami. 

„W miastach jak jeszcze człowiek stoi w korku, to jest bezpieczny, bo trudno kogoś w ten sposób rozjechać” – włącza się pan Sharma. „Ale w nocy, kiedy jest już pusto na drogach, to wszyscy pędzą na złamanie karku. I to jeszcze po pijaku!” – opowiada.

Potwierdza to Garima Bhatnagar, komisarz delhijskiej policji cytowany przez portal telewizji NDTV, który mówi, że najwięcej wypadków zdarza się między północą i piątą rano. Wtedy na drogach jest mniej policji.

W 2015 roku na indyjskich drogach zginęło niemal 150 tys. ludzi, a ponad pół miliona zostało rannych. Jedna osoba ginie co cztery minuty. W połowie stycznia w stanie Uttar Pradeś szkolny autobus zderzył się z ciężarówką. Zginęło 15 dzieci w wieku poniżej 12 lat. 

„To i tak cud, że wypadków jest tak mało” – nie daje za wygraną John. Sharma macha zrezygnowany ręką.

Indyjskie drogi zbierają krwawe żniwo [REPORTAŻ]
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze