Bangladesz fot. UNHCR / S.H. Omi /

Bangladesz. Łodzie pełne nadziei [MISYJNE DROGI]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Rohingya decydują się na ucieczkę z Birmy zatłoczonymi łodziami przemytników do Tajlandii i Malezji. Szukają nadziei na lepsze życie.

Nazywam się Saiful Huq Omi. Jestem podróżnikiem i fotografem, mieszkam w Bangladeszu. Ostatnio w swojej pracy dokumentuję ucieczkę ludu Rohingya – najpierw z Birmy do Bangladeszu, potem dalej do Tajlandii lub Malezji. Uciekają od strasznego życia jeszcze straszniejszymi łodziami przemytników ludzi. Wielu z nich trafiło w nasze okolice.

Bangladesz fot. UNHCR / S.H. Omi 

Rohingya

Wchodzę do nędznej chaty Yacouba i jego żony Shahiny. Mają czworo dzieci. Rodzina je właśnie posiłek. W powietrzu unosi się intensywny zapach miejscowej potrawy dahl z ryżem i dużą ilością curry. Czuć zapach przypraw, które bardzo lubię. Ojciec karmi najmłodszego syna. Trzy lata temu uciekli z Birmy w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Teraz mieszkają w wiosce Teknaf w południowo-wschodniej części Bangladeszu. Wiedzą, że to nie koniec ich ucieczki. Podchodzę i mówię: „Jestem Saiful Huq Omi. Zajmuję się fotografią. To nie tylko moja praca, ale pasja, życiowe
zadanie. Chciałbym zrobić kilka zdjęć i przekazać je światu, by zobaczył, co musicie przeżywać”. Okazuje się, że 29-letni nielegalny uchodźca (dla bezpieczeństwa nie podaję jego imienia) Rohingya pracuje w miejscowym meczecie i naucza dzieci Koranu, ale nie zarabia wystarczająco dużo, by wyżywić sześcioosobową rodzinę. Chciałby popłynąć do Malezji, by znaleźć lepszą pracę. Patrzę w oczy jego żony, 25-letniej Shahiny. Są bardzo smutne. Kobieta martwi się o męża, jednak nie może powstrzymać go przed podjęciem niebezpiecznej podróży. Proponują mi posiłek. Jest bezchmurne niebo i świeci słońce. Po posiłku rodzina wybiera się na plażę w Teknaf. Towarzyszę im. Dzieci są uśmiechnięte. Nieczęsto zdarza się, że cała rodzina idzie na wspólny spacer. Dla maluchów to kolejny radosny dzień. Nie domyślają się, że ich ojciec przygotowuje się do wyprawy, z której może nigdy nie wrócić. Możliwe, że będzie musiał stawić czoła przemocy przemytników. Jeśli przetrwa, znajdzie kiepską pracę w szarej strefie w Malezji i będzie mógł wysyłać pieniądze swojej rodzinie. Nagle mówi mi, że plaża, na której teraz bawią się dzieci, jutro może stać się cmentarzem. Nic nie odpowiedziałem.

>>> Bangladesz: Katolicy giną przez fake newsy

Co innego możemy zrobić ?

Południowy, męczący skwar. Nędzna chatka w Teknaf. Odwiedzam trzydziestoletnią Mehr. Jej mąż, Abdullah, również rozważa podróż łodzią z przemytnikami do Malezji. Słyszeli o ludziach, którzy dopłynęli, ale takżeo tych, którzy nie przeżyli. Ich szóste dziecko niebawem przyjdzie na świat. Mehr stoi pośrodku chaty, obejmując średniego syna. Proszę o chwilę rozmowy. Waha się, ale w końcu daje się przekonać. Z nieskrywanym smutkiem mówi o potencjalnym wyjeździe męża: „Boję się, ale co innego możemy zrobić? Jeśli może tam zarobić i przesyłać pieniądze, będziemy lepiej żyć, w przeciwnym razie – nie wiem”. W rogu chatki przy maszynie do szycia siedzi córka Mehr, Aisha. Ma 15 lat. Pracuje, by wesprzeć rodziców. Zarabia jednak zbyt mało, by utrzymać
siedmioosobową rodzinę. Rohingya nie mają ważnych dokumentów i są niezarejestrowani, dlatego często w Bangladeszu wykorzystuje się ich i dyskryminuje, płacąc za mało.

>>> Bangladesz: wypędzenia i prześladowania to codzienność

Płynę po nadzieję

Idę znowu na plażę. Widzę rybaków wracających z połowu. Rybołówstwo jest głównym zajęciem w osadzie Teknaf. Prawie wszyscy rybacy to niezarejestrowani Rohingya, uchodźcy z Birmy. „Oni są nieustraszeni. Mogą łowić cały rok, nawet w porze deszczowej” – twierdzi miejscowy rybak. Szanuje ich za wsparcie dla lokalnego rybołówstwa. Podchodzę do jednego z nich. To wysoki mężczyzna w sile wieku. Jest zadowolony, bo połów się udał. Pytam, jak mu się żyje. Mówi, że przyszłość jest niepewna. Jeśli umrze na morzu, rodzina nie dostanie odszkodowania. Pracujący z narażeniem życia Rohingya otrzymują jedzenie i schronienie w prymitywnych szałasach. W razie potrzeby mogą również dostać zapomogę od pracodawcy. Łodzie, których używają w ciągu dnia do połowu ryb, w nocy są wykorzystywane przez przemytników do transportu kolejnych pełnych nadziei Rohingya do Tajlandii lub Malezji.

Bangladesz fot. UNHCR / S.H. Omi /

Cenne pamiątki

Kolejnego dnia w lesie spotykam dziewczynę w czerwonych spodniach i kwiecistej bluzce. Trzyma w ręku telefon komórkowy. Pokazuje zdjęcie brata. To jeden z niewielu portretów chłopca, które posiada. Jest dla niej bardzo cenne. Reza był maluchem, gdy jego rodzice uciekli z Birmy do Bangladeszu. W grudniu 2013 r., jako piętnastolatek, wszedł na pokład łodzi przemytników wraz z 170 innymi uchodźcami. Miał nadzieję na stabilizację w Malezji. Słuch po nim zaginął. Jego rodzina jest załamana. „Allah zabrał go od nas, co możemy zrobić? Wysłanie go było dużym błędem” – mówi jego ojciec, Rehman. Jest już jednak za późno. Takie pamiątki są dla rodziny bardzo ważne. Dla Sakiny taką pamiątką jest koszula pozostawiona przez jej syna Mohammada. Odwiedzam ją w chacie późnym wieczorem. Na zewnątrz jest chłodno i przyjemnie. Kobieta przytula się do koszuli i opowiada swoją historię. Osiemnastoletni Rohingya popłynął do Malezji ponad dwa lata temu, aby wesprzeć swoich rodziców i piątkę rodzeństwa, którzy pozostali w Bangladeszu. Jego łódź została przechwycona w Zatoce Bengalskiej. Mohammad wylądował w więzieniu w Birmie. Rodzina próbowała go uwolnić. Zebrała 16 000 taka (207 dolarów), ale to nie wystarczyło. „Straciłam nadzieję na ściągnięcie go z powrotem. Nie mogę się uspokoić” – szlocha Sakina, ocierając nerwowo łzy. Teraz Mohammad przebywa w więzieniu.

Bangladesz fot. UNHCR / S.H. Omi /

Płomyk nadziei

Sakinie i jej rodzinie się nie udało. Dla dziewięcioletniego Hafeza jest jeszcze nadzieja. Chłopiec uczy się bengalskiego, angielskiego i matematyki z 54 uczniami w szkole religijnej w Teknaf. Jego rodzice płacą 50 taka (65 centów) tygodniowo za takie nieformalne zajęcia. Wiele innych dzieci nie ma dostępu nawet do takich lekcji ze względu na brak funduszy i nauczycieli. Ojciec Hafeza pracuje w Malezji i przesyła pieniądze. Jednak jako niezarejestrowany Rohingya, dorastający bez sformalizowanej edukacji w Bangladeszu, może liczyć tylko na niskopłatną pracę i wyzysk. Oby sytuacja nie zmusiła go do pójścia w ślady ojca i powierzenia życia przemytnikom.

o. Saiful Huq OMI

>>> Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę <<<

Zobacz także
Wasze komentarze