Afryka. Najbliżej [MISYJNE DROGI]

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Znam wielu. Częściej niż w idealnie wypastowanych butach, widuję ich w klapkach z wytartą podeszwą. Koszuli nie piorą codziennie – bo szkoda im czasu. I wody. Jedzą mało – ale za to z innymi. O jedno dbają jednak szczególnie – zanim wyjdą z domu, dokładnie sprawdzają, czy niepotrzebną powagę zostawili w szafie, a nos nie zadarł im się zbyt wysoko.

Misjonarz – to słowo, które rozumiemy bardzo szeroko. Rzeczywiście, możemy spotkać ich niemal wszędzie. „Poszli i głoszą”, ale nie tylko słowem. Jest ich wielu, zwłaszcza w Afryce, gdzie na palcach jednej ręki policzyć można funkcje, których jeszcze nie pełnią. Z naciskiem na słowo jeszcze. Dziś jednak o pasterzach, których lamby (ubrania) pachną nie tylko wanilią i goździkami, ale przede wszystkim zaufaniem, prostotą i – nie bójmy się tego powiedzieć – ogromnym ubóstwem powierzonych im owieczek.

Biskup od kawy z mlekiem

– Wzruszało mnie, że w jego obecności wszyscy czuli się swobodnie, jak w domu. Pamiętam, że podczas śniadania biegał z dzbanuszkiem i dolewał mleka do kawy tym, którzy siedzieli przy stole. Nigdy nie przestawał się uśmiechać – biskup Pierre Zevaco, którego wspomina świecka misjonarka MISEVI Polska Olga Figiel,

pracował na Madagaskarze przez ponad pół wieku.Choć urodził się na Korsyce, dzieciństwo spędził w tunezyjskim mieście Sousse, który wówczas był francuskim departamentem. Na studia medyczne młody Pierre zostaje wysłany jednak do Algieru. I tu historia nabiera tempa – po ukończeniu uniwersytetu młody doktor trafia do szpitala. Mimo wielu badań, konsultacji z lekarzami i profesorami, nie widać szans na znalezienie przyczyny nieznanej im wówczas choroby. Podczas jednego z obchodów młodego Zevaco rozebrano do badania, a następnie zostawiono go nagiego na łóżku, bez opieki, jak sam później zauważy: „bez ludzkiej dobroci”.

ANNE AUBERT/WWW.AMICIPADREPEDRO.ORG/WIKIMEDIA

W pacjencie zobaczyć człowieka

W tym samym czasie w szpitalu pracuje grupa sióstr miłosierdzia. Zupełnie przypadkowo jedna z nich zauważa młodego Zevaco, bierze prześcieradło i okrywa nim pacjenta. Chłopak dostrzega, że chory nie jest przedmiotem, przypadkiem – jest kimś szczególnym. Jak opisuje ks. Vincent Jacquemin, po wyjściu ze szpitala Pierre utrzymywał kontakt z przełożonymi wspólnoty sióstr, które tam pracowały. Rozmowy o opiece nad chorymi naturalnie przechodzą w te o powołaniu.  Zevaco postanawia zostać księdzem. W czerwcu 1959 r. otrzymuje święcenia kapłańskie w Zgromadzeniu Misjonarzy. Młody ksiądz-lekarz uważa jednak, że jego miejsce jest między ludźmi. Prosi swojego przełożonego o umożliwienie mu pracy na Madagaskarze. Swoich małych pacjentów, przyjmuje klęcząc – nie tylko dlatego, żeby lepiej ich widzieć. Uważa, że dzieci są szczególnym darem Pana Boga i należy im się szacunek. Gdy w planach ma otworzenie kolejnych placówek medycznych, nieoczekiwanie dociera do niego informacja, że biskup Fort Dauphin – Alphonse Fresnel – zrezygnował z pełnionej przez siebie funkcji. Pierre Zevaco przejmuje jego obowiązki.

Do kawy dolewał Pana Boga

Poznałam go 2014 r., od trzynastu lat nie pełnił już funkcji biskupa – mieszkał w seminarium prowadzonym przez lazarytów w Fianaratsoa. Z każdym dniem coraz słabszy, jednak nadal tak samo uśmiechnięty. W kaplicy jego rola polegała na zapaleniu lampy. Mimo że chciał to zrobić jak najciszej, by nie przeszkadzać innym, już nie potrafił – niedołężne nogi szurały o śliską podłogę. A kawa z mlekiem, o której wspomina Olga? Nigdy już nie wypiję lepszej. Bo to nie mleka dolewał do tej kawy, tylko Pana Boga. O śmierci biskupa Zevaco dowiaduję się w lipcu 2017 roku, pijąc kawę – bez mleka.

Dziadek i jego samochód

Tym samochodem jechał już chyba prawie każdy. Po drodze podwozi tych, którzy serdecznie mu pomachali, którzy mają daleko, którym rower się zepsuł. Ale czym by był ten samochód bez „Dziadka” – księdza Kazimierza Bukowca? Bo to on, a nie toyota z napędem na cztery koła, najlepiej na świecie pokazuje, co to znaczy „być z ludźmi”. – Zainspirowany nauczaniem Jana Pawła II, od początku zająłem się pracą z młodymi. Robię to już na Madagaskarze 35 lat – opowiada o początkach posługi na wyspie ks. Kazimierz. Pomocy dla młodych Malgaszy szuka w Polsce, choć teraz myśli również o angażowaniu w akcje charytatywne mieszkańców okolicznych miejscowości – organizuje wsparcie edukacyjne i materialne, przede wszystkim jednak ze „swoją” młodzieżą po prostu jest.

foto Jarosław Florek

Pasterz, który pachnie owcami

„Dobry pasterz pachnie swoimi owcami”. Zapytany o to, w jaki sposób chce wcielać w życie te słowa odpowiada: „To, co powiedział papież Franciszek jest dla mnie szczególnie ważne również dlatego, że wskazuje, żeby przede wszystkim zbliżać się do tych, którzy z Kościoła z jakiegoś powodu odeszli lub go jeszcze nie poznali. Ewangelizacja to bycie blisko. Moim autem woziłem do szpitala ludzi po wypadkach, woziłem tych, którzy w tych wypadkach zginęli. Byłem po prostu dla nich, blisko. Jeden będzie potrzebował wypić z tobą piwo, inny iść się pomodlić, a jeszcze inny pomilczeć. Ostatnio na przykład podwoziłem do Fort Dauphin kobietę, okazało się, że w drodze zaczęła rodzić – dotarła bezpiecznie do szpitala. Podwożenie ludzi na pace samochodu to też bycie blisko”.

Powstanie tu dom

Z kryzysów rodzi się siła i wiara – również w to, że zmiana jest możliwa, że ponad dwadzieścia pięć tysięcy osób zagrożonych życiem na wysypisku śmieci znajdzie dach nad głową. Czy się tego spodziewał? Nie wiem. Wiem, że zwyczajnie robił swoje. Ojciec Pedro Opeka CM rodzi się w Buenos Aires w 1948 roku – jego rodzice, pochodzący ze Słowenii, uciekają z kraju ze względu na prześladowania religijne i komunistyczny reżim marszałka Tito. Po ukończeniu szkoły młody Pedro wyjeżdża na wakacje w Andy. Razem z grupą znajomych chce pomóc w budowie domu, w którym uboga ludność mogłaby się uczyć. Razem z dwoma studentami architektury budują pierwsze takie miejsce. To doświadczenie umacnia w nim chęć poświęcenia się najbiedniejszym i Bogu. We wrześniu 1975 roku otrzymuje święcenia kapłańskie w sanktuarium Matki Bożej z Lujan w Argentynie.

Bez nadziei

Pół roku później ojciec Pedro wyjeżdża na Madagaskar. Zostaje proboszczem w Vangaindrano. Wraz z innymi kapłanami i chłopami z pobliskich wiosek pracuje na polach ryżowych. Jest blisko tych, którzy doświadczają głodu, umierają z braku jedzenia – również wśród dzieci. W obliczu tych śmierci i chorób, które spotykają zrezygnowane rodziny, tak przecież ufające Opatrzności, bardzo szybko się buntuje i stara się je przekonać, że w tej śmierci Boga nie ma. Po trzynastu latach takiego życia, osłabiony i przytłoczony widokiem wielu dramatów, chce prosić o urlop naukowy, odzyskać siły, wiarę. Zgromadzenie ma jednak dla niego inną propozycję – wysyła Pedra do stolicy, gdzie skupić ma się na prowadzeniu seminarium.

foto Jarosław Florek

Powroty

Tydzień po przyjeździe do stolicy odkrywa, że na znajdującym się na obrzeżach miasta wysypisku śmieci, mieszkają… ludzie! Widzi dzieci i rodziców żyjących na stercie odpadów, rywalizujących o jedzenie z psami i świniami. Widzi człowieka, którego bieda zniszczyła – sprowadziła do poziomu zwierzęcia. Po sześciu miesiącach przekonuje siedemdziesiąt rodzin do opuszczenia wysypiska i próby stworzenia nowej wioski, w której zamieszkają. Nazwą ją Antolojanahary – dar Boży. Inicjatywa cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Wraz z kilkunastoma Malgaszami ojciec Pedro zakłada stowarzyszenie Akamasoa (dobrzy przyjaciele). Wierzy bowiem, że godność, którą odbiera skrajna bieda, przywrócić można dopiero wtedy, gdy osobom potrzebującym zapewni się odpowiednie środowisko – nie tylko duchowe, ale przede wszystkim socjalne – mieszkanie, szkoły, dobrze płatną pracę. W ciągu dwudziestu pięciu lat swojej aktywności pomoc organizowana przez Akamasoa dotarła do ponad pół miliona Malgaszy. Dwadzieścia pięć tysięcy – tyle osób mieszka aktualnie w osiemnastu wioskach zbudowanych przez stowarzyszenie założone przez ojca Opekę. W każdej miejscowości zbudowano ponad trzy tysiące domów, a także szkoły, kliniki i obiekty sportowe. Co niedzielę prawie osiem tysięcy osób uczestniczy w mszy na krytym stadionie na wzgórzu Manantenasoa, który w Akamasoa służy jako kościół. – To, co się wydarzyło na tej mszy, to coś niesamowitego. Radosny, głośny śpiew, ciarki na plecach – modlitwa na wielkiej petardzie – opowiada Agata Raczak, polska fizjoterapeutka i świecka misjonarka pracująca na Madagaskarze. Ojciec Pedro za swoją działalność był dwukrotnie nominowany do pokojowego Nobla, a w 2019 r. jego wspólnotę odwiedził papież Franciszek.

 

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze