fot. Materiały prasowe

Ludzkie oblicze Jerzego Waszyngtona [RECENZJA]

Na ekrany kin wchodzi właśnie film „Młody Waszyngton”. Obraz wyreżyserowany przez Jona Erwina jest opowieścią o początkach wojskowo-politycznej kariery Jerzego Waszyngtona, przyszłego pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. Reżyser zaproponował nam kino inicjacyjne, w którym obserwujemy jak – także dzięki porażkom – zwykły farmer staje się mężem stanu.

4 lipca 1776 r. członkowie tzw. Kongresu Kontynentalnego podpisują Deklarację niepodległości Stanów Zjednoczonych. Trzynaście kolonii zadeklarowało niezależność od Wielkiej Brytanii – w ten sposób na mapie świata powstało nowe państwo. Z czasem do terytorium USA dołączane były kolejne obszary – dziś kraj ten składa się z 50 stanów rozciągniętych od wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej aż po jej wybrzeże zachodnie (do tego położone na ocenie Hawaje i leżąca na północy, „nad” Kanadą, Alaska). W tym roku USA świętowały więc swoje 250. urodziny. Kulminacją obchodów było huczne celebrowanie Dnia Niepodległości – 4 lipca – w całym kraju. Nie byłoby wydarzeń z 1776 r., gdyby nie zaangażowanie tzw. ojców narodu. W tym gronie jest m.in. Jerzy Waszyngton.

Zasłużyć na wielkość

Historia powszechna zapamiętała go jako ojca założyciela Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i pierwszego prezydenta tego kraju (w latach 1789–1797). To jego podobizna wykuta jest jako jedna z czterech w skale na Mount Rushmore w Dakocie Południowej (obok prezydentów: Thomasa Jeffersona, Theodore’a Roosevelta i Abrahama Lincolna). Wiemy, że był wielkim politykiem i dowódcą wojskowym, ale ile wiemy o tym, jak zaczęła się jego kariera? Zapewne niewiele. Jeśli więc chcemy poznać początki Jerzego (George’a) Waszyngtona – to powinniśmy obejrzeć wchodzący właśnie do kin film „Młody Waszyngton”. Obraz Jona Erwina nie opowiada o wydarzeniach z 1776 r., ale przenosi nas do początku lat 50. XVIII w. To wtedy zaczęła się kariera urodzonego w 1732 r. Jerzego Waszyngtona. Choć, co trzeba przyznać, na początku wcale nie była „karierą”. Ba, młody mężczyzna doświadczył wtedy ogromnej porażki. Ale to właśnie trudne doświadczenia ostatecznie zrobiły z niego wielkiego polityka, dowódcę i męża stanu.

Młody Jerzy jest człowiekiem ambitnym. Ma przeczucie, że chciałby być kimś wielkim. I że na uznanie trzeba sobie zasłużyć. Deklaruje więc chęć wzięcia udziału w ekspedycji, która zbadałaby „dzikie pogranicze”, „niezbadane tereny” – Ohio. Już pierwsza wyprawa w te tereny okazuje się niełatwa, gdy wraz ze swoim kompanem, Christopherem, Waszyngton w środku zimy prawie zamarza na wyspie położonej na rzece. Podczas tej wyprawy spotykają też Indian, pierwotnych mieszkańców tych obszarów. Później Waszyngton wyrusza z większą ekspedycją, która ma też sprawdzić, co na tym terenie robią Francuzi, skoro nie należy on do nich. To właśnie podczas tej wyprawy dojdzie do pierwszej dużej bitwy z udziałem Jerzego Waszyngtona i jego ludzi. Bitwy przegranej przez ojca narodu. Bitwy, w której ginie Christopher. Bitwy, po której Jerzy ma wyraźne poczucie porażki i chyba też, niczym Odyseusz w „Odysei” Christophera Nolana, gorzko zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, do czego prowadzi wojna, przemoc i agresja. Jerzy chce odejść z wojska, czuje, że nie podołał zadaniu, jest zrezygnowany. Dziś pewnie powiedzielibyśmy, że zmaga się z PTSD, z zespołem stresu pourazowego. Splot różnych okoliczności sprawia jednak, że wraca na front walki z Francuzami. I tym razem to dzięki jego obecności Brytyjczykom i ich potomkom udaje się pokonać wroga.

fot. Materiały prasowe

Kino inicjacyjne

Jon Erwin pokazuje nam, jak w bólach – z poczuciem klęski, porażki – rodziła się wielkość Jerzego Waszyngtona. Nie był cudownym dzieckiem, który od początku był skazany na sukces. Nie, zanim ten sukces ostatecznie osiągnie – będzie musiał wylać wiele łez, poczuje ból i gorycz porażki. To właśnie trudne doświadczenia zbudują ostatecznie wielkość Waszyngtona – zbudują bohatera narodu. Można ten film identyfikować jako historyczny, wojenny, a nawet przygodowy (to kino akcji). Dla mnie jednak to przede wszystkim kino drogi – a nawet kino, tu ukuję nowe pojęcie, ekspedycyjne. A nade wszystko film Irwinga wpisuje się w nurt kina inicjacyjnego. Bo tutaj mniej ważne są wydarzenia historyczne, cały konflikt brytyjsko-francusko-indiański. Wydarzenia stanowią tu tło, są podporządkowane czemuś ważniejszemu – pokazaniu, jak młody chłopak poznaje swoją tożsamość, buduje ją. Jak odkrywa, kim jest, jaki jest – i kim chciałby być. Wreszcie – jak tym kimś się staje, po drodze mierząc się z wieloma trudnościami. Przyznam, że lubię kino inicjacyjne właśnie za to, że pokazuje przemianę człowieka. Że pokazuje proces stawania się nowym człowiekiem – na podbudowie tego dotychczasowego. Bo Waszyngton, gdy ostatecznie wygrywa, jest wciąż sobą. To ten sam Waszyngton – choć już nie taki sam. Musiał doświadczyć bólu, ogromnej straty (przyjaciela, ale i innych ludzi walczących po jego stronie), porażki – by ostatecznie wygrać (choć właściwie tych największych zwycięstw wojskowych i politycznych Waszyngtona w filmie nie zobaczymy – one zadzieją się dopiero potem). Kluczowa w przemianie bohatera jest rozmowa z matką, bardzo wzruszająca i pełna mądrości. „Porażka to lekcja od Boga. Jeśli jej nie zrozumiesz, przegrywasz podwójnie. Jeśli ją wykorzystasz, zdobędziesz mądrość”” – słyszy Jerzy od matki

Co z trudniejszymi kwestiami?

„Młody Waszyngton” pokazuje też, jak potomek brytyjskich kolonizatorów powoli przestaje być Brytyjczykiem – a zaczyna być człowiekiem Nowego Świata. To film o budzeniu się w Jerzym Waszyngtonie Amerykanina. Bohater coraz bardziej związany jest z tą ziemią, a nie z Europą, z której pochodzą jego przodkowie. Choć oczywiście myślenia kolonialnego jest w tym bohaterze wciąż wiele. Film Jona Erwina bardzo delikatnie porusza tylko tematy, które mogłyby być drażliwe dla Amerykanów. I które niekoniecznie są chlubną kartą historii USA. A chciałoby się, żeby te tematy były poruszone wyraźniej. W kilku scenach przewijają się czarni niewolnicy. Zabrakło mi pogłębienia tego tematu i mocniejszego przedstawienia ich jako ofiar kolonizatorów. Pod tym względem film Erwina prezentuje bardzo wybieloną wersję amerykańskiej historii – skupioną na spojrzeniu kolonialnym. To też mocno widać w wątkach z Indianami, pierwotnymi mieszkańcami tych ziem. Owszem, w filmie wspomniane jest to, że te ziemie to ich ziemie. „Nie macie prawa brać tego, co należy do nas od pokoleń” – słyszy Jerzy od jednego z indiańskich wodzów. Zabrakło mi jednak mocniejszego zaakcentowania wątku indiańskiego i pokazania, że to są właściwi mieszkańcy i właściciele tego obszaru. Oni – a nie Brytyjczycy, Francuzi i potomkowie kolonizatorów. To przecież żaden Nowy Świat. Dla Indian to świat „stary jak świat” – a nie nowy. Widać, że Stany Zjednoczone mają jeszcze w kontekście ciemnych plam swojej historii wiele do przepracowania.

Przekonujący Waszyngton

Owszem, pewne wątki rozszerzyłbym, pokazując mniej kolonialną perspektywę, ale w ogólnym odbiorze film Erwina jest bardzo dobrym obrazem o mniej znanym wycinku historii Jerzego Waszyngtona. I warto go zobaczyć, żeby rozszerzyć swoją wiedzę o USA – jednym z najważniejszych dziś graczy na arenie międzynarodowej. Warto docenić piękne, monumentalne zdjęcia – zwłaszcza te prezentujące piękno przyrody. Za filmami wojennymi nie przepadam, stąd bardzo doceniam też, że w „Młodym Waszyngtonie” wątków bitewnych nie ma zbyt wiele. A te, które są – poprowadzone są w czytelny sposób. Nie ma chaosu, który tak często towarzyszy filmowym ujęciom bitew. Łatwo „połapać się” w bitwie. Docenić warto też Williama Franklyn-Millera, który wcielił się w Jerzego Waszyngtona. Dotąd nie znałem tego młodego, brytyjskiego aktora. Jego kariera dopiero się rozkręca, a rola w dość dużej historycznej produkcji na pewno wpłynie na nią pozytywnie. Mnie jego Waszyngton przekonuje. I któremu kibicujemy, i z którym współodczuwamy – gdy jego losy nie układają się tak, jakbyśmy tego chcieli. To taki bohater, którego nie sposób nie polubić. Franklyn-Miller ciągnie właściwie cały film – scen bez jego udziału praktycznie nie ma (nie licząc krótkiego wstępu, gdzie bohater przedstawiony jest jako dziecko). Aktorowi udało się świetnie pokazać wielką, historyczną postać. Dobrze oddał tę ludzką stronę Jerzego Waszyngtona. Bo nawet najwięksi bohaterowie historii byli przecież przede wszystkim zwykłymi ludźmi. Dopiero potem stają się prezydentami największych mocarstw. I o tym opowiada film Jona Erwina.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze