fot. arch. Macieja Jaworskiego OCD

O. Maciej Jaworski OCD: poznałem ludzi, którzy żyli razem z męczennikami [ROZMOWA]

Rwanda przez lata była w Europie symbolem porażki ewangelizacji. Tymczasem dla o. Macieja Jaworskiego OCD stała się miejscem spotkania z żywą wiarą i świadectwem męczenników. W rozmowie z Mikołajem Lisiakiem (misyjne.pl) karmelita bosy opowiada o swoim doświadczeniu bycia misjonarzem.

Mikołaj Lisiak (misyjne.pl): Jak wyglądały początki Ojca pracy w Afryce?

Ojciec Maciej Jaworski OCD: – Wyjechałem na misje w 2006 roku. Dziewięć lat pracowałem w Rwandzie, dwa lata w Kenii, a teraz jestem dziewiąty rok w Burundi. W Rwandzie pierwszym etapem mojej posługi był dom rekolekcyjny i formacja – nowicjat oraz postulat. Byłem też później wychowawcą kleryków. Była to misja polegająca bardziej na słuchaniu ludzi, taka „klasztorna”, na miejscu. Ten etap misji podsumowałem studiami na Katolickim Uniwersytecie Afryki Wschodniej, na specjalizacji z duchowości, pisząc pracę na temat męczenników Rwandy z czasu ludobójstwa. Ten pierwszy etap mojego pobytu na misjach to był czas wielu rekolekcji i słuchania ludzi, poznawania tego, co ukryte za powierzchnią. Wtedy zmieniła mi się perspektywa patrzenia na Kościół w Rwandzie – zobaczyłem jego historię nie tylko przez pryzmat morderców, o których wszyscy mówili, ale także przez pryzmat ofiar i męczenników. To był dla mnie bardzo ważny etap.

Czy wstępując do Karmelu, szedł Ojciec z myślą o wyjeździe na misje?

– Nie, absolutnie nie. Gdy byłem młodym chłopakiem, misje docierały do mnie przez zdjęcia, czasopismo „Misyjne Drogi” oraz przez werbistów z domu rekolekcyjnego w Laskowicach. Nie myślałem jednak o wyjeździe na misje. Wstępując do Karmelu, nie miałem pojęcia, że karmelici zajmują się misjami. To misje znalazły mnie w Karmelu. W nowicjacie w Czernej (pod Krakowem) znajduje się duże muzeum misyjne. Miałem obowiązek sprzątania tam w soboty, dzięki czemu co tydzień mogłem wpatrywać się w twarze ludzi z naszych misji karmelitańskich.

>>> DOŁĄCZ DO AKCJI MISJONARZ NA POST <<<

fot. z arch. Macieja Jaworskiego OCD

Pierwszy kontakt z karmelitańskimi misjonarzami miałem w nowicjacie, gdy bracia wracali z Rwandy, w czasie trwającego tam ludobójstwa. Jeden z nich powrócił wcześniej (w 1993 r.), postrzelony podczas wojny domowej w Rwandzie, która poprzedziła ludobójstwo z 1994 roku. Drugi z ojców wrócił w połowie 1994 roku z głęboką depresją. Kolejny brat, po ukrywaniu się w lasach z wiernymi, potem po porwaniu i ostatecznym ewakuowaniu go przez służby dyplomatyczne z terenu Konga, wrócił do Polski. Choć bardzo chciał wrócić jak najszybciej do Afryki. To właśnie dzięki tym trzem pierwszym współbraciom karmelitom mogłem zobaczyć, co dzieje się w Afryce. To już nie były tylko zdjęcia. To było dotknięcie rzeczywistości.

Po nowicjacie, przez lata kleryckie, uczestniczyłem w kole misyjnym i pomagałem w naszym sekretariacie misyjnym w Krakowie. Miałem poczucie, że jest taka realna potrzeba, by być blisko misji. Nasi bracia po wojnie byli już nieco zmęczeni, część z nich zaczęła chorować, pojawiały się luki, które trzeba było wypełnić. Na koniec studiów ojciec prowincjał posłał mnie na praktykę diakońską do Burundi i Rwandy. Było to dla mnie potwierdzenie, że to właściwa droga, że mi się to nawet podoba, a więc dlaczego nie spróbować. Przez pierwsze cztery lata kapłaństwa pisałem prośby, aż w końcu zostałem wysłany do Afryki.

Volcano Muhabura Rwanda. Widok z naszej misji w Gahunga., fot. arch. Macieja Jaworskiego OCD

Czyli misje to taka nieoczywista droga dla karmelity bosego?

– Jako karmelici mamy misje, ale nie kojarzono nas z nimi. Jesteśmy w Afryce już w 22 krajach. Siostry karmelitanki klauzurowe – podobnie. Tutaj, w Afryce, Karmel misyjny jest bardzo obecny. Jesteśmy w większej liczbie krajów niż niemało zgromadzeń misyjnych. To taka nieoczywistość spowodowana tym, jak patrzymy na Karmel. Karmel jest oczywiście kontemplacyjny, ale dlatego też ze swej natury jest misyjny. Bo kontemplacja to nie izolacja, ani skupianie się na własnym uświęceniu. Bo kontemplacja to nie pasywność, ale bycie w drodze w szczególnej bliskości z Bogiem.

Jeszcze za życia św. Teresy Wielkiej, za jej błogosławieństwem, karmelici wyjeżdżali do Królestwa Kongo w XVI w. Pierwsza grupa braci zginęła w całości (statek zatonął), druga została porwana przez korsarzy, dopiero trzecia dotarła na miejsce. Zaraz po reformie Teresy karmelici wyjeżdżali do Meksyku. Później, za sprawą papieża, zostali wysłani do miejsc nieoczywistych, jak np. do Persji. Do dzisiaj np. biskupem Bagdadu jest karmelita. W Polsce Karmel pojawił się… dzięki misjonarzom idącym właśnie do Persji. Dzięki przedłużonemu zimowemu pobytowi w Krakowie, karmelici zaintrygowali króla, który poprosił o zakonników, których misją miał być między innymi dialog z chrześcijańskim Wschodem.

Kongregacja włoska karmelitów bosych była ekstremalnie misyjna. Początek XVII wieku to był boom misyjny. Proszę sobie np. wyobrazić, że wszyscy członkowie pierwszej kapituły generalnej zgłosili się na misje. Inny przykład – to karmelita bosy stoi za powołaniem Rzymskiej Kongregacji Propaganda Fide, ds. Rozkrzewiania Wiary, która dzisiaj jest częścią Dykasterii ds. Ewangelizacji. To Karmel w Rzymie powołał pierwsze tzw. seminarium misyjne. To więc nie przypadek, że córką tej tradycji misyjnej Karmelu jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus, w XIX wieku. Choć nigdy nie wyszła poza klauzurę, została patronką misji na równi z jezuitą, św. Franciszkiem Ksawerym, który prowadził szeroką działalność ewangelizacyjną.

W domu rekolekcyjnym w Butare, Rwanda. Ikona fatimska w miejscu, gdzie jeden ze współbraci został ostrzelany, ale przeżył, fot. arch. Macieja Jaworskiego OCD

Jeżeli Kościół chce być w pełni oblubienicą Chrystusa, ma być w pełni oblubienicą ubogich. To wyjście do potrzebującego ma być częścią kontemplacji. Bo kontemplacja to nie modlitwa. Kontemplacja to nowe spojrzenie na rzeczywistość, na Boga, na świat. Człowiek kontemplacyjny to człowiek, który patrzy oczami Boga, słucha uszami Boga, idzie nogami Boga, a nie tylko ten, który się modli. Można się modlić i nadal kręcić się wokół własnych potrzeb. Kontemplatyk zaś, wchodząc w siebie głębiej, wychodzi z siebie ku drugim.

Dla polskiego karmelity to chyba mimo wszystko nie była oczywista droga?

– Dla mnie osobiście to było zaskoczenie, że tak się potoczyło moje życie w Karmelu. Jak wspominają starsi bracia, karmelitańskie misje z Polski związane są z dwoma wydarzeniami: z Soborem Watykańskim II i z jubileuszem odnowienia Karmelu w Polsce. Sobór zaprosił zgromadzenia zakonne do otwarcia się na misje, do szukania przestrzeni wyjścia do drugiego. Pod koniec lat 60. zdecydowano się wysłać dwunastu braci na misje jako znak wdzięczności za odnowienie polskiej prowincji. Po latach kasat, kiedy to straciliśmy 24 klasztory, został tylko jeden w Czernej, a i on dogorywał. Święty Rafał Kalinowski odnowił polską prowincję,  budując klasztor w Wadowicach i otwierając tam niższe seminarium. Karmel ożywił się w naszym kraju. W 1971 roku, 50 lat później, Karmel decyduje się posłać grupę misjonarzy do Burundi. W połowie lat 80. wszyscy zostali z kraju wyrzuceni, i otworzyli misję w Rwandzie. Po upadku antykościelnych rządów, karmelici wrócili do Burundi. W ten sposób dzisiaj posługujemy w dwóch bratnich krajach – Burundi i Rwandzie.

Bp Jan Piotrowski i przedstawiciele komisji misyjnej episkopatu Polski na otwarciu i błogosławieństwie nowej wioski pigmejskiej w Burundi. Luty 2026, fot. arch. Macieja Jaworskiego OCD

Jak aktualnie wyglądają misje karmelitańskie?

– Żyjemy w pięciu wspólnotach, które prowadzą bardzo zróżnicowane misje. Animujemy dwa domy rekolekcyjne (jeden w Rwandzie i jeden w Burundi). Prowadzimy formację w naszych domach formacyjnych. Są też parafie. Charakter misji jest zróżnicowany. Mamy dwie misje parafialne z dojazdowymi kaplicami. Są to parafie liczące ok. 20 tys. osób, każda. W Burundi jest nowe Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej. Obecnie podczas odpustu w uroczystość Matki Bożej z Góry Karmel, 16 lipca, przybywa pieszo ponad 5 tysięcy pielgrzymów. Dwa lata temu była inauguracja tego sanktuarium. Cała diecezja powierzyła się Matce Bożej Szkaplerznej.

Dodatkowo, posługujemy w 13 wioskach pigmejskich z całym zróżnicowanym programem dla nich. Budujemy domy, zajmujemy się edukacją, prowadzimy działalność rolniczą, uczymy ich uprawy roślin, robienia cegieł. Potem są dzieła typowo ewangelizacyjne przez media. Bracia prowadzą cotygodniowe audycje w Radiu Maryja Burundi i Radiu Maryja Rwanda. Zapraszani są również do internetowej telewizji Pacis TV w Rwandzie. Propagowanie duchowości karmelitańskiej to też część naszej działalności. Jedną z takich dróg jest cykliczny Festival Tereza Mwiza, organizowany przez nas w archidiecezji Bujumbura. W eliminacjach do finału bierze udział prawie 500 chórów parafialnych, które wykonują pieśni z tekstami karmelitańskimi. Bracia zaczynają też publikować książki w miejscowych językach.

Powstają pierwsze wspólnoty świeckiego zakonu karmelitańskiego (w Rwandzie działają od 10 lat, w Burundi od 3 miesięcy). Są także 3 klasztory kontemplacyjne sióstr karmelitanek (2 w Rwandzie, 1 w Burundi). W Karmelach w Rwandzie wszystkie karmelitanki to już Rwandyjki. W Burundi są jeszcze misjonarki z Nigerii, Togo, Rwandy. Jak widać, to już są kraje katolickie. W Burundi pomad 60% mieszkańców to katolicy, w Rwandzie około 50%.

Program Motyka dla Pigmeja. Burundi., fot. arch. Macieja Jaworskiego OCD

Co misje pokazały Ojcu? W czym misje mogą pomóc w spojrzeniu na Kościół?

– Kościół jest piękny, żywy, młody, tańczący. Z problemami, oczywiście, ale to Kościół, który chce rosnąć i to mnie osobiście buduje. Afrykańskie społeczeństwa są młode. W Burundi 47% osób ma poniżej 18 lat. W tak młodym społeczeństwie siłą rzeczy Kościół też jest młody. Jak wyjechałem na misje, to wyjechałem z pewnym negatywnym wyobrażeniem. Bracia uciekają z wojny, co się dzieje? – byłem trochę pod wpływem czarnego mitu o upadku Kościoła. O Rwandzie w Europie mówiono, że to dowód na porażkę ewangelizacji, że w tak katolickim kraju mogła wybuchnąć tak okrutna wojna. Jeśli czegoś nie znasz, to ulegasz wpływowi tych, którzy tak mówią. Jednak na miejscu zobaczyłem to nieco głębiej. Ten Kościół jest młody, ale zarazem kwitnący i przynosi już owoce. Myślę tu szczególnie o męczennikach. Poznałem ludzi, którzy żyli razem z męczennikami, którzy świadczą o ich heroiczności do końca. Jedna ze znajomych była nawet we wspólnym grobie, z którego wyszła. Takich historii jest wiele. W Burundi również. To nauczyło mnie pokory w stosunku do tych młodych Kościołów. Męczeństwo jest owocem żywotności tego młodego Kościoła, ale jednocześnie już na tyle dojrzałego, że potrafił wychować świętych.

To męczeństwo jest dla mnie z jednej strony owocem swej krótkiej historii, a jednocześnie początkiem wspólnoty, która zaczyna swoją, ufajmy, długą historię. To jest owoc pierwszej ewangelizacji i punkt startowy dla kolejnych wieków tego Kościoła. To nauczyło mnie pokory. Przyjechałem tu jako Europejczyk, który z reguły patrzy z góry, ale tu nauczyłem się patrzeć z większym szacunkiem na lokalny Kościół. Wobec świadectw męczenników, mędrkowanie wymięka i kończy się filozofowanie. Męczeństwo jest po prostu ukoronowaniem życia chrześcijańskiego – szczytem. Nas, misjonarzy, jest tu teraz garstka. Organizacja Kościoła polega już na miejscowych. Wszyscy biskupi, wychowawcy w seminariach, proboszczowie, przełożeni zakonni – to miejscowi. To pokazuje, że jest to już Kościół zakorzeniony. Bogu niech będą dzięki.

Męczennicy z niższego Seminarium Buta. 1996 r. Burundi, fot. arch. Macieja Jaworskiego OCD

O. Maciej Jaworski OCD – karmelita bosy, w zakonie od 1993 r., święcenia kapłańskie przyjął w 2000 r. W Polsce posługiwał m.in. w sekretariacie misyjnym karmelitów bosych (prowincja krakowska) oraz jako duszpasterz akademicki DA Karmel w Krakowie. Od 2006 r. jest misjonarzem w Afryce, głównie w Rwandzie i Burundi. Autor wielu książek o różnych obliczach wiary w Afryce.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze