Grafika: Sebastian Szymczak

Misja na wysokościach [ROZMOWA] 

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Ks. Tomasz Denicki jest misjonarzem w Boliwii od 6 lat. O tym, co tak naprawdę oznacza bycie kapłanem na misji, a także o jej licznych trudach rozmawia Zofia Kędziora. 

Twoja misja od początku nie była łatwa. Jak to się wszystko zaczęło? 

Dwa lata spędziłem w tropiku, w parafii Bulo Bulo, praktycznie w dżungli. To było wtedy dla mnie nowe i niezwykłe. Byłem wtedy na parafii z pewnym księdzem, Polakiem. Był tam internat dla dziewczynek w trudnej sytuacji życiowej, z rodzin z alkoholizmem, kazirodztwem lub takich, gdzie rodzice nie są w stanie zapewnić warunków do życia. W tych tropikach mieszkają ludzie, którzy mają pieniądze, nie są biedni. Zajmują się głównie produkcją koki czy kokainy. Z tego czerpią dochody, i to niemałe. Niestety jednak nie potrafią gospodarować tymi pieniędzmi, stąd ich trudna sytuacja. Czasami słyszeliśmy, że ktoś mówił, że jego tata zakopał pieniądze pod palmą czy gdzieś w słoiku. Niektórzy z nich żyją jak inni, nie mają w domu krzeseł czy stołu, mimo że mają pieniądze. Myślę, że ci, którzy mają pieniądze, nie chcą tego pokazywać ani się z tym wychylać, bo boją się, że ktoś ich nakryje, czy naśle na nich policję. Inna sytuacja jest w Aiquile, w Andach, w mojej drugiej parafii, na wysokości 2500 m n.p.m. Ludzie żyją tam z kukurydzy i z pasterstwa – mają kozy. Ostatnie lata były fatalne ze względu na ogromną suszę. Mieszkańcy tej miejscowości nie mieli prawie żadnych plonów. Dlatego też często wyjeżdżają do tropików, bo tam jest łatwy pieniądz. Wystarczy, że ktoś się zatrudni przy produkcji koki i może szybko zarobić.

A w Aiquile? 

W Aiquile jest nas kilku księży, głównie misjonarzy. W tym miasteczku żyje także biskup, bo to jest stolica diecezji. Nasza główna praca to oczywiście duszpasterstwo na miejscu, ale także wyjeżdżamy do ludzi, którzy żyją w wioskach. Te wioski są położone najczęściej w bardzo trudnych miejscach, trzeba dojeżdżać tam samochodem czy motocyklem, a potem jeszcze wspinać się wiele godzin. Były takie sytuacje, że miała być pierwsza Komunia święta, dzieci zostały do niej przygotowane, wszystko było już zorganizowane, ale spadł deszcz nie można było przejechać. Nie mogłem tam dojechać i ta I Komunia musiała zostać odwołana. Musieliśmy czekać aż opadną rzeki i droga będzie przejezdna. Cały adwent i Wielki Post praktycznie codziennie wyjeżdżamy do tych ludzi w wioskach, by tam głosić katechezy i sprawować sakramenty, a także przygotowywać do sakramentów. Dwa razy w roku we wszystkich wioskach jest na pewno Msza św. i inne sakramenty. To takie minimum, czasami uda nam się dotrzeć częściej do niektórych wiosek i nie każdy czas jest na to dobry. Pamiętam, gdy byłem młodym księdzem chciałem dotrzeć wszędzie, ale gdy jest czas siania czy plonów po prostu nikogo tam nie ma i nikt nie przyjdzie na Msze świętą. Jak wyjeżdżam z wioski często słyszę „Padre, nie zapomnij o nas, bo tak rzadko przyjeżdżasz”. Na samym początku tej mojej misji byłem dla nich trochę obcy, bo byłem biały, z brodą, wysoki i tak dalej. A dzisiaj, gdy tylko przyjeżdżam, dzieci wybiegają na spotkanie i witają.

Fot. arch. ks. Tomasz Denicki

Kolejną rzeczą, jaką tu robimy, są dzieła charytatywne. Na początku nie chciałem tego robić, bo nie chciałem tych ludzi „kupować”. Tak często robią protestanci na terenach misyjnych w czasie Wielkiego Tygodnia czy adwentu. Organizują jakieś akcje i oferują ludziom darmowe obiady czy jakieś rzeczy. Robią to zawsze w Wielki Piątek, w Niedzielę Palmową. I ci ludzie tam idą. Ale po jakimś czasie zobaczyłem, że rzeczywiście oni przychodzą, gdy oferujemy chleb, ryż czy makaron. Nie było to dużo, ale dla tych ludzi to było coś niesamowitego. Oni chleb mają tylko wtedy, gdy są w mieście, czyli bardzo rzadko. To jest niesamowite widzieć ich twarze, gdy dostają świeży chleb, nawet trudno mi to porównać z czymś w Polsce, bo my mamy tutaj wszystko co chcemy.

Odwdzięczają się jakoś? 

Oczywiście. Mnie na początku trudno było przyjąć ich wdzięczność. Na tych terenach nie ma prądu, więc nie ma też lodówek. Więc jak ktoś przyrządzi kozę, to musi ją osuszyć. Niestety nie zawsze to wyschnie i czasem się popsuje. I ma to zapach padliny, ale oni tego nie wyrzucą, bo to, jedyne co mają. Jak ja przyjadę, to oferują, co mają najlepsze, czyli tę kozę. Zrobią jakiś sos z pomidora czy z papryczki chili żeby to było pikantne i wtedy mi to dają. I ja to z nimi jem. Nigdy nie chcę odmawiać, choć na początku nie mogłem do tego przywyknąć i miałem po prostu odruchy wymiotne. Ale z czasem udało się to pokonać. Gdybym kiedykolwiek odmówił, przyjęli by to z trudem. Niesiemy więc pomoc nie tylko duchową, ale także materialną, która również jest im potrzebna. Ostatnio udawało nam się nawet zorganizować pomoc miejscowych ludzi. Zawsze pomagali nam ludzie z Polski, ale okazuje się również, że ludzie także mają wielkie serca, mimo że sami nie mają zbyt wielu pieniędzy. Także Boliwijczycy włączają się w to dzieło miłosierdzia.

Fot. arch. ks. Tomasz Denicki

Powracając jeszcze do odwiedzin we wioskach: prawda jest taka, że wiele ludzi nie ma co tydzień Eucharystii.  

Nie mają. Zapraszam ludzi do wdzięczności, ponieważ w Polsce mamy kościół za rogiem, możemy wybrać sobie godzinę, miejsce a nawet księdza do konkretnego sakramentu. Tam wielu ludzi tego nie ma. Niektórzy tylko dwa razy w roku mają możliwość Eucharystii czy spowiedzi. Oczywiście, wielu ludzi może się udać do miasta, czy gdzieś specjalnie pojechać, ale nie zawsze mają takie możliwości. Ale wielu na to czeka, by usłyszeć podczas spowiedzi „odpuszczają ci się twoje grzechy”. Ci ludzie czekają wiele miesięcy, by usłyszeć te słowa i z pokojem odejść od spowiedzi. Ci, którzy są na Mszy św., chcą jak najwięcej zaczerpnąć tej świętości, często przynoszą święte obrazki czy krzyże i kładą je przy ołtarzu, by później wziąć je ze sobą, by jak najwięcej tej świętość zabrać do swoich domów. Rzadko mam możliwość poświęcenia tych domów, ponieważ są za bardzo oddalone od siebie. Ci ludzie nie wiedzą, czy dożyją następnej Mszy św. czy spowiedzi. Mój poprzednik był bardzo schorowany i rzadko mógł odwiedzać ludzi we wioskach. Kiedy ja przyjechałem i spotykałem tych ludzi, to prawie płakali i mówili, że kilkanaście lat nie było u nich księdza albo w ogóle nigdy nie było. Z czasem zrozumiałem, dlaczego: droga dojazdowa była fatalna, obsuwająca się nad przepaścią. Ale być tam i mieć świadomość, że robię coś dla tych ludzi po raz pierwszy to niesamowite doświadczenie dla mnie i dla nich przede wszystkim. Nie zawsze oczywiście było tak pięknie, że wszyscy mnie witali, czasami były to dwie osoby.

Fot. arch. ks. Tomasz Denicki

To musiało być trudne doświadczenie, gdy jechało się do jakiegoś miejsca pół dnia.  

Kiedyś właśnie się pożaliłam jednego znajomemu księdzu, że takie miałem doświadczenie i on powiedział mi, cytując Pismo Święte: „jak mają wierzyć, skoro nikt im nie głosił”. To zdanie przywróciło mi entuzjazm i siłę do misji. Pozwoliło mi nie osądzać tych ludzi, tylko z pokorą głosić im Ewangelię.

Z tego miejsca również chciałbym podziękować wszystkim osobom, które wspierają misje ale także prosić o modlitwę za nas, misjonarzy, żebyśmy się nigdy w tej misji nie zniechęcali. Świadomość tego, że ktoś w Polsce się za nas modli, ogromnie dużo dla nas znaczy.

Zobacz pozostałe rozmowy z cyklu #PytaniaPonadGranicami

Misja na wysokościach [ROZMOWA] 
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze