Kaligat / Barbara Rajczyk ©

Katecheza Miłości 

9 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Najpierw prowadziła wspólnotę misyjną przy parafii i pomagała misjonarzom. Gdy usłyszała słowa Matki Bożej, była zaskoczona. Rok później Bóg pozwolił jej pracować u boku Matki Teresy w Indiach. Dzisiaj Barbara Rajczyk opowiada o prawdziwych cudach, cierpieniu i ogromnej miłości.  

Jak to się wszystko zaczęło? 

Znalazłam się w Lourdes, byłam na oblackiej pielgrzymce z moim proboszczem. Klęczałam przed grotą objawień. Dziękowałam i prosiłam o różne sprawy. Niezależnie od toku moich myśli wypłynęła wyraźna prośba: „Maryjo, spraw abym pojechała do Kalkuty”. Byłam tym zaskoczona. Pomyślałam sobie: „co ja plotę?”. Nigdy nie myślałam ani o Kalkucie, ani o Matce Teresie. Wiedziałam, że matka Teresa istnieje, ale to nie było nigdy przedmiotem moim zainteresowań. Ta myśl ode mnie odleciała. Po roku zadzwonił do mnie znajomy Mietek z Warszawy, z którym pracowałam na polu misyjnym i powiedział: „Basia, jedziesz ze mną do Kalkuty”. Byłam zaskoczona, spytałam, ile taka podróż może kosztować. Określił warunki i powiedziałam, że nie mam takich możliwości finansowych. Mietek powiedział, że pojedziemy za rok i mam się modlić. Przez następny rok zobaczyłam, że dzieją się rzeczy nienormalne. Zaczęłam więcej pracować i więcej zarabiać niezależnie od moich wysiłków. Byłam zdumiona i czułam się bardziej jako widz tych wydarzeń, które Bóg dawał mi każdego dnia za darmo. Powiedziałam Jezusowi: „Boże, jeśli chcesz, to rób”. Stało się, że pojechałam.  

Wnętrze umieralni w Kaligacie / Barbara Rajczyk ©

I co działo się dalej? 

Właściwie pojechałam tam głównie z dwóch powodów: chciałam zobaczyć, czy te dary, które wysyłałam, tam docierają a drugie, to dotknąć cierpiącego Chrystusa. Kiedy trafiłyśmy z siostrą do domu trędowatych za Kalkutą i zobaczyłam sztapelki leków z datą ważności wypisywaną moim charakterem pisma, miałam łzy w oczach i pomyślałam: gdzie Kalkuta a gdzie mała Iława? Te leki naprawdę tutaj są i są potrzebne. To było niesamowite doświadczenie. Zobaczyłam sens pomocy. Bóg zaplanował cały mój wyjazd tak, abym mogła rzeczywiście zobaczyć cierpienie ludzi, a jednocześnie Bożą miłość. Ten wyjazd był tak naprawdę ogromnym przewrotem w moim życiu. Wcześniej byłam katoliczką, modliłam się, jeszcze wcześniej, w młodości miałam czas odejścia od Kościoła, potem się nawróciłam. Starałam się Bogu „wynagrodzić” moją niewierność. Robiłam dobre uczynki, ale to nie wszystko. Najważniejsze jest to, aby oddać do dyspozycji Bogu i pozwolić się Jemu prowadzić i mówić Mu swoje „tak”. Bóg w swojej niezwykle mądrej pedagogice wysłał mnie do Indii, do Matki Teresy.  

Umieralnia to było z pewnością wyjątkowe miejsce. 

Owszem, to było dla mnie niezwykłe miejsce, niezwykła cisza. Każdy dzień rozpoczynałam Mszą św., aby czerpać siły z Chrystusa i z Nim iść do chorych. Kiedy pierwszy raz weszłam do umieralni w Prendam, rozpoczęłam pobyt wejściem do kaplicy. Miała ona szczególny charakter. Puste pomieszczenie, bez kwiatka, bez klęcznika, jedynie na ścianie wisiał potężny Chrystus rozpięty na krzyżu. Jego wielkość przytłaczała mnie. Za chwilę oglądałam tego samego Chrystusa w ogromnym cierpieniu na łóżkach chorych. W Prendam byłam tydzień. Widziałam chorych zagłodzonych agonalnie. 

Umywalnia w Kaligacie / Barbara Rajczyk ©

Wiedziałam o istnieniu umieralni Kaligat i że jest to największe miejsce cierpienia. Pomyślałam, że nie jestem godna, aby być tam skierowana. Po tygodniu zwróciłam się do siostry Andrei MM z pytaniem, czy nie możemy pójść do Kaligatu. Odpowiedziała „a chcecie?”. „Tak, bardzo pragniemy”. „Jutro powiem matce Teresie i da wam skierowanie”. I tak się stało. W Kaligacie najświętszym miejscem, tak jak ołtarz, na którym dokonuje się przemiana w Ciało i Krew Chrystusa, była umywalnia, do której przynoszono biedaków z ulicy, aby obmywać ich z brudu i oczyszczać rany z robaków. Nikt z nas nie byłby w stanie pochylać się, myć, a co najważniejsze okazywać miłości tym gnijącym, pełnym odoru istotom ludzkim. Ale nad umywalnią został umieszczony napis: Ciało Chrystusa. I to zmieniało wszystko. Matka Teresa powiedziała: „nie dotknęłabym trędowatego, gdybym nie wiedziała, że to jest żywy Chrystus”.  

Jaka była Matka Teresa? 

Matka Teresa była dla mnie żywą księgą całkowitej ufności i oddania się Panu Bogu. Ufała bezgranicznie w Jego świętą Opatrzność. Tego się od niej uczyłam w umieralni. Miałam szczęście widzieć Matkę Teresę dwa albo trzy razy dziennie – rano na porannej Mszy św., gdzie często otrzymałam Pana Jezusa z Jej rąk (była szafarzem Komunii Świętej) i wieczorem na godzinnej adoracji, kiedy wystawiała Najświętszy Sakrament. Kiedy wystawiała Pana Jezusa w monstrancji, widziałam to oczami duszy, że czyniła to z tak wielką i czułą miłością, jak matka, która trzyma w ramionach swoje ukochane niemowlę. Trzeci raz widziałam ją nie zawsze, kiedy przychodziła do umieralni. Kiedy pochylała się nad twarzą chorego, jego twarz jaśniała. Miałam szczęście trzy razy znajdować się blisko Matki Teresy podczas rozmowy i za każdym razem doświadczałam ogromnego pokoju, jaki emanował z niej i mnie ogarniał. Tego samego odczucia doświadczałam podczas audiencji z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, kiedy znajdowałam się przed Jego kolanami. Myślę, że ten pokój, który z Niej emanował, był cechą świętych. Była cała wypełniona Bogiem. Była osobą prostą, nie mówiła wielu słów, ale każdy jej gest, każde spojrzenie, każde słowo wyrażało ogromną miłość. Pan Jezus w książce „Święta od ciemności” trzykrotnie zwracał się do Matki Teresy z prośbą: „zostaw mury klasztoru i zajmij się moimi biednymi na ulicy”. Matka Teresa odmawiała bezradnie, mówiąc: „znajdź sobie kogoś innego, ja nie mam pojęcia jak to robić, jestem pusta”. A Jezus jej odpowiedział: „dlatego, że jesteś pusta, dlatego Cię wybrałem, chcę ciebie całą wypełnić Sobą”. To była tajemnica Jej wielkiej świętości. Rzeczywiście, Matka Teresa była w pełni wypełniona Jezusem, była czystym instrumentem w ręku Boga. Odkrywała oblicze cierpiącego Chrystusa, w każdym człowieku. Nie pytała się, czy ktoś jest katolikiem czy buddystą: każdy był dzieckiem Boga i każdemu służyła z ogromną miłością. Tego się od Niej uczyłam, to było wielka, potężna nauką – odkrywać oblicze Chrystusa w człowieku. Matka Teresa założyła umieralnie nie po to, żeby leczyć, bo od tego jest medycyna i szpitale, ale aby w ostatniej chwili życia ukazywać Boga. Aby służyć najuboższym, sama przyjęła ubogie życie. Jej zgromadzenie w regule określa, że siostry nie mają żadnych kont bankowych, nie mają nawet prawa własności swoich domów, są ubogie i opierają się tylko i wyłącznie na opatrzności Pana Boga. Pan Bóg daje tyle ile potrzeba i tym dysponują.  

Co działo się dalej, kiedy była Pani w Kalkucie? 

W drugim dniu mojego pobytu w umieralni, kiedy asystowałam misjonarce przy opatrunku, moim oczom okazał się widok, którego nie mogła znieść moja psychika. Zrobiło mi się ciemno w oczach, czułam, że upadnę. W ułamku sekundy moje oczy spoczęły na dłoni przebitej gwoździem. Nad łóżkami chorych zostały umieszczone stacje drogi krzyżowej, a nad łóżkiem tej chorej wisiał Pan Jezus na krzyżu. W tym momencie ręka Chrystusa i ramie tej chorej stały się dla mnie jedno. Od tego momentu nie czułam lęku, odrazy w kontakcie z trądem, z otwartą gruźlicą, otrzymałam dar miłości. Myślałam, że do końca moich dni zostanę wśród trędowatych. Czułam, że to jest moje miejsce i to jest moja miłość. Pan Bóg ma w swoim planie na wszystko miejsce i czas. Mimo iż Kalkutą jest tak daleko, mamy ją również na każdym kroku. Możemy ją znaleźć za ścianą każdego domu, a czasami we własnej rodzinie. Dostałam wiadomość, że moja mama jest chora. Musiałam wrócić do domu, aby się nią opiekować, to był obowiązek córki.  

Kartka z błogosławieństwem od Matki Teresy / Barbara Rajczyk ©

A jednak pani misja się nie skończyła.  

Po powrocie pojechałam na audiencję do księdza arcybiskupa Edmunda Piszcza, wtedy biskupa misyjnego. Przed wyjazdem polecił mi, abym po powrocie zdała mu relację. Audiencja trwała dwie godziny. Na koniec powiedziałam, że kłócę się z Panem Bogiem, nie rozumiem Go, ponieważ dał mi takie wielkie uczucie miłości w Kaligacie i pragnienie pozostania tam do końca, a z drugiej strony powrót do mamy, mój obowiązek i miłość do niej. Nie wiedziałam, o co Panu Bogu w tym chodzi. Nie rozumiałam tego. Ksiądz arcybiskup Piszcz powiedział: Bóg dał ci tak silnie uczucia, abyś tu o Nim mówiła, o Jego miłości, o sensie cierpienia, o łasce krzyża jako darze. Dał mi pierwsze upoważnienie, abym dawała świadectwo wiary i miłości w parafiach diecezji warmińskiej. Obecnie jestem w kolejnej, trzynastej diecezji. Jest to cudem, że robię to do dzisiaj z taka siłą, że historia, którą opowiadam, jest dla mnie wciąż żywa. To nie jest moja umiejętność, ale dar od Boga: otrzymuję łaskę widzenia tak jak by to było wczoraj. Pan Bóg w swojej ogromnej miłości prowadzi mnie i wychowuje. Dał mi wielkie doświadczenie. Usłyszałam słowa: „widziałaś ogromne cierpienie, dotykałaś go. A jak zachowasz się, gdy ciebie to dotknie?”. Nastąpił werdykt: nowotwór złośliwy tarczycy. W przededniu wyjazdu do szpitala przeżywałam rekolekcje, odnawianie kolejnych ślubów. Byłam spokojna, ufna w Bogu, powiedziałam: „Panie Boże, to Twój plan wobec mnie, oddaje się w twoje ręce”. I pojechałam do szpitala bez lęku. To było jednak mało. Pół roku później okazało się, że mam drugi nowotwór, niezależny od poprzedniego. Wiadomość, że mam niezwłocznie udać się na onkologię, bo mam kolejny nowotwór złośliwy, była wstrząsem. Towarzyszył mi jednak niezwykły pokój. Gdy poszłam na godz. 18:00 do kościoła, modliłam się ze spokojem. Noc spędziłam również spokojnie, bez koszmarów. Gdy się obudziłam, usiadłam na łóżku i zaczęłam się modlić: „Panie Boże, Ty mnie umiłowałeś swoją niepojętą miłością. Ty chcesz tylko dla mnie dobra. Nie rozumiem Twojego planu, ale godzę się na życie, czy na śmierć, niech wypełni się Twoja wola”. Wiele było modlitwy ludzi i Mszy św. Pan Bóg przywrócił mnie życiu. Następne kolejne ogromnie doświadczenie. Po siedmiu latach zaistniały dwa potężne ogniska nowotworowe. Pani doktor powiedziała, że sytuacja jest poważna. To było w listopadzie. W środę po Wielkiej Nocy miałam się zgłosić do szpitala na biopsję i na kolejną operację, a dalej na chemię. W grudniu odbywałam rekolekcje w Niepokalanowie. Była Msza św., błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, podczas którego nastąpił u mnie spoczynek w Duchu Świętym. Po Świętach Bożego Narodzenia zjawiłam się u lekarzy w Olsztynie. Miała nastąpić biopsja, ale na ekranie nie było żadnego raka. Wielka konsternacja lekarzy. Sadzili, że zepsuł się aparat, więc wzięli mnie do drugiego gabinetu. Wynik był ten sam – nic. Kolejni lekarze byli zdumieni. Jeszcze następne badanie, bardzo bolesne, i jeszcze następne. Konsternacja siedmiu lekarzy w gabinecie. Poprosili mnie, żebym wyszła na korytarz i czekała na orzeczenie. Gdy znalazłam się na korytarzu, nastąpiła błyskawiczna myśl: Jezus mnie uzdrowił w Niepokalanowie. Zaczęłam wielbić Boga i Mu dziękować. Zadzwoniłam do Niepokalanowa, do Ojca Mirosława, który prowadził rekolekcje. Powiedział: „Przyjeżdżaj i dawaj świadectwo”. Dawałam potem świadectwo w Niepokalanowie i Częstochowie. Drugi telefon do mojego kierownika duchowego: „Ojcze, jestem cudownie uzdrowiona”. Odpowiedział: „jutro przyjeżdżam i jedziemy dziękować Maryi do Gietrzwałdu za cud uzdrowienia”. Gdy dwójka lekarzy przyszła powiedzieć: „niech się pani nie martwi, nie ma pani komórek rakowych”, odpowiedziałam: „Wiem, Jezus uzdrowił mnie w Niepokalanowie”. Wrażenie ich było ogromne. Ten cud być może był też dla nich. Najważniejszym lekarzem jest Pan Jezus.

Pani Barbara z Ojcem Marianem Żelazkiem / Barbara Rajczyk ©

Nie zgadzało mi się jednak coś w moich myślach i mówiłam do Jezusa: „Panie Jezu, przecież wiesz, że się modlę, że wierzę. Dlaczego ten cud uczyniłeś wobec mnie? Przecież zsyłasz cuda dla pomnożenia wiary, a tę wiarę już mi dałeś”. Otrzymałam wyraźną odpowiedź, tak jak usłyszałam ją w Lourdes. „Nie lękaj się, dam ci tyle sił, ile trzeba, wtedy, kiedy trzeba. Mów o mojej miłości”. Mam 78 lat i pierwszą grupę inwalidzką. Mam również zwyrodnienia bioder, kręgosłupa i kolan oraz coraz trudniej jest mi się poruszać. Niekiedy zadawałam pytanie Bogu: „czy przez ten stan dajesz mi do zrozumienia, że mam iść na <emeryturę misyjną>?”. Odpowiedź Pana Boga na moje gdybanie jest jasna: świadczyć o Nim, a On da mi siły. 

Rozmawiała Zofia Kędziora 

Na fotografii wyróżniającej: Pani Barbara Rajczyk podczas pracy w Indiach z Misjonarkami Miłości / Barbara Rajczyk ©

Katecheza Miłości 
6 (100%) 9 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze