Domena Publiczna

#MisyjnyWtorek: Madagaskar 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Madagaskar, choć może nam się kojarzyć pięknymi sylwetkami baobabów i beztroską na plaży nad oceanem, jest ósmym najbiedniejszym krajem na świecie. Mieszkańcy tej afrykańskiej wyspy żyją na skraju ubóstwa, nierzadko umierającNa szczęście są tam misjonarze. 

Wśród nich m.in. Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej, którzy już od 1980 r. nie tylko głoszą Malgaszom Dobrą Nowinę, ale także budują szkoły, ośrodki zdrowia czy… nowe studnie, niezbędne do przeżycia. 

Droga do misji 

Drogi są zazwyczaj przejezdne, gdy jest pora sucha. Gdy jednak zaczyna padać deszcz, nie ma innej drogi transportu niż łódki, awionetki lub… własne nogi. Z jednej misji do drugiej trzeba czasami kilku godzin jazdy i to w niezbyt dogodnych warunkach. Jeszcze nie tak dawno jeden z misjonarzy oblatów, wspominał swoją podróż łódką wraz z… nieboszczykiem. 

 

Takie warunki panują na Madagaskarze. Z powodu trwającego głębokiego kryzysu ekonomicznego Malgasze nie mogą jak na razie marzyć o polepszeniu warunków. Praktycznie zawsze jednak mieszkańcom towarzyszyli misjonarze, którzy już od czasów kolonialnych próbowali ewangelizować Czerwoną Wyspę. Z początku jednak, z uwagi na fakt, iż misje pozostawały w cieniu podboju kolonialnego, działania misyjne nie przyniosły dobrego efektu, ponieważ nie można ewangelizować, nie chcąc zrozumieć danej kultury. Podejmowano wówczas niekiedy heroiczne wysiłki, by powstała struktura Kościoła katolickiego, jednak dopiero wtedy, gdy zgromadzenia misyjne mogły uwolnić się od dominacji politycznej, misje zaczęły mieć charakter zbawczy. Trwało to bardzo długo, ponieważ dopiero w XIX w. na Wyspę przybyli misjonarze, którzy zaczęli tworzyć oddolne struktury kościelneGdy w 1898 r. na Madagaskar przybywa bł. Jan Beyzym SJ, istniały już wikariaty, z którymi współpracowali kapucyni, saletyni, a nawet redemptoryści. Ojca Jana Beyzyma nazywano już wtedy „samarytaninem Madagaskaru”. Poświęcał się ubogim bez reszty. Do generała Towarzystwa Jezusowego miał przed swoją podróżą napisać: 

Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.

Dzięki pomocy Polaków udało mu się stworzyć nowoczesny szpital dla 150 chorych a w jego kaplicy umieścić kopię cudownego obrazu jasnogórskiego. Pacjentów nazywał „pisklętami”. Po wielu latach heroicznej pracy umarł wyczerpany, zarażony trądem i febrą. W 1980 r., gdy polscy misjonarze oblaci przybywają na Madagaskar, zaczyna się tworzyć misyjna struktura oblacka, a więc Delegatura Polskiej Prowincji. Gdy powstało tam seminarium, z roku na rok odnotować można wzrost powołań wśród MalgaszyDo tego stopnia, że przewiduje się, iż w przyszłości utworzona zostanie samodzielna prowincja Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów MN. 

O. Krzysztof Koślik OMI, na misji na Madagaskarze

Famadihana i fadi  

Misje katolickie na Madagaskarze nie są łatwe z wielu powodów. Z jednej strony wiele tradycyjnych wierzeń Malgaszy jest sprzecznych z chrześcijaństwem (dotyczy to głównie wielu obrzędów związanych z kultem przodków), z drugiej coraz mocniej odczuć można proces islamizacji kraju, co wiele razy podkreślał arcybiskup Toamasiny, kard. Désiré Tsarahazana. Dodając do tego ogromne ubóstwo, można śmiało stwierdzić, że misje tam, choć bardzo egzotyczne dla Europejczyków, zawsze będą wiązać się z wieloma trudnościami. Jednym z nich jest tzw. fadi, co można przetłumaczyć jako fatum. Tyle tylko, że Malgasze traktują je całkiem poważnie. Do niedawna na przykład przyjście na świat bliźniaków wiązało się z dramatem. Wierzy się bowiem, iż przyjście na świat więcej niż jednego dziecka jednocześnie oznacza nieszczęście. Dlatego też zwyczaj przyzwalał na zabijanie dziecka (poprzez zwierzęta, które „wybierały”, czy dziecko ma przeżyć, co w większości kończyło się ich tragiczną śmiercią). Zwyczaj ten tłumaczy się starą legendą, która mówi, iż po przybyciu jednego z królów Madagaskaru ludzie uciekli w krzaki, jednak płacz bliźniaków ich zdradził. Wszyscy wtedy zostali zabici. Bardziej pragmatycznym powodem był prawdopodobnie fakt, iż bieda nie pozwalała na wyżywienie tak wielu dzieci. Misjonarze przybyli na Wyspę starają się zmienić tę tragiczną w skutkach tradycję, proponując chociażby adopcję przez chrześcijan.  

<<W trepach na Madagaskarze. Zapiski młodego misjonarza>>

Innym zwyczajem jest famadihana, która polega na cyklicznym wietrzeniu zwłok. Podczas tego rytuału wyjmuje się zwłoki, obchodzi się z nimi grobowiec naokoło i prosi zmarłego, by nie zsyłał klątwy na rodzinę. Co szczególnie interesujące – grobowce są budowane z kamienia, na znak tego, że dusza zmarłego będzie w nim mieszkała wiecznie i błąkała po świecie. Misjonarze budują jednak cmentarze z piasku – na znak przemijania, a więc faktu, że dusza przechodzi do wieczności z Bogiem. Nie jest to łatwe dla nowo nawróconych Malgaszy, ponieważ wola pochowania w ziemi, na cmentarzu katolickim wiąże się niekiedy z odrzuceniem przez rodzinę już za życia.  

Cmentarz katolicki w Morondavie, Madagaskar

Cmentarz katolicki w Morondavie, Madagaskar/fot. Wanda Śpikowska

Sytuacja jednak wciąż się zmienia, a misjonarze zmagają się z kolejnymi trudnościami i problemami. Jednak jest to zbawcze działanie, co widać chociażby po liczbie powołań w malgaskim seminarium. Kto wie, czy w efekcie tych misji, niedługo to nie Malgasze będą ewangelizować nas, Europejczyków? 

#MisyjnyWtorek: Madagaskar 
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze