fot. arch. misjonarki

Kanada: nie jestem „zbawicielką” [MISYJNE DROGI]

Kilka tygodni temu, w środku nocy, do drzwi misji zapukała młoda kobieta. Była pijana, pod wpływem narkotyków i chciała zostać na noc. Rozmawiałyśmy przez chwilę, próbowałam rozeznać, co się dzieje, ale nie wpuściłam jej do domu.

Po latach życia w arktycznej wiosce wiem, że pomaganie nie znosi granic, a dbałość o drugiego człowieka nie może oznaczać porzucenia troski o siebie. Tylko że tę prawdę najłatwiej wypowiedzieć w spokojny dzień, a najtrudniej unieść wtedy, gdy następnego ranka przychodzi wiadomość, że ktoś odebrał sobie życie.

Przez długie pół godziny próbowałam ustalić, kto to był. Przez te trzydzieści minut w środku mnie toczył się spór, którego nie da się rozstrzygnąć jednym rozsądnym argumentem. Powtarzałam sobie, że nie popełniłam błędu, że miałam prawo ochronić własne bezpieczeństwo, a jednocześnie modliłam się tylko o jedno: „Boże, oby to nie była ta kobieta” – bo gdyby to była ona, to nie wiem, ile czasu zajęłoby mi wybaczenie samej sobie, że tamtej nocy postawiłam granicę.

To nie była ona. Ale ulga nie przyniosła pokoju, bo w Whale Cove, wiosce liczącej niecałe czterysta ludzi od początku roku aż trzy osoby odebrały sobie życie, a w naszej diecezji w okolicach Wielkanocy prób samobójczych było około dziesięciu. W wielkim świecie taka liczba mogłaby stać się statystyką. Tutaj każda z tych osób ma twarz, imię, głos, rodzinę, historię, czasem wspólną modlitwę, czasem jedno zdanie wypowiedziane na ulicy.

Tak wraca do mnie szesnaście Bibiana. Nie chcę pamiętać jej przez pryzmat śmierci, bo najpierw była dziewczynką, która przychodziła do kościoła na zajęcia i z zachwytem patrzyła na moje oczy, nie mogąc uwierzyć, że taki kolor może być prawdziwy. Gdy przygotowywała się do pierwszej Komunii, była jedną z najpilniejszych uczennic, a jednak w dzień uroczystości nikt jej nie obudził i nie przyjęła Jezusa. Było w niej zawsze coś szybkiego, niespokojnego, jakby biegła wcześniej, niż zdążyła pomyśleć. Ostatni raz widziałam ją na licy. Szła, niosąc młodszą siostrzyczkę w amauti (tradycyjnej inuickiej kurtce do noszenia dzieci), a pod jej nogami biegł mały szczeniak. Czasem wydaje mi się, że po jej twarzy przemknął wtedy jakiś cień.

fot. arch. misjonarki

Tylko czy naprawdę tam był? A może próbuję go odnaleźć dopiero po jej śmierci, bo jeśli był, pozostaje nadzieja, że następnym razem dostrzegę go u kogoś innego i pomogę we właściwym czasie. Właśnie tu zaczyna się jedna z największych pokus misjonarza: przekonanie, że jeśli będzie się wystarczająco uważnym, obecnym i dobrym, to zdoła się wszystkich ocalić. Kilka lat temu odszedł chłopak z mojej pierwszej grupy do bierzmowania, potem była nieudana próba samobójcza jego koleżanki, potem kolejna śmierć. Była też dziewczyna, którą udało się zatrzymać w porę i wysłać do szpitala, otoczyć opieką. Dziś żyje i planuje założenie własnej rodziny. Może właśnie dlatego serce zaczyna szeptać niebezpieczne zdanie: skoro raz się udało, może uda się zawsze.

Nie zawsze się uda. Piszę to z bólem i nie jest to rezygnacja, ale pokora, której na Północy uczę się każdego
dnia. Przyjechałam tutaj, jak wielu misjonarzy, z wielkim planem na pomaganie, ale w ciągu lat odkryłam – nie! – nauczyłam się, że nie jestem odpowiedzialna za wszystkie ludzkie rany, decyzje i noce, których nie wiedzę. Misjonarz przyjeżdża na placówkę, by głosić Zbawiciela, ale czasem, niepostrzeżenie, próbuje zająć Jego miejsce.

Nadal pytam, rozmawiam, wypatruję. Nadal mam nadzieję, że czasem uda mi się zdążyć, ale coraz lepiej rozumiem, że moim zadaniem nie jest uratowanie wszystkich. Moim zadaniem jest być przy człowieku tak wiernie, jak potrafię, i kochać go bez złudzenia, że moja miłość ma moc zbawiania świata. A reszta? Reszta należy do Zbawiciela.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

zł
Zobacz także
Wasze komentarze