fot. Anton Sulsky/unsplash

Kambodża: szczęście w cieniu mrocznej historii [FOTOREPORTAŻ/MISYJNE DROGI]

To będzie opowieść o prostym i spełnionym życiu. O kraju, w którym nie obchodzi się urodzin, za to celebruje się śluby i pogrzeby. A stosunkowo młody wiek społeczeństwa ma związek z zaburzonym umysłem pewnego krwawego dyktatora. Wbrew wyjątkowo mrocznej historii – spotkałem tu szczęśliwych ludzi.

Ten kraj funkcjonuje w cieniu swoich słynnych sąsiadów. Tuż za zachodnią granicą Kambodży położona jest, modna wśród turystów, Tajlandia. Natomiast, gdybyśmy wyruszyli ze stolicy kraju Phnom Penh w kierunku wschodnim, to zaledwie po 240 kilometrach drogi dojechalibyśmy do Sajgonu, czyli jednego z najbardziej znanych miast Wietnamu. To kolejny hit turystyczny Azji Południowo-Wschodniej.

fot. Michał Szulim

Zapraszam do trzech różnych miejsc w Kambodży, w których poznamy z bliska jej mieszkańców i mroczne cienie kładące się na historii tego kraju.

Świątynie Angkor

Umówmy się, jeśli na fladze jakiegoś państwa widnieje budynek, to nie może to być zwykła budowla. A tak się składa, że głównym elementem flagi Kambodży jest świątynia Angkor Wat, symbol największego kompleksu religijnego świata, zajmującego w sumie teren około 400 km². Znajduje się tutaj niemal tysiąc świątyń, pałaców królewskich, mostów, bram oraz zbiorników wodnych. Już ponad dziesięć wieków temu mieścił się tu Angkor – stolica Imperium Khmerów i największe ówcześnie miasto świata. To bez wątpienia najważniejszy zabytek Kambodży.

fot. Tep Dara/unsplash

Niedaleko kas biletowych poznaję Lan – na oko 30-letnią sprzedawczynię jedzenia ulicznego. Tak zwany street food to w Kambodży prawdziwa instytucja: każdego dnia w tym kraju rozstawiają się setki tysięcy stoisk, oferujących za niewielkie pieniądze lokalne przysmaki. Lan zna język angielski (co nie jest w tym kraju oczywiste), więc zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że ma męża, który sprzedaje jedzenie na nocnym targu, w pobliskim Siem Reap. Mają dwoje dzieci, ale muszą ciężko pracować. Przede wszystkim po to, żeby spłacić dług za swoje wesele. W Kambodży to jedna z dwóch najważniejszych imprez w życiu, na którą składają się i zadłużają całe rodziny. Na wesele zaprasza się nawet kilkaset osób. Tutaj przysłowie „zastaw się, a postaw się” działa aż nadto. Dowiaduję się, że kiedy już spłacą swój dług, będzie trzeba zacząć myśleć o odkładaniu pieniędzy na… pogrzeb! W Kambodży ceremonie pogrzebowe są bardzo kosztowne i trwają nawet kilkadziesiąt dni. Ich koszt dochodzi do kilku tysięcy dolarów, przy czym średni miesięczny zarobek w Kambodży wynosi dwieście dolarów.

fot. Angkor feel/unsplash

Ale Lan twierdzi, że jakoś dają sobie radę. Najważniejsze jest to, że tworzą rodzinę i spędzają ze sobą dużo czasu, bo dzieci często towarzyszą im w pracy. Piękny uśmiech ani na moment nie schodzi z jej twarzy.

Phnom Penh

W Kambodży mijam w ogóle wielu uśmiechniętych ludzi, głównie młodych lub co najwyżej w średnim wieku. Aby poznać tego przyczynę, jadę do stolicy – Phnom Penh. Moim celem są dwa miejsca, które jednak z uśmiechem nie mają absolutnie nic wspólnego.

fot. Michał Szulim
fot. Fredrik von Erichsen/PAP/DPA

Są one związane z najbardziej mrocznym okresem w historii, kiedy Kambodżą rządzili Czerwoni Khmerowie, pod dowództwem Pol Pota. Władali krajem przez cztery lata (1975–1979), w tym krótkim czasie wymordowali jedną czwartą mieszkańców, czyli niemal dwa miliony ludzi! Zginąć można było nie tylko za odmienne poglądy, ale także poprzez fakt bycia cudzoziemcem lub intelektualistą. Żeby być za niego uznanym, wystarczyło znać język obcy, mieć zbyt gładkie dłonie lub też… nosić okulary. Czerwoni Khmerowie wyzerowali kalendarz kraju, zmienili jego nazwę oraz zlikwidowali szkoły i szpitale, bo uznali, że całe społeczeństwo musi pracować na roli, włączając w to najmłodsze dzieci. I tu dochodzimy do tajemnicy dość młodego wieku społeczeństwa Kambodży. Otóż, większość starszych ludzi została brutalnie wymordowana przez reżim Khmerów, bo ci uznali, że seniorzy nie nadają się już do pracy fizycznej.

Więzienie Czerwonych Khmerów/fot. Michał Szulim

Ludzie byli mordowani na tak zwanych polach śmierci, także na tym najsłynniejszym, na obrzeżach stolicy, które nadal robi ogromne wrażenie. Natomiast przeciwnicy polityczni byli brutalnie przesłuchiwani w budynku byłej szkoły średniej, zamienionej na więzienie o nazwie Tuol Sleng, lub krócej: S-21. Nad tym pozornie sielskim miejscem unosi się dramat dziesiątek tysięcy więzionych tutaj i torturowanych ludzi.

Wychodzę ze zwiedzania wstrząśnięty.

W kawiarni, położonej tylko dwie przecznice od mrocznego budynku więzienia, króluje zatem młodość i radość. Za barem uwija się modnie ubrana para, a kawę roznosi po sali młody, na oko 10-letni chłopak, ich syn. Opowiadają mi, że historia Czerwonych Khmerów jest dla nich odległym tematem, choć ją oczywiście znają, bo uczyli się o niej w szkole. A to, że syn pomaga im w pracy niemal codziennie? W tym kraju to normalne, oni też pracowali z rodzicami, to nic złego.

fot. Michał Szulim

Zastanawiam się tylko, czy nie jest to aby jakaś mentalna pozostałość po mrocznych czasach Czerwonych Khmerów, kiedy dzieci musiały pracować? Zapewne nigdy się tego nie dowiem.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<

Tonle Sap

Ależ tu spokojnie. Wycieczka nad największe jezioro Kambodży to jednocześnie wyprawa wehikułem czasu. Dotarłem właśnie nad jedną z tak zwanych „pływających wiosek”, w której czas się zatrzymał, turystów spotyka się rzadko, a mnie ogarnia błogi spokój. Tutaj od setek lat żyje się zgodnie z naturą, ludzie mieszkają na barkach lub w charakterystycznych domach na palach. Wszędzie rozwieszone są sieci rybackie, bo mieszkańcy żyją głównie z połowu ryb. Kiedy robię zdjęcia, podchodzi do mnie Heng, wraz ze swoim synem. Pytam, ile ma lat, dowiaduję się, że mniej więcej 35. Okazuje się, że w tym kraju nie obchodzi się urodzin! Prawie nikt nie pamięta daty swojego przyjścia na świat. Ale on się śmieje, że to jeszcze nic, bo jego rodzice znają tylko przybliżony rok swoich urodzin.

fot. Michał Szulim

Dookoła otaczają nas wody jeziora, właśnie zachodzi słońce, a śmiech Henga jest zaraźliwy. Natomiast ja sobie właśnie uświadamiam, że szczęście można odnaleźć wszędzie na świecie, niezależnie od statusu materialnego czy pochodzenia i bardzo często kryje się ono w najprostszych, codziennych czynnościach. I śmieję się razem z nim.

fot. Michał Szulim
Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze