fot. Hatice Kübra Oz

Marek Durski: jeden z migrantów z mieszkania integracyjnego mówi już po polsku, a w pracy wzbudza zachwyt [ROZMOWA] 

– Żeby integracja mogła się zadziać, to my te najbardziej wrażliwe osoby przyjmujemy w mieszkaniu integracyjnym i przechodzimy z nimi procedurę administracyjną, uczymy ich języka polskiego, dbamy o ich sytuację zdrowotną i aktywnie poszukujemy dla nich pracy. Nie mamy jednak utartych schematów – mówi Marek Durski w rozmowie z Antonim Jezierskim (misyjne.pl). 

Mieszkanie integracyjne jest formą wsparcia dla imigrantów, którzy opuścili ośrodki dla cudzoziemców. W takim mieszkaniu mogą stopniowo usamodzielniać się, uczyć się języka, znaleźć legalną pracę, poznawać lokalną wspólnotę. Inicjatywę prowadzenia takiego mieszkania podjął Marek Durski (wraz z Joanną Spychałą), który wcześniej, między innymi, organizował zajęcia sportowe dla dzieci migrantów na wyspie Lesbos (Grecja). O tym, jak przełamać lęk przed drugim człowiekiem opowiada w rozmowie dla misyjne.pl.  

Antoni Jezierski (misyjne.pl): Mieszkanie integracyjne dla uchodźców – czy to sztuczna forma integracji? Czy jednak zauważa Pan pozytywne rezultaty tego rozwiązania? 

Marek Durski: – Naszym działaniem wypełniamy lukę, jaka znajduje się w polskim systemie. Osoby, które wchodzą w postępowania o udzielenie ochrony międzynarodowej na różnych etapach procedury opuszczają ośrodki dla cudzoziemców. W tym momencie trafiają w przestrzeń publiczną, w której muszą sobie samodzielnie poradzić. Owszem, są pewne mechanizmy wsparcia finansowego osób cudzoziemskich, niemniej – są to niewielkie kwoty i ograniczone czasowo. 

>>> Gdybyśmy do niego nie dotarli, dziś by nie żył [ROZMOWA] 

fot. Hatice Kübra Oz

Jak rozumiem, jest to tylko rodzaj wsparcia „na start”. 

– Tak. Poza tym, że systemowe wsparcie jest niewielkie, to trzeba pamiętać o tym, że pieniądze nie rozwiązują wszystkiego. Mamy przecież do czynienia z osobami, które potencjalnie nie znają naszego języka, nierzadko są osobami samotnymi – nie mają wsparcia np. w rodzinie zamieszkującej w zachodniej Europie. Często są to osoby z problemami medycznymi, nabytymi w trakcie niebezpiecznej drogi. Drobne wsparcie finansowe nie rozwiąże fundamentalnego problemu tej osoby, która – mówiąc obrazowo – właśnie znalazła się na ulicy i musi sobie poradzić. Żeby integracja mogła się zadziać, to my te najbardziej wrażliwe osoby przyjmujemy w mieszkaniu integracyjnym i przechodzimy z nimi procedurę administracyjną, uczymy ich języka polskiego, dbamy o ich sytuację zdrowotną i aktywnie poszukujemy pracy. Nie mamy jednak utartych schematów, ponieważ każdy człowiek, którego spotykamy, znajduje się w indywidualnie wyjątkowej sytuacji.  

Jak osoby w potrzebie trafiają do mieszkania integracyjnego? Czy same szukają i znajdują np. Pana organizację, czy to bardziej Pan utrzymuje kontakt z ośrodkami dla uchodźców? 

– Współpracujemy z ludźmi, którzy utrzymują kontakt z osobami, które na swej drodze migracyjnej znalazły się w Polsce. Są to osoby „z polecenia”, o których wiemy, że znajdują się w szczególnie trudnej i wrażliwej sytuacji. Jest to działanie oddolne, na mikroskalę, do którego jednak wykorzystujemy wszystkie nasze możliwości.  

>>> Czy Jezus był uchodźcą? Kilka uwag o mechanizmie pytania 

Wracając do kwestii rezultatów prowadzenia mieszkania integracyjnego – czy można mówić o pozytywnych efektach tego działania? 

– Przed kilkoma dniami minął rok, od kiedy przyjęliśmy pierwszą osobę. O wynikach działań integracyjnych trzeba rozmawiać z dużą wrażliwością, bo mówimy cały czas o ludziach. Rezultaty procesów integracyjnych są bardzo różne, w zależności od konkretnej jednostki. Trafiają do nas bardzo różni ludzie, z indywidualnym bagażem doświadczeń i przeżyć. Najczęściej są to osoby z pochodzeniem z krajów wyniszczonych przemocą i wojnami. To samo w sobie ma już olbrzymi wpływ na ich obecny status i często kondycję psychiczną . Z naszej perspektywy oceniamy, że udaje nam się np. relatywnie szybko wprowadzać osoby na rynek pracy. Właściwie wszystkie osoby, których obecna sytuacja i zdrowie pozwalają na pracę, tę pracę już podjęły. Niektórzy mają umowę o pracę. Legalne zatrudnienie to już duży sukces. Pomimo ogromnego, systemowego braku dostępności nauki języka polskiego dla obcokrajowców, nam w pewnym zakresie udaje się realizować ten bardzo ważny element integracji. Wszystkie osoby, które wspieramy, są obecnie w procesie nauki polskiego – jest to jedno z naszych podstawowych oczekiwań wobec nich. Jest wśród nas człowiek, który po roku nauki mówi już po polsku. Owszem, wolno, ale w miejscu pracy wzbudza swego rodzaju zachwyt, między innymi dlatego, że zaprzecza dominującej narracji o migrantach. Od początku był naprawdę zdeterminowany i konsekwentny. Oczywiście musimy przyjąć, że jedni uczą się szybciej, inni wolniej.  

fot. Hatice Kübra Oz

Jak uchodźcy zamieszkujący mieszkanie integracyjne odnajdują się później wśród lokalnej społeczności? 

– Od początku naszego projektu staramy się rozwijać patronat społeczny, coś na czym nam bardzo zależało. Chcieliśmy, by osoby, które wspieramy, były otoczone lokalną wspólnotą, wolontariuszami. Bardzo ważne jest, aby integracja działa się wśród miejscowej społeczności. W tym momencie aktywnie wspieramy naszymi działaniami dwanaście osób, a kolejna osoba szykuje się do przyjazdu do Poznania. Dwie osoby już się usamodzielniły w ciągu tego roku. To znaczy, że żyją, utrzymując się we własnym zakresie. Z założenia naszego projektu – takie osoby dalej wspieramy i wciąż pozostajemy do ich dyspozycji.   

W jaki sposób pokonać lęk przed drugim człowiekiem, który pochodzi z innego kraju, ma inny kolor skóry? To chyba wciąż realny problem w Polsce?  

– Jest to temat trudny i dość złożony. Można powiedzieć, że przez naturę jesteśmy przygotowani do tego, by uważać na obcych – tak zostaliśmy stworzeni. Ten lęk jest po części naturalny. W dzisiejszej rzeczywistości, ten mechanizm stał się jednak narzędziem permanentnej manipulacji i zarządzania strachem. To, co mogę powiedzieć od siebie do człowieka, który może właśnie czyta ten tekst, to żeby zawsze zadawać sobie pytanie: „Czy to, co widzę nie jest tym, co inni chcą żebym widział?”. Kiedy coś słyszę, widzę, warto zawsze włożyć pewien wysiłek myślowy, intelektualny, żeby zastanowić się nad tym, czy nie jest to jakiś zbiór emocji lub manipulacja. Kiedy słyszymy lub czytamy, że ktoś nas np. „atakuje”, to od razu zobaczymy w nim wroga. Czy Polacy, przechodząc przez „zieloną granicę” w czasach komunizmu, „atakowali” kraje, do których próbowali się przedostać? Zdarza się też odwrotnie, że środowisko migrantów jest idealizowane. Są to przecież ludzie, którzy różnią się między sobą, tak jak i my Polacy się różnimy. Zdarzają się osoby fantastyczne, z sercem na dłoni, ale i takie z różnymi obciążeniami, wadami. Z mojej osobistej perspektywy najważniejsze jest założenie, że w pierwszej kolejności widzę człowieka, który najczęściej nie z własnego wyboru znalazł się w pozycji nieuprzywilejowanej, zmuszony do migracji. To jest dla mnie założenie wyjściowe. Jak lęk pokonać na poziomie systemowym – to szczerze powiem, że na tym etapie nie wiem. Chciałoby się powiedzieć, że pewne wartości powinny wypływać z nauczania Kościoła, który jest bardzo istotnym ośrodkiem wpływu w Polsce. Z wartości chrześcijańskich wynikają bardzo proste odpowiedzi i wskazania w kontekście naszego stosunku do migrantów. To co wydaje mi się takie proste, w rzeczywistości wspólnoty polskiego kościoła katolickiego wygląda zupełnie inaczej. Zbyt wielu osobom praktykującym codzienną modlitwę czy udział w niedzielnej mszy świętej bliżej jest do hasła mówiącego o potrzebie centrów deportacji, niż do integracji.  

Na myśl przychodzi mi przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Kapłan i lewita przeszli obojętnie i dopiero mieszkaniec Samarii nie zignorował umierającego człowieka, ale mu pomógł. Wracając natomiast do kwestii biskupów, dostrzec można wyraźnie, że nie mówią jednym głosem w sprawie migrantów. Jedni modlą się za członków Ruchu Obrony Granic, inni uważają, że barykadowanie granic, ale także wpuszczanie każdego migranta, to niewłaściwe rozwiązania… A ta miłość bliźniego przebija się niezwykle rzadko z ust kilku hierarchów. Dlaczego zdanie biskupów mogłoby być kluczowe dla sprawy migrantów? 

– Patrząc systemowo – biskupi mają pewne narzędzia wpływu. Ponadto są bardzo skuteczni w sprawach, do których przykładają wagę, jak np. obrona konkordatu czy kwestii dotyczących aborcji. Ich głos w tych sprawach jest bardzo jasny, spójny i rozlewa się bardzo szeroko. Kwestia przyjęcia migrantów wydaje się być również jednym z tematów fundamentalnych. Można różnić się i rozmawiać o detalach wokół tej sprawy, natomiast jest to coś fundamentalnego, ponieważ dotyczy obecnego losu, dzisiejszego losu żywych ludzi. W tej sprawie głośnego, wspólnego i jednoznacznego głosu nie słyszę. Jest np. biskup Krzysztof Zadarko, który mówi jednoznacznie o miłości bliźniego i powinnościach wobec migrantów. Gdyby jednak zapytać wybranego katolika z polskiego Kościoła o to „kim jest biskup Zadarko?” – pewnie okazałoby się, że zna go jedynie kilka procent uczestników tej wspólnoty. Jednoznacznego głosu biskupów w sprawie migrantów brakuje. Nie mam nadziei, że przy obecnym składzie osobowym hierarchii sytuacja ta jakoś się zmieni. Decyzje dużej części biskupów w tej sprawie są motywowane sympatiami politycznymi.  

Jak w Pana ocenie powinno wyglądać mądre, przemyślane przyjmowanie migrantów do Polski? Czy widzi Pan jakieś konkretne rozwiązania tej sprawy? Czy pozostają jedynie utopijne rozwiązania, niewpisujące się w nasze realia? 

– Temat jest bardzo złożony i trudno na to pytanie odpowiedzieć precyzyjnie. Mogę powiedzieć, że w mojej opinii my – jako Polska – nie mamy innego wyjścia, jak nauczyć się przyjmować migrantów, dlatego że jako społeczeństwo przestaliśmy się interesować kwestią zastępowalności pokoleń. Będzie nas coraz mniej. Ludzie z innych krajów będą do nas przyjeżdżać, by wesprzeć nasze podstawowe procesy w sferze gospodarczej czy usług publicznych. Nie mamy innego wyjścia, jak wdrożyć procesy, dzięki którym ci ludzie będą się w Polsce czuli dobrze, a jednocześnie w kraju zostanie zachowana spójność społeczna. Jeśli nie odejdziemy od narracji, że każda osoba innego odcienia skóry jest zagrożeniem dla nas – to nic nie zrobimy. Z takim nastawieniem trudno coś wdrażać, reformować. Mamy zręby systemu, ale wielu rzeczy brakuje, na przykład wspomnianej wcześniej nauki języka polskiego dla obcokrajowców – to bardzo konkretna sprawa. To powinien być punkt wyjścia.  

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze