Mały kościół w wielkim mieście [NOWY CYKL]

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Letnia pora to dobry czas, by poznawać nowe. Nowe miejsca. A dla nas ważnym miejscem na mapie życie jest przecież kościół. Miejsce modlitwy i spotkania z Bogiem. W czasie letnich podróży to miejsce, w którym warto przystanąć, pomodlić się i nabrać sił na dalszą wędrówkę. Tę wakacyjną i tę dłuższą, bo życiową. Będziemy prezentować Wam – Drodzy Czytelnicy – kościoły i miejsca kultu, które zwróciły naszą uwagę. Do niektórych trafiliśmy przypadkowo, do innych z góry założonym planem. Dziś pierwszy przystanek.

Jest takie miejsce w mieście, które do miasta za bardzo nie pasuje. Ciche, spokojne, w maju niezwykle zielone, wręcz jak z bajki. Może zaskoczyć, bo w betonowej pustyni możesz odpocząć, poczuć się, jak na wsi. Skojarzenia biegną do obrazu oazy. Tak właśnie poczułem się, gdy w Święto Maryi Królowej Polski (3 maja) trafiłem do kościoła pod tym wezwaniem na warszawskim Marymoncie.


Nie był to przypadek, taki był plan. Znałem już marianów na warszawskich Stegnach – to blisko mojego miejsca zamieszkania. Pomyślałem, że to święto, parafialny odpust, to dobra okazja, by odwiedzić także drugich marianów. To dla mnie drugi koniec miasta, ale od czego jest metro? No właśnie, to trochę paradoks: do tego cichego, zielonego, spokojnego i klimatycznego miejsca dojeżdża metro. No, może nie pod sam kościół, ale od stacji Marymont to raptem 10 minut spacerem.

Jedno zgromadzenie, jedno miasto, a parafie tak różne. Marianie na Stegnach to wielki kościół, widoczny z wielu miejsc Mokotowa. Budynek dzieli się na kościół górny i dolny. Marianie na Marymoncie to tak zwany kościół na górce: mały, zgrabny, niemal wiejski. Okolica jakby chciała przeczyć temu, że to duże, prawie dwumilionowe miasto. Kościół, mimo że na górce, chowa się za drzewami i zaprasza do siebie frontem ustawionym tuż przy schodach. I choć sprawia wrażenie małego i rzeczywiście taki jest, to jest jedna sprawa, która zaskakuje. Mocne brzmienie organów. Oczywiście byłem na odpuście, wtedy organy muszą być na tak zwanych „pełnych obrotach”, ale pewnie nie tylko w ten dzień może usłyszeć szeroką gamę dźwięków instrumentu. Wrażenie sprawiał też głośny, zdecydowany śpiew parafian. Cały kościół brzmiał na część i chwalę Maryi.

Wnętrze kościoła jest utrzymane w niebiesko-białych, maryjnych barwach, w ołtarzu stoi duży, prosty drewniany krzyż. Obok niego wizerunek Maryi. Osobiście przemawiają do mnie właśnie takie kościoły, w których ołtarz nie jest zastawiony innymi elementami, a centrum wypełnia go to, co najważniejsze – krzyż i tabernakulum.

Zdjęcie: wnętrze kościoła MB Królowej Polski w Warszawie

Historia parafii jest niezwykle ciekawa, bo królewska. Marymont to teren, który upatrzyła sobie królowa Marysieńka (z którą bardziej kojarzy się jednak bardziej Wilanów niż Marymont). To królowa poleciła zbudowanie pałacyku. Posiadłość kupił August II i pałacyk stał się myśliwską willą ze zwierzyńcem. Marymont przechodzi później w zarząd pruski. W 1818 r. w pałacyku powstaje kaplica, w późniejszych latach wykorzystywana przez siostry szarytki. Było też tam schronisko dla nieuleczalnie chorych. Już na początku XX w. marianie budują w tym miejscu kaplicę dla mieszkańców Marymontu, w niej swoje miejsce znajduje obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Kapelanem tego miejsca zostaje ksiądz Michał Sopoćko, znany z tego, że był spowiednikiem św. Faustyny Kowalskiej. W czasie I wojny światowej kaplica zostaje przemianowana na wojskową. W listopadzie 1924 r. biskup polowy nadaje kaplicy tytuł Matki Bożej Królowej Korony Polskiej, a marianie organizują w niej filię parafii na Bielanach. Proboszczem – w 1926 r. – zostaje ksiądz Zygmunt Trószyński, były kapelan Armii Krajowej (pseudonim „Alkazar”) i opiekun biednych. Po wojnie – w 1949 r. – ksiądz Trószyński zostaje aresztowany, zastępuje go ksiądz Leon Wajdzik, który 10 lat później… ginie pod kołami tramwaju. W latach siedemdziesiątych udaje się rozbudować parafię, a niedługo potem powstaje dom zakonny Zgromadzenia Księży Marianów.

Homilię na trzeciomajowym odpuście wygłosił ks, Wojciech Sokołowski MIC, kustosz Bazyliki Nawiedzenia NMP w Stoczku Klasztornym na Warmii, znanym jako sanktuarium Matki Bożej Pokoju. Stoczek to miejsce, w którym w czasach komuny więziony był kard. Stefan Wyszyński. Ksiądz Wojciech Sokołowski mówił: „Każdy z nas potrzebuje matki, nie wyobrażamy sobie życia bez niej. Zawsze ma czas, czy przyjdziemy w porę, czy nie. Ona nas prowadzi i pomaga”. Ksiądz Sokołowski przypomniał historię Karola Wojtyły. Kiedy zmarła jego mama, ojciec przyprowadził go przed obraz Matki Bożej w Kalwarii Zebrzydowskiej. Powiedział mu wtedy, że od dzisiaj jego matką będzie Matka z tego obrazu. „Nie jesteśmy sierotami. Mamy naszą Matkę. Z krzyża przekazał nam ją – w osobie Jana – sam Chrystus” – mówił ksiądz Sokołowski. Warto o tym pamiętać i przy nadarzającej się okazji odwiedzić Matkę, która ma swój dom w warszawskim Marymoncie.

Parafię warto odwiedzić również z innych powodów. Działa tam prężnie młodzież, m.in. w Przymierzu Miłosierdzia. Z kolei w drugi czwartek miesiąca w kościele odbywa się modlitwa za osoby, które zmagają się z depresją. W inne dni tygodnia spotkania mają tam osoby biedne i bezdomne. Szczegóły na stronie internetowej parafii. Każdy u Matki znajdzie swoje miejsce.

Mały kościół w wielkim mieście [NOWY CYKL]
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze