film o siostrze Faustynie

Fot. Aleksandra Kamińska

„Miłość i Miłosierdzie”. Dwa spojrzenia na jeden film oraz dwie rozmowy: z s. Faustyną i ks. Michałem Sopoćką

11 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Od dzisiaj na ekranach polskich kin można oglądać film „Miłość i Miłosierdzie”. To fabularyzowany dokument o siostrze Faustynie Kowalskiej i kulcie Bożego Miłosierdzia. Czy warto iść do kina? Odpowiadają Hubert i Maciej, którzy film już widzieli podczas pokazu przedpremierowego.

A po ich relacjach coś na deser – rozmowa z czerwonego dywanu z odtwórcami głównych ról: Kamilą Kamińską (filmową s. Faustyną) i Maciejem Małysą (w filmie to ks. Michał Sopoćko).

Sceptyk idzie do kina 

(recenzja Huberta Piechockiego)

Muszę rozpocząć od istotnej informacji: jestem sceptykiem. Jakoś nigdy nie było mi po drodze z objawieniami prywatnymi, także z tymi, które miała św. s. Faustyna Kowalska. Oczywiście, wierzę w objawienie publiczne zawarte na kartach Pisma Świętego. Ale objawienia prywatne zawsze budziły moją wątpliwość. I nie ma w tym nic złego – katolicy nie są bowiem zobowiązani do wiary w objawienia prywatne. Mogą w nie wierzyć, ale nie muszą – i ta opcja jest mi zdecydowanie bliższa. Poszedłem do kina, by przed oficjalną premierą zobaczyć „Miłość i Miłosierdzie”, obraz Michała Kondrata poświęcony św. s. Faustynie Kowalskiej i kultowi Bożego Miłosierdzia. O Bożym Miłosierdziu wystarczająco wiele mówi mi Biblia na kartach Nowego, ale i starego Testamentu. Czy zatem blisko dwugodzinny seans kinowy zmienił moje myślenie o doświadczeniach siostry Faustyny?

Fabuła 

Film Kondrata ma dwie warstwy – fabularną i dokumentalną. Ta pierwsza skupiona jest wokół historii św. Faustyny Kowalskiej (zagrała ją świetna w tej roli Kamila Kamińska, aktorskie odkrycie ostatnich miesięcy!) oraz jej spowiednika, ks. Michała Sopoćki. Sceny z ich życia zdominowały pierwszą połowę filmu. Poznajemy najważniejsze fakty z życia świętej zakonnicy. Obserwujemy, jak rodziło się jej powołanie, jak spotkała Chrystusa i jak cierpiała. Po śmierci Faustyny skupiamy się na ks. Michale i jego udziale w szerzeniu kultu Bożego Miłosierdzia. Sceny fabularne są bardzo dobrze skonstruowane, nie są przegadane, nie brakuje w nich też  o dziwo  elementów humorystycznych, które pozwalają widzowi odetchnąć.

fot. misyjne.pl

Dokument 

Równolegle z warstwą fabularną prowadzona jest ta dokumentalna. Historię s. Faustyny i kult Bożego Miłosierdzia komentują specjaliści z różnych dziedzin. Nie brakuje emocjonalnych wypowiedzi osób dotkniętych działaniem Miłosierdzia. W dokumentalnej części filmu pojawia się m.in. fragment poświęcony dowodom na prawdziwość wizerunku Chrystusa na obrazie „Jezu, ufam Tobie”. To jeden z wątków zapowiadanych na plakacie. Spodziewałem się, że będą to naprawdę mocne dowody. Czy takie były? Śmiem wątpić. Pokazano właściwie jedno badanie naukowe, które według mnie nie rozstrzyga ani o prawdziwości wyglądu Jezusa z obrazu, ani o autentyczności Całunu Turyńskiego i chusty z Oviedo. Jest to też w sumie poboczny, a nie główny wątek całego filmu.

Miłosierdzie w pigułce 

Na pewno obraz Kondrata jest świetnym kompendium wiedzy na temat Bożego Miłosierdzia. Przybliżono historię s. Faustyny, ks. Sopoćki i Jana Pawła II. Poznajemy sekrety powstawania obrazu Jezusa Miłosiernego, sens i kult Bożego Miłosierdzia oraz przykłady działania miłosierdzia w życiu. W pewnym momencie odniosłem nawet wrażenie, że informacji jest za wiele i niepotrzebnie poruszono tak wiele różnych wątków (choćby rozbudowana sekcja poświęcona działalności litewskiego hospicjum prowadzonego przez s. Michaelę Rak). Rozumiem jednak, że twórcy chcieli przedstawić wszystkie najważniejsze aspekty Bożego Miłosierdzia. I to udało im się zrobić – zresztą w dość sprawnej, przyjemnej wizualnie formie. Film Michała Kondrata na pewno sprawdzi się np. na lekcjach religii. Katecheci dostają narzędzie do ciekawego opowiadania młodym o Miłosierdziu Bożym – film zamiast wykładu.

Nieprzekonany 

Ale… ale mnie to nie przekonało. To obraz, z którym mam problem. Bo podobał mi się jako film  sprawnie skonstruowany, fabularyzowany dokument. Ale dziełu Kondrata nie udało się przełamać mojego sceptycyzmu. Tak jak daleko było mi do objawień Faustyny przed seansem  tak samo daleko jest mi do nich i teraz. To film, który nie przekona nieprzekonanych. I nie mówię tylko o niewierzących czy innowiercach – ale też o takich jak ja. Obraz na pewno spodoba się tym, którym bliskie jest nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia. Utwierdzą się w swoich przekonaniach, poszerzą też pewnie swoją wiedzę. Ale do innych ten film nie trafi. Jest zbyt hermetyczny, potraktują go jak zwykły film dokumentalny  a po filmie religijnym oczekiwałbym osobiście też poruszenia warstwy duchowej i emocjonalnej. Mnie ten seans nie zmienił.

Fot. misyjne.pl

Bardziej dokument niż fabuła, bardziej wykład niż film 

(recenzja Macieja Kluczki)

W przeciwieństwie do Huberta jestem wiernym czcicielem Bożego Miłosierdzia w duchu objawień s. Faustyny. Ten kult „wyniosłem z domu” – nauczyłem się od Babci i od Mamy i tak jakoś zostało. Godzina 15:00 to u mnie często (praktycznie codziennie) choć krótka modlitwa „Jezu, ufam Tobie” i choć jeden dziesiątek Koronki (gdy okoliczności nie sprzyjają cichej i dłuższej modlitwie). Wiarygodności tych objawień nigdy więc nie poddawałem w wątpliwość, szczególnie że (oczywiście po początkowym sceptycyzmie) uznał je Watykan. Tu się z Hubertem więc różnimy, choć na temat samego filmu „Miłość i Miłosierdzie” mamy podobne odczucia. A nie oglądaliśmy razem!

Film to paradokument, jak mówią twórcy: „dokument fabularyzowany”. I właśnie z tym mam pewien mały kłopot. Zarówno warstwa aktorska, jak i dokumentalna są zrobione dobrze (jak na mój nos, a nie jest to nos krytyka filmowego tylko zwykłego kinomana). To się dobrze ogląda. Mnie jednak o samo połączenie tych dwóch gatunków chodzi. Na początku filmu reżyser zaprasza nas na szybką (żeby nie powiedzieć – ekspresową) podróż po historii wiary: od samego aktu stworzenia po Zmartwychwstanie. Przypomnienie to może być przydatne widzom ze słabiej ugruntowaną wiedzą religijną. Mnie zawsze takie szybkie lekcje jednak rażą, ale nie będę się czepiać. Już później, w tempie właściwym dla filmu poznajemy tę, która „ma przygotować świat na czasy ostateczne i na powtórne przyjście Chrystusa”. Akcja zaczyna się we wsi Głogowiec w 1922 r. W rodzinnym domu Faustyna słyszy od ojca (w tej roli Piotr Cyrwus): „Nie pójdziesz do klasztoru!”, „Ale Jezus mnie wzywa!”  odpowiada Helena Kowalska. Potem stajemy się świadkami objawienia. Dzieje się to latem 1942 r. w Łodzi. Faustyna, próbując nieco zapomnieć o Bożym wezwaniu, ucieka w adorację przyrody i życie towarzyskie. Gdy podczas jednej z potańcówek widzi Jezusa, muzyka dla niej milknie, znika całe towarzystwo. Jezus mówi do niej, by natychmiast jechała do Warszawy: „Tam wstąpisz do zakonu”. Później jesteśmy świadkami początków Faustyny w zakonie i spotkania z ks. Sopocką.

– Nazywam się Helena Kowalska i chciałabym rozmawiać z Matką generalną. 

– Matka generalna jest teraz bardzo zajęta. 

– Pan Jezus cię wzywa, powiadasz… Ciekawe… 

– Zaprosił mnie do życia doskonalszego…  

(dialog Heleny z siostrami ze Zgromadzenia) 

 Siły i słabości 

Siłą filmu jest na pewno mocna dokumentacja  to kilkunastu ekspertów, których wypowiedzi widzimy w filmie. To siła, ale jednocześnie w jakimś sensie jego minus. Tych głosów jest chyba za dużo, burzą dynamikę filmu, a przynajmniej mocno ją spowalnia. W pewnym momencie głosów ekspertów jest więcej niż samej historii kultu Bożego Miłosierdzia. Poczułem się jak na wykładzie  ważnym, dotyczącym istotnej kwestii, ale od filmu na dużym ekranie oczekujemy pewnie czegoś innego. Wciągający był dla mnie fragment filmu opowiadający o misji księdza Sopoćki, który po śmierci Faustyny na krakowskim Prądniku staję się tym, który musi zadbać o kult Bożego Miłosierdzia. Widzimy też, jak przebiegała niezwykle niebezpieczna i daleka wyprawa księdza Józefa Jarzębowskiego, który uciekając przed NKWD przez Syberię i Japonię, dotarł do Stanów Zjednoczonych. Tam mówił o objawieniach s. Faustyny. To historia raczej szerzej nieznana i dobrze, że film o niej opowiedział.

– Dusza moja buntuje się przeciwko niektórym poleceniom przełożonych, ale wszystkie wypełniam. 

– Zatem to nie grzech. 

(dialog Siostry Faustyny i ks. Sopoćki podczas spowiedzi świętej) 

Słowa, które warto zapamiętać 

„Miłość i Miłosierdzie” to dobra okazja, by przypomnieć sobie słowa Jezusa. Jezus mówi Faustynie: „Obiecuję, że duszaktóra czcić będzie ten obraznie zginie”. W czasie seansu zwróciłem szczególną uwagę na słowo „obiecuję”. Dotarło do mnie, jak silna to obietnica, bo przecież Bogu ufamy i wierzymy także wtedy, gdy nie wypowiada słowa „obiecuję”. A tu – na pewno nieprzypadkowo – tego słowa użył. Jakie to mocne i piękne, jaki nieprzebrany zdrój łask. „Miłość i Miłosierdzie” o tym przypomina. 

Bóg nikomu miłosierdzia swego nie odmówi. Niebo i ziemia może się odmienić, ale nie wyczerpie się miłosierdzie Boże (Dz 72). 

Cytaty z dzienniczka siostry Faustyny oraz z jej rozmów z księdzem Michałem mocno wybrzmiewają w filmie. Wiele z nich znamy, chociażby z rozważań przy odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego. Jeden jest dla mnie jednak nowością, a zwróciłem na niego uwagę właśnie w czasie filmu. To te słowa: „Niech przenikną nasze sądy o duszach, bo przedziwne jest z nimi Miłosierdzie Boże”.

Kamila Kamińska fot. misyjne.pl

Odtwórcy głównej ról specjalnie dla czytelników misyjne.pl

Kamila Kamińska: „W habicie czułam się szczęśliwa”  

Na uroczystej premierze filmu „Miłość i Miłosierdzie” nie obyło się bez czerwonego dywanu, błysków fleszy fotoreporterów. Przy tej okazji udało nam się porozmawiać z Kamilą Kamińską (filmową s. Faustyną) i Maciejem Małysą (filmowym ks. Sopoćką).

Kamila Kamińska film w całości obejrzała trzy dni wcześniej. Tuż przed uroczystą premierą w rozmowie z portalem misyjne.pl przyznaje, że były to niesamowite uczucia. „Poczułam wielkie wow! Po pierwsze dlatego, że ten film stał się faktem, że rzeczywiście jest już na dużym ekranie. A po drugie… że zobaczyłam siebie taką młodą, taką młodą duszę”. Kamila Kamińska oglądała film z zapartym tchem i przyznaje, że na początku przygotowań bardziej interesowała się warstwą duchową niż faktograficzną. „Teraz skupiłam się właśnie na tych informacjach, one stanowią bardzo ważną część filmu”  mówi aktorka. Odtwórczyni głównej roli podkreśla przede wszystkim historię obrazu, niesamowite wydarzenia z nim związane – m.in. to, że długo wisiał w Wilnie i nikt o nim nie wiedział, o tym, że trzeba było zdejmować warstwy farby, które na nim były już namalowane. „Moim najważniejszym zadaniem, na planie filmowym było to, by ukazać relację Jezusa i Faustyny, niezwykle bliską i silną” – mówi.

Zapytaliśmy Kamilę Kamińską, czy nie bała się skonfrontować z postacią, którą wielu zna, której wyobrażenie ma wiele osób: „Nie bałam się. Postanowiłam, że muszę zagrać prostą dziewczynę, która robi konkretne rzeczy. Wiedziałam, że istnieje już wizerunek Faustyny, ale nie czułam ciężaru, bardziej wyzwanie. Chcieliśmy zrobić to po naszemu”. I dodaje: „Od razu poprosiłam o Dzienniczek, chciałam też poznać życie zakonne”. Nie chciała bowiem pokazać ikony, tylko prawdziwą kobietę z krwi i kości, zakonnicę. W tym celu udała się do klasztoru w Ostrówku pod Warszawą oraz przy ulicy Żytnej (w samej stolicy). „Weszłam w pewne ramy, ale te ramy paradoksalnie otworzyły drogę. Wchodząc w habit, czułam się przeszczęśliwa. Czułam wtedy moją rolę”  tak wspomina dni za murami klasztoru. A dodajmy – to klasztor zamknięty, więc doświadczenie tym mocniejsze. Kamila Kamińska podkreśla, że spotkał ją wielki zaszczyt: „To niezwykłe, że jako osoba świecka mogłam być tak blisko. Miałam specjalny kluczyk do pokoju siostry Faustyny, byłam tam wieczorem, sama, miałam jej książeczkę z Psalmami, dotykałam tych samych kartek, co ona. Czułam jej obecność, czułam się tam szczęśliwa”  mówi z błyskiem w oku i przyznała, że niektóre siostry modliły się nawet o powołanie dla niej.

Zdjęcie: Kamila Kamińska w roli Faustyny Kowalskiej, fot. misyjne.pl

Rozmawialiśmy też z odtwórcą roli ks. Michała Sopoćki – aktorem Maciejem Małysą. Co zauważyliśmy obaj – jego rola to nie rola w cieniu. Od śmierci s. Faustyny to ks. Sopoćko przejmuje rolę orędownika Tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Maciej Małysa przypomina słowa kard. Franciszka Macharskiego, który gdy pytano go o to, czy nie boi się być i pracować w cieniu Wojtyły, on odpowiadał: „Jak w cieniu? W blasku!”. Maciej Małysa podkreśla, że ks. Sopoćko musiał uwierzyć w Tajemnicę Miłosierdzia Bożego i w misję Siostry Faustyny wbrew nadziei. Bo przecież umarła młodo, bo musiał sam kontynuować dzieło, i to w niesprzyjającym ku temu czasie wojny. Przypomniałem aktorowi cytat z jego dialogu z księdzem Jarzębowskim. Pochyleni nad zapiskami s. Faustyny stwierdzili, że mogą mieć doktoraty, teologię w małym paluszku, ale tak naprawdę Jezus lubi wybierać tych „najmniejszych”. Maciej Małysa zgodził się ze mną, że to bardzo ważny cytat i stwierdził, że postać s. Faustyny przypomina mu historię ks. Jana Marii Vianneya, który bardzo szybko zyskał sławę niezwykłego księdza a pytany o to, jak to się stało odpowiadał: „Jeśli ktoś byłby gorszy ode mnie, to Jezus by wybrałby właśnie jego. Wybrał mnie, bo to ja byłem tym najmniejszym”.

***

Już niedługo film ma być wyświetlany w 12 krajach Europy, później w Stanach Zjednoczonych, w krajach Ameryki Południowej, także w Korei Południowej i na Filipinach. Reżyser, Michał Kondrat zapowiada też pełnometrażowy film fabularny św. FaustynieZdwa lata, z amerykańskimi aktorami.

fot. misyjne.pl

 

„Miłość i Miłosierdzie”. Dwa spojrzenia na jeden film oraz dwie rozmowy: z s. Faustyną i ks. Michałem Sopoćką
6 (100%) 2 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze