Mateusz Filipowski OCD: Bóg szuka tych, którzy są poza widzialnymi granicami Kościoła [ROZMOWA] 

– Długo miałem problem z troską o ubogich, bo zazwyczaj rozpatrywałem ich tylko wedle jednej kategorii, czyli ubóstwa materialnego. Nigdy nie czułem w sobie impulsu, żeby ruszyć do osób w kryzysie bezdomności czy potrzebujących na ulicy. Budziło to we mnie poczucie winy i wstydu, że nie odpowiadam na to wezwanie Kościoła. To się zmieniło, kiedy rozpoznałem inne rodzaje ubóstwa wokół mnie i kiedy poznałem „moich ubogich”, których Pan Bóg mi podarował. Chodzi oczywiście o ubóstwo ludzi skrzywdzonych seksualnie – mówi o. Mateusz Filipowski OCD w rozmowie z Michałem Jóźwiakiem. 

Mateusz Filipowski OCD, karmelita bosy, pracuje w ośrodku rekolekcyjnym w Gorzędzieju nad Wisłą. Z wykształcenia jest patrologiem. Prowadzi rekolekcje, jest kierownikiem duchowym.  Posługuje klauzurowym mniszkom. Jest pasjonatem św. Teresy od Dzieciątka Jezus i duszpasterzem osób wykorzystanych seksualnie. 

W przypadku Kościoła czasem stosuje się metaforę domu. Idealnie byłoby, żeby dobrze funkcjonował, ale czasem dzieją się tragedie. Ojciec takie osoby zna, pracuje z nimi duszpastersko. Jak odnaleźć się w tym domu, jakim jest Kościół, po doznanej krzywdzie? 

– Pierwszym pytaniem, na które osoba skrzywdzona powinna sobie odpowiedzieć jest to, czy chce dalej być w tym domu. Ktoś, kto doświadczył krzywdy ma całkowite prawo nie chcieć być dalej w Kościele. Ma prawo się do niego zdystansować. I jednocześnie wierzę głęboko, że Pan Bóg sobie poradzi z tym, żeby szukać tego człowieka i działać w jego życiu. Wiemy jakie są te widzialne granice Kościoła, ale nie wiemy, jak daleko faktycznie on sięga. 

A jeśli taka osoba zostanie w Kościele? 

– Wtedy powinna wypracować ustalenie granic, zasad i sposobu funkcjonowania w nim. To kwestia odnalezienia swojego miejsca, które będzie najzwyczajniej w świecie bezpieczne i rozwijające. Z mojego doświadczenia wynika, że reakcje na krzywdę są bardzo różne. Część osób opuszcza Kościół. Nie chcą mieć z nim nic wspólnego, bo nie dźwigają rozmiaru krzywdy, która ich spotkała. Ale są osoby, które w nim zostają. I jest to ich świadoma decyzja. I bardzo świadome bycie w Kościele. Mam tu na myśli zaangażowanie nawet w jego struktury, ale chodzi mi też o poszukiwanie indywidualnej relacji z Bogiem. Czasem jest ona bardzo delikatna i krucha, ale jest dla nich ważna. To oczywiście coś, co dokonuje się w tajemnicy między tym człowiekiem a Panem Bogiem. Czasem patrzę na to z olbrzymim podziwem. Zadaję sobie pytanie: jak oni dają radę być w Kościele po czymś takim? Oczywiście, to że ktoś odszedł nie oznacza, że mu czegoś brakuje.  

Osoby skrzywdzone w Kościele czasem wspominają o tym, że droga do sakramentów była dla nich długim procesem mierzenia się z traumą, lękiem. Pomoc duszpasterska dla skrzywdzonych wymyka się chyba z klasycznych schematów? Kościół uznaje, że pewną drogą jest spowiedź, msza święta, życie sakramentami, a w tym przypadku to czasem niemożliwe. 

– Życie sakramentalne jest oczywiście ważne, ale nie można go sprowadzać tylko do Eucharystii i spowiedzi. Często nasze dyskusje kościelne sprowadzają się do tego, czy ktoś może przystępować do Komunii św., czy nie może, albo czy dostanie rozgrzeszenie. Kluczowe jest jednak życie chrztem, który jest przecież sakramentem-bramą do bycia we wspólnocie Kościoła. Zawsze namawiam do tego, żeby nauczyć się pływać w wodach własnego chrztu. To, że ktoś nie może przyjmować Komunii św. nie oznacza, że nie żyje sakramentami. To ważne przypomnienie o podstawowej godności każdego wierzącego. Mam poczucie, że moja posługa w tym zakresie sprowadza się właśnie do roli takiej przypominajki o wartości chrztu, której ani żadna osoba, ani żadna instytucja nie może odebrać.  

Co jest w tym zadaniu najtrudniejsze? 

– Najtrudniejsze jest to, że bardzo chciałbym pomóc, a czuję się bezradny. Wiem, że tu nie ma złotych recept. Ten proces leczenia zranień i dochodzenia do wewnętrznej stabilności zwyczajnie trwa. Potrzeba tu dużo cierpliwej miłości, bo nic nie da się na siłę przyspieszyć. Można jedynie być. I to coś, co chyba słyszę najczęściej. Że sama obecność jest wsparciem i potwierdzeniem, że jako duszpasterz wychodzę naprzeciw. Bez gotowych rozwiązań, słów doskonałego pocieszenia czy uleczenia. Siadam i jestem. I kiedyś od pewnej osoby skrzywdzonej usłyszałem, że to jedyne oczekiwanie wobec mnie. 

Tylko tyle i aż tyle. 

– Nam, duchownym, bardzo ciężko to przyjąć, bo w seminarium jesteśmy kształtowani do „skuteczności apostolskiej”. Oczekuje się od nas efektywności. A w przypadku duszpasterstwa osób skrzywdzonych ta droga nie ma zarysowanego i jednoznacznego celu. Nie wiemy, dokąd dojdziemy. Albo inaczej – sama ta droga jest celem, a osoba, która po niej tu podąża jest najważniejsza. Tutaj nie ma co się skupiać na własnym sukcesie czy gratyfikacji. Tutaj chodzi wyłącznie o pokorne i proste towarzyszenie w tempie, jakiego wymaga dana osoba. Czasem jest to żółwie tempo. 

fot. Freepik

Dom to nie tylko miejsce, ale przede wszystkim relacje. Jak Ojciec ocenia funkcjonowanie Kościoła nad Wisłą pod tym kątem? 

– Nie chcę generalizować. Wolę powiedzieć o tym doświadczeniu, które jest dla mnie dostępne osobiście. Przechodziłem w tym domu, jakim jest Kościół, różne etapy, zarówno jako młody chłopak, a później jako duchowny. Określiłbym funkcjonowanie w tym domu jako trudną miłość. Bardzo prawdziwa miłość, ale jednak trudna. Przez cały czas posługi osobom skrzywdzonym przechodziłem przez kilka kryzysów. Łącznie z takim poważnym, kiedy myślałem, że trzasnę drzwiami i odejdę. Ta rzeczywistość kościelna momentami mnie totalnie przygniatała. W pewnym momencie pojawiły się jednak osoby, które pokazały mi, że rozumieją mój sposób przeżywania rzeczywistości eklezjalnej, mój sposób myślenia i moją posługę, w której długo byłem osamotniony.  

Kryzys często służy temu, żeby wyjść z niego wzmocnionym. Tak było w Ojca przypadku? 

– Tak. Kryzys pomógł mi też oczyścić motywację do bycia w Kościele. Te rozczarowania dotyczyły instytucji, ludzi dookoła, ale także mnie samego. Mówiąc wprost, rozczarowałem się sobą. I kiedy teraz myślę o Kościele, to mam przed oczami wszystkich ludzi, których znam z imienia. Jako nowicjusz naiwnie myślałem, że miłość jest czymś ogólnym. Teraz już wiem, że ona jest zawsze konkretna, adresowana do konkretnego człowieka. Kościół to ludzie, którzy zostali mi przez Boga podarowani. To jest Kościół wcielony, a nie jakaś struktura czy idea.  

Odnajdywanie swojego miejsca w Kościele może iść także w kierunku kontemplacji. Ojciec lubi posługiwać się takim sformułowaniem jak „przebudzenie kontemplacyjne”. Od czego zacząć, jeśli ktoś czuje, że ciągnie go do kontemplacji, do pogłębienia swojego życia duchowego? 

– Ciekawe, że o to pytasz. Nawiąże jeszcze trochę do wcześniejszych wątków, bo chciałbym dodać, że moje bycie w Kościele opiera się na trzech filarach. I te trzy filary rozpoznałem w doświadczeniu pierwotnego Kościoła, o którym czytamy w Dziejach Apostolskich. Pierwszy to wspólnota, drugi to doświadczenie kontemplatywne. Trzeci z kolei to troska o ubogich. Ale o tym może za chwilę. Kontemplacja to bardzo osobisty wymiar tworzenia relacji z Bogiem i przebywania w Jego obecności. Podczas rekolekcji lubię powtarzać takie zalecenie, żeby ludzie modlili się tak, jak potrafią się modlić. Czasem na siłę próbujemy konstruować dziwne gmaszyska życia modlitewnego, a potem nam się to wywraca, bo to nie jest nasze. Warto rozpoznawać te czynniki, które służą naszemu spotkaniu z Bogiem i te właśnie elementy rozwijać i pogłębiać. Najlepszą metodą jest czas, cisza i prostota. Zawsze powtarzam, że sama praktyka wszystkiego cię nauczy. Uczysz się modlitwy, modląc się. Uczysz się kochać, kochając. Kiedy jesteśmy zakochani, wymieniamy mnóstwo wiadomości, dzwonimy do siebie, a kiedy jesteśmy w dłuższym związku czy w małżeństwie, to czasem wystarczy posiedzieć w milczeniu razem w parku i każdy będzie miał poczucie dobrze spędzonego czasu. Lubię polskie przysłownie: z kim przestajesz, takim się stajesz. Małżonkowie po latach bycia ze sobą upodabniają się do siebie. Z kontemplacją jest podobnie. Tyle, że chodzi o upodabnianie się do Pana Boga. 

To wróćmy jeszcze na sam koniec do ubóstwa. Leon XIV w swojej pierwszej adhortacji Dilexi te pisze o różnych rodzajach ubóstwa.  

– Długo miałem problem z troską o ubogich, bo zazwyczaj rozpatrywałem ich tylko wedle jednej kategorii, czyli ubóstwa materialnego. Nigdy nie czułem w sobie impulsu, żeby ruszyć do osób w kryzysie bezdomności czy potrzebujących na ulicy. Budziło to we mnie poczucie winy i wstydu, że nie odpowiadam na to wezwanie Kościoła, szczególnie za pontyfikatu papieża Franciszka. To się zmieniło, kiedy rozpoznałem inne rodzaje ubóstwa wokół mnie i kiedy poznałem „moich ubogich”, których Pan Bóg mi podarował. Chodzi oczywiście o ubóstwo ludzi skrzywdzonych seksualnie. 

Nie da się być chrześcijaninem, jeśli człowiek na serio nie potraktuje tego wezwania. Bo tu chodzi o to, by wydać siebie w miłości. Skoro jestem na modlitwie czy w liturgii wobec tego, który jest Miłością to nie mogę tego apelu nie wziąć do siebie. Papież Leon XIV wyciąga też radykalny wniosek, że ubodzy są sakramentalną obecnością. Z teologii wiemy, że sakramenty są widzialnymi znakami obecności Pana Boga. Zatem wychodząc do ubogich, mamy pewność, że spotykamy Chrystusa. Jeśli jest jakaś recepta na odnowę Kościoła, to widzę ją właśnie w tych trzech filarach: wspólnota, mistyczna relacja z Chrystusem i dbałość o relacje, zwłaszcza z tymi najbardziej marginalizowanymi. 

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Wybrane dla Ciebie

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze