Jest moc! Ludzie Ducha Świętego

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.
Misjonarze sami z siebie są słabymi ludźmi. Im bardziej są otwarci na Boga, tym większe rzeczy robią.

Każdy człowiek jest powołany do życia w Duchu Świętym. To bardzo ważne, bo bez tej pomocy nie jesteśmy w stanie czynić dobra. Po ludzku nie mamy na to siły. Może na początku. Misjonarze to osoby, które bardzo mocno doświadczają, że bez tego wsparcia rzeczywistość, w której żyją, ich pokona. Sami z siebie nie będą szukać dzieci na śmietniskach, w favelach czy w kolektorach ciepłowniczych. Sami z siebie, bez rękawiczek i obrzydzenia, nie będą opatrywać chorych na trąd, dżumę, cholerę czy inne choroby. Sami z siebie nie dadzą rady jeździć psimi zaprzęgami od wioski do wioski na arktycznej pustyni, pływać po Amazonii pełnej komarów i krokodyli czy na piechotę przemierzać buszu tropikalnego, wysokich Andów, pustyń czy interioru. Sami z siebie nie pozostawaliby, często samotni, brudni, chorzy, wśród ludzi, gdzie mieszkają. Tak żyją współcześni misjonarze. Często bez Internetu, telefonów i bez parcia na karierę. A może właśnie ich karierą jest bycie dla innych. Nasz kraj może pochwalić się misjonarzami, ludźmi Ducha Świętego, o których mówimy, że są ikonami misji. Ikonami, bo kiedy przyjrzeć się ich życiu, widać, jak żyć powinni inni, choć nie tylko oni, bo po prostu chrześcijanie.


Misja w mocy ducha – droga dla każdego
Patrząc z tej perspektywy, nie istnieje misja ewangelizacyjna Kościoła bez mocy Ducha Świętego. Co więcej, to Duch Święty prowadzi dzieło zbawienia. Możemy doświadczyć Jego mocy, zobaczyć Jego działanie, dotknąć żywej obecności Trzeciej Osoby Boskiej we współczesnym świecie. Najlepszym miejscem tego spotkana z Duchem Świętym są misje. Przez analogię można powiedzieć, że misyjność jest niejako innym imieniem Ducha Świętego. Przecież misja to posłanie, a Duch Święty jest Posłanym przez Ojca i Syna do nas, do świata. Nie jest to rzeczywistość zarezerwowana jedynie dla wybranych: kogoś lepszego, mądrzejszego, bardziej pobożnego. Każdy z nas, ochrzczonych, jest misjonarzem, a więc każdy, dając świadectwo swej przynależności do Chrystusa, działa w mocy i z mocy Ducha Bożego. Jak jednak konkretnie, tak „po ludzku”, doświadczyć obecności Ducha Świętego? Jego mocy, działania, dotyku? Bóg mówi do nas językiem, który możemy zrozumieć: On chce dać się nam poznać, dlatego swoje działania ubiera w ludzkie słowa. Takimi współczesnymi słowami, którymi mówi do nas Duch Święty, są misjonarze – ci z nich, którzy pozwolili Duchowi Świętemu działać przez ich serca, ręce, słowa. Nie ograniczali Go swoimi obawami, niepewnościami, ale byli wolni i odważni w świadectwie życia chrześcijańskiego pełnego mocy Ducha Świętego. Ostatnie lata naszej współczesnej historii pisane są przez osoby mniej lub bardziej znane, które inspirują, pokazując żywą obecność i działalność Ducha Świętego.

Pokaż mi, jak to działa
Aby wypełnić swoje powołanie, misjonarz musi mieć serce maksymalnie otwarte na działanie i moc Ducha Świętego. To Duch Święty jest sprawcą, organizatorem i głównodowodzącym na froncie misyjnym. Bóg w swoim wielkim miłosierdziu działa zawsze z człowiekiem i przez człowieka. Mówi do nas ludzkim językiem i dotyka nas ludzkimi gestami. Nie ma chyba rzeczywistości, która bardziej odzwierciedlałaby obecność i moc Ducha Świętego niż życie i posługa misjonarzy. Mamy jednak wśród nich przykłady osób niezwykłych. Nie z pierwszych stron celebryckich gazet, ale z afrykańskiego buszu, skromnych szpitali czy ubogich ochronek dla dzieci, a jednak potężnych mocą miłości, zdolnych góry przenosić, z wiarą dająca siłę w sytuacjach – wydawałoby się – bez wyjścia. Misjonarze działający w mocy Ducha Świętego, delikatni jak powiew wiatru i mocni jak huragan, dający nadzieję jak wiosenny deszcz, kochający jak najczulsza z matek. Można by wypunktować teraz długą listę osób mniej lub bardziej znanych. Spróbujmy jednak dostrzec działającego Ducha Świętego w życiu niektórych ze współczesnych apostołów posłanych na krańce świata.

Leczyć choroby i duszę

Zacznę od kobiety niezwykłej w swej prostocie i sile. Spotkałam ją osobiście kilkakrotnie. Drobna, starsza pani, delikatna, wręcz krucha, a jednocześnie emanująca wielką siłą. Gdy myślę o pani dr Wandzie Błeńskiej, to automatycznie zaczynam się uśmiechać. Ona taka była: mądre, piękne oczy, ciepły, szczery uśmiech. Skąd w tej filigranowej kobiecie była taka siła? Dokta (tak o niej mówili Ugandyjczycy, którym służyła, lecząc ich poranione trądem ciała i dusze) była osobą bardzo prostą. Dostrzegała piękno i znajdowała radość w drobnych momentach, z jakich utkane było jej życie – najpierw w przedwojennym Poznaniu, potem w Bulubie i w ostatnich latach życia spędzonych przy ulicy Miłej. Bez żywej obecności Ducha Święte go spędzenie ponad 40 lat na leczeniu trędowatych w Afryce byłoby niemożliwe. W życiu Dokty moc Ducha objawiała się nie w spektakularny sposób, przez wielkie uzdrowienia, ale w delikatnym powiewie miłości, szacunku dla drugiego człowieka, dostrzeganiu jego zwykłych potrzeb i dotyku pozbawionym bariery lateksowych rękawiczek. Zażyłość z Bogiem, otwarcie na Jego obecność owocowała nie tylko w pięknym dziele medycznym w ugandyjskiej Bulubie. Moc Ducha promieniowała wszędzie, gdzie pojawiała się Dokta. Jej misyjność nie była zamknięta jedynie w konturach kontynentu afrykańskiego. Tej niesamowitej tajemnicy jedności i powszechności Kościoła, którego sercem są misje, w bardzo namacalny i widoczny sposób można było doświadczyć, spotykając dr Wandę Błeńską. Te spotkania zawsze były przepełnione paradoksem mocy Ducha objawianego w delikatności i łagodności. Jedna z autorek książki pt.: „Wanda Błeńska. Spełnione życie”, pisze: „Ilekroć wychodziłyśmy od Dokty, świat wydawał nam się lepszy”.

Kreatywność dla innych

Inną postacią, która z całą otwartością i gotowością przyjęła obecność i prowadzenie Ducha Świętego w swoim życiu, była wolontariuszka Helena Kmieć. Wydawać by się mogło, że historia jej życia jest diametralnie różna od poprzedniej bohaterki. A jednak, gdyby czytać te dwa życiorysy: ponad stuletniej misjonarki i 26-letniej Heleny z perspektywy ich zdolności do przyjęcia i przekazywania dalej mocy Ducha Świętego, możemy odnaleźć łączące je nici. Skąd młoda dziewczyna bierze entuzjazm, kreatywność i gotowość do ofiarowania siebie w bezinteresownej służbie drugiemu człowiekowi jak nie z obecności Ducha Świętego i Jego mocy w swoim życiu? Wielu z nas zapamiętało Helenę Kmieć ze zdjęć, na których widać młodą, piękną dziewczynę z gitarą. Widać radość i entuzjazm promieniujący z jej twarzy pełnej spełnienia i szczęścia. Młode życie wolontariuszki misyjnej było budowane na fundamencie wiary, to moc Ducha Świętego dodawała jej sił i otwierała na coraz piękniejsze pomysły – jak przeżyć życie w służbie dla bliźniego, by życie było wartościowe, pełne i spełnione. To jest misja pełna Ducha – nie osiągnięte sukcesy czy kolejne punkty wpisane do CV, ale pełnia życia tu i teraz ofiarowanego Bogu i bliźniemu w służbie misyjnej.

Wikariusz w kardynalskim kapeluszu
Świadków wiary, którzy misję swojego życia przeżywali w mocy Ducha Świętego, jest wielu. Można by pokusić się o stwierdzenie, iż jeśli kandydat na ołtarze żył w mocy Ducha Świętego, to był świadkiem wiarygodnym, prowadzącym innych do źródła miłości Trójcy Świętej. Jest jednak wielu takich „niekanonizowanych” świętych, przeżywających i wypełniających misję swego życia i misję ewangelizacyjną Kościoła w mocy Ducha Świętego i mocą Ducha Świętego. Do tych pięknych portretów może my dołączyć niezwykłego misjonarza, którego życie na każdym z jego etapów naznaczone było niezwykłą obecnością Opatrzności Bożej. Ks. kard. Adam Kozłowiecki – jezuita, więzień Auschwitz i Dachau, misjonarz w Zambii, zwykły wikariusz w kardynalskim kapeluszu. Kardynał Kozłowiecki przeszedł do wieczności w wielu 96 lat w Lusace. Czytając wspomnienia z czasów pobytu w obozach koncentracyjnych czy też przebogatą korespondencję obrazującą jego posługę misyjną, czytelnik dostrzega aktywność i współodpowiedzialność, z jaką podejmował Boże dzieła. Kard. Adam Kozłowiecki, jak na jezuitę przy stało, rozeznawał w iście ignacjański sposób, a poznawszy Wolę Bożą, pełen mocy po prostu ją realizował. Z wrodzonym poczuciem humoru pokonywał kolejne przeszkody i zakręty swojego życia. Zawsze zabiegany, oddany służbie
misjonarskiej, wchodził w afrykańską rzeczywistość z pokorą i cierpliwością. Moc Ducha objawiała się w jego posłudze w cierpliwym słuchaniu, patrzeniu i przyjmowaniu tej jakże innej zambijskiej rzeczywistości.

Ty też tak możesz
Przykłady wspaniałych lekarzy, wielkich misjonarzy czy młodych wolontariuszy dających siebie innym są jak drogowskazy i latarnie pokazujące, że każdy z nas też ma w sobie to samo powołanie – powołanie misyjne, które nie może być realizowane inaczej jak tylko w mocy Bożego Ducha. Ich wspomnienia, listy, życiorysy rozpalają serca – to jest działanie samego Ducha, który ma tak ich uzdalniać, by nie bać się porzucić tego, co wygodne i bezpieczne, tylko z mocą wstać z kanapy, ubrać buty i iść na misyjny szlak.
Elżbieta Sołtysik SSPC
Jest moc! Ludzie Ducha Świętego
6 (100%) 2 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze